Więcej, szybciej, taniej

Więcej, szybciej, taniej

Tego od polskich pracowników oczekują globalne koncerny


Katarzyna Duda – specjalistka ds. polityki społecznej i rynku pracy w OPZZ, autorka książki „Korpo. Jak się pracuje w zagranicznych korporacjach w Polsce”.


Dlaczego na okładce książki o pracy w Polsce – w magazynach na Dolnym Śląsku, call center w Krakowie albo montowniach pod Poznaniem – widnieje twarz człowieka łudząco podobnego do miliardera Jeffa Bezosa? Założyciel Amazona, giganta handlu internetowego, może nawet nigdy tu nie był.
– Amazon jest największą amerykańską inwestycją w Polsce, jeśli chodzi o miejsca pracy – w magazynach, w obsłudze klienta, logistyce. Ale Jeff Bezos, poza byciem jednym z najbogatszych ludzi na świecie, jest rekordzistą w jeszcze innej dziedzinie. W 2014 r. został uznany za najgorszego pracodawcę świata według ITUC, największego światowego zrzeszenia związków zawodowych. Jeśli firmy takie jak Amazon wyznaczają standardy pracy w rosnącej liczbie miejsc na świecie, to powinniśmy patrzeć im na ręce – bo te decyzje może zapadają w Dolinie Krzemowej, ale ich skutki są bardzo widoczne np. w Polsce.

A o co w tym modelu pracy chodzi?
– Bezos chwali się, że jego zasada postawienia klienta na pierwszym miejscu uczyniła możliwym sukces Amazona. I to prawda, że klient jest na pierwszym miejscu. Konsument kupuje towar w internetowym sklepie Amazona najszybciej jak się da, jednym kliknięciem, i również najszybciej jak się da, nierzadko bezpłatnie, dostarcza mu się ten towar pod same drzwi. Ale co to oznacza w praktyce? Że pracownicy magazynów muszą być bezbłędni, działać na najwyższych obrotach, realizować zamówienia i zadania bez żadnej zwłoki. To, jak egzekwuje się ten najwyższy standard – ograniczając czas na wyjście do toalety i na zjedzenie kanapki w pracy albo ściśle kontrolując pracowników przy użyciu technologii – jest podporządkowane tej naczelnej idei: sprawniej, szybciej, taniej, więcej. Każda minuta pracy pracownika jest ważna. Wyjście na przerwę o trzy minuty za wcześnie to koszmarne naruszenie tego systemu!

Dlaczego?
– No bo kiedyś, gdy w firmie pracowało 20 albo nawet i 100 osób, kilka minut spóźnienia czy zrozumiałe, niezawinione pomyłki przy pracy to coś, z czym można było sobie poradzić. Ale jeśli w firmie globalnie pracuje milion osób i obsługuje miliardy zamówień, to suma pojedynczych minut i pomyłek staje się wielkim problemem. Trzeba więc wyeliminować najmniejsze błędy.

No dobrze, ale plany, cele produkcyjne, taśmowa organizacja pracy nie pojawiły się dopiero teraz. W systemie socjalistycznym też wynagradzano ludzi za wyrobienie normy i jej przekroczenie, też była propaganda współzawodnictwa pracy.
– Ale nie było stania ze stoperem nad głową człowieka przy biurku. Możemy sobie zadawać pytanie, czy gdyby technologia do nadzoru i kontroli pracowników była wówczas podobna do dzisiejszej, byłoby tak samo czy inaczej. We współczesnych call center jednak naprawdę liczy się czas spędzony przez pracownika w toalecie. Zabrania się korzystania z własnych telefonów bądź czytania książek, żeby człowiek nie odrywał się od pracy – nawet jeśli tej pracy nie ma, bo klienci nie dzwonią. To ma nawet technokratyczną nazwę: „polityka czystego biurka”.

A skoro przy biurkach jesteśmy… Praca dla zagranicznej korporacji kojarzy się w Polsce przede wszystkim z biurem i szklanym wieżowcem – przy warszawskim rondzie ONZ albo w równie stereotypowym już Mordorze. We wnętrzach jak z serialu. Na ile ten wizerunek pracy odpowiada rzeczywistości?
– Może się wydawać, że praca dla korporacji w dużym polskim mieście to przechadzanie się po korytarzach ładnych biurowców, ale rzeczywistość bywa dużo mroczniejsza. Prawdziwe oblicze pracy dla wielkiej platformy internetowej to np. robota „czyściciela internetu”. Powiedzieć, na czym ona polega?

Tak.
– Chłopak siedzi przed ekranem komputera i ogląda najgorsze okrucieństwo: wojny gangów w Meksyku, sceny okaleczania kobiet w Afryce czy gwałty w brazylijskich slamsach, nagrania pedofilskie. Mówi mi, że widział filmik, na którym ktoś odcina maczetą rękę 10-letniemu dziecku gdzieś w Indiach. Te wszystkie treści ludzie wrzucają do internetu. To najmroczniejsza strona ludzkiej natury. A więc ktoś – np. mój rozmówca w Polsce – na zlecenie wielkiej platformy cyfrowej, z której korzystamy wszyscy, ogląda cały podejrzany materiał i blokuje okrutne, sadystyczne, pornograficzne lub zwyczajnie niezgodne z regulaminem treści.

I co dalej z tym się dzieje?
– Dzięki niemu my nie musimy tego oglądać – ryzyko, że natkniemy się na takie materiały, przeglądając popularną stronę, jest mniejsze. Taka praca jest potrzebna wszędzie, bo platformy cyfrowe działają globalnie, ale taniej jest ją zlecać podwykonawcom w Bangladeszu, na Filipinach lub w naszym kraju. I np. Duńczykom opłaca się sprzątać swój internet w Polsce, bo tutaj nawet pracownik znający język będzie tańszy niż ktoś wykonujący to samo zadanie w Kopenhadze.

To wszystko brzmi niewinnie – praca zdalna albo tylko przed komputerem, oglądanie filmików, klikanie. Bardzo „korpo”. Ale przez kilka godzin dziennie oglądasz najgorszą stronę ludzkiej natury, a umowa z firmą nawet zabrania ci mówić o tym w domu, tym bardziej dzielić się swoimi doświadczeniami publicznie. To może prowadzić do poważnych obciążeń psychicznych.

Taka praca w zagranicznych korporacjach to częściej norma czy wyjątek?
– Musimy zwrócić uwagę na jedną rzecz charakteryzującą zagraniczne inwestycje w naszym kraju. Miejsca pracy w korporacjach, które trafiają do Polski, to bardzo często outsourcing – czyli przenoszenie zadań, całych zespołów albo firm do krajów, gdzie są niższe koszty pracy. Gdzie lokalny pracownik zrobi to samo za mniej. Dla firm z Wielkiej Brytanii, Norwegii czy nawet Hiszpanii takim miejscem stała się w XXI w. Polska. Bohaterkami i bohaterami mojej książki są w dużej mierze ludzie, którzy, pracując w naszym kraju, wykonują zadania będące integralną częścią firmy gdzieś np. w Wielkiej Brytanii – prowadzą jej księgowość, sprawy kadrowe, obsługują reklamacje i zamówienia klientów. Tego jest naprawdę dużo – centra obsługi klienta, praca na słuchawce, załatwianie jakichś spraw dotyczących zamówień, to, co kiedyś robił ktoś na miejscu: w Londynie, Manchesterze czy Leeds. A dziś robi to ktoś w Łodzi. Dzwoni klient i mówi: „Chcę rozmawiać z biurem w Londynie”. A Polak do niego: „Panie Smith, nie ma żadnego biura w Londynie. Jest biuro w Łodzi, Łódź – Poland”.

I pojawia się niezadowolenie?
– Oczywiście. Często padają obelgi i rasistowskie uwagi, bo ktoś po drugiej stronie nie chce rozmawiać z Polakiem. Lub na odwrót, cieszy się, że rozmawia z Polakiem, a nie z jakąś Hinduską czy informatykiem z Bangladeszu. Bo musimy zrozumieć jedną kluczową rzecz dotyczącą działalności tych firm w Polsce. One w jakimś sensie nie stworzyły żadnych miejsc pracy – tylko je przeniosły. Powtórzę się, ale to ważne: praca pani Halinki z księgowości w Polsce była jeszcze kilka albo kilkanaście lat temu pracą innej pani Helen, z Anglii.

A jaki jest stosunek polityków w Polsce do outsourcingu?
– Stosunek polityków wszystkich chyba opcji w Polsce do inwestycji zagranicznych opierał się na przekonaniu, że to jest coś, o co musimy zabiegać, walczyć, prosić. Że jak nie włożymy w to wysiłku i starań, to miejsca pracy nigdy się nie pojawią. A jak już się pojawiają, to Polskę i zagraniczną firmę powinna spajać jakaś więź wdzięczności: my im daliśmy miejsce i ludzi, oni nam pracę dla rodaków. Że powstaje jakieś wielkie zobowiązanie: tyle im daliśmy zarobić! Ale oczywiście nie ma żadnej lojalności, tylko kalkulacja.

Gdy w 2009 r. Fiat chciał wycofać produkcję jednego modelu z fabryki w Tychach, było wielkie oburzenie. Włoska firma – nie bez nacisków politycznych po kryzysie ekonomicznym – postanowiła przenieść produkcję do ojczyzny. Ależ było protestów! Politycy robili sobie kampanię pod bramami zakładu w Tychach, obiecując, że będą z tym walczyć, i przekonując, że ich ekipa – jak mówił np. Jarosław Kaczyński – powstrzymałaby podobne ruchy. Pojawiło się wręcz poczucie zdrady.

Ale to źle, że ci politycy protestowali?
– A czy to źle, że protestowali robotnicy we Włoszech, bo Fiat przeniósł produkcję gdzieś indziej? Ja nie będę mówić, co jest słuszne, a co nie, czy lepiej, że z powodu tej decyzji pracy nie ma w Polsce, czy że nie ma jej we Włoszech. Chcę pokazać, jak kurczowo klasa polityczna w Polsce broni tych miejsc pracy, nie rozumiejąc jednej podstawowej rzeczy. One właśnie dlatego są w Polsce, że można było je tu przenieść. A skoro można było je przenieść, to można je też wynieść. Przecież politycy chyba rozumieli, dlaczego te fabryki trafiły do Polski. Bo tu jest taniej. A jeśli nie będzie taniej, to można przenieść się gdzieś indziej. Walczą także egoizmy narodowe. W interesie polskiej klasy politycznej jest, by te miejsca pracy powstawały w Polsce. Ale z oczywistych powodów politycy we Francji, Wielkiej Brytanii czy Włoszech również mogą żądać i postulować, żeby największe marki z tych krajów produkowały w swojej ojczyźnie.

Miejsca pracy są jednak ważne. Sama piszesz, że motorem wszystkich decyzji polityków w sprawie zagranicznych korporacji jest strach przed bezrobociem.
– Tak, dlatego polscy politycy tak mocno podkreślają, że jesteśmy bezpiecznym krajem, przyjaznym dla biznesu, przewidywalnym. I aspekt „bezpiecznego” kraju wciąż działa na naszą korzyść w tej logice. Bo te miejsca pracy wczoraj były w Londynie, dziś są w Lublinie albo w Łodzi, ale jutro mogłyby być we Lwowie. Teraz z powodu wojny ta perspektywa się odsunęła – za duże ryzyko. Ale może gdyby nie inwazja na Ukrainę, już teraz byśmy o tym rozmawiali. Stabilność jest ważna dla korporacji, ale zawsze jest pokusa, by iść tam, gdzie tanio, coraz taniej. Nikt nam nie obiecywał, że te firmy będą w Polsce na zawsze ani tym bardziej, że będą nam wdzięczne. A dokładnie taka atmosfera towarzyszyła decyzji o wyprowadzeniu części produkcji Fiata z Polski.

W magazynie Amazona we wrześniu 2021 r. zmarł człowiek, pan Dariusz, któremu dedykujesz swoją książkę. Wdowa po nim, pani Beata Dziamska, mówi: „Chcę, by winni śmierci Darka ponieśli konsekwencje. I chcę oszczędzić innym żonom, matkom i córkom tego, przez co ja przeszłam. To nie był pierwszy przypadek śmierci w Amazonie, ale niech jego nagłośnienie sprawi, że będzie ostatni”.

Czy ta sprawa coś zmieniła?
– W debacie publicznej? Nie wydaje mi się. Powstały reportaże i prasa opisywała śmierć pana Darka, podobnie jak opisywała zwolnienie działaczki związkowej z Amazona, Magdaleny Malinowskiej, której zarzucono „filmowanie zwłok”. Ale w internecie pod tymi reportażami pojawiały się liczne komentarze, które sugerowały, że człowiek, który zmarł w pracy, musi być sam sobie winny. „Czemu nie wziął chorobowego?”, „Czemu się nie skarżył?”, „Po co tam się zatrudniał?”. Mieliśmy do czynienia z typowym przeniesieniem odpowiedzialności: winny czy współwinny własnej śmierci jest człowiek, który zmarł w pracy, a nie zaniedbania przełożonych, zła organizacja pracy czy inne powody tej śmierci, której można było zapobiec!

Gdyby ludzie przepracowani mogli po prostu wziąć wolne albo pracować nieco mniej intensywnie, chybaby to robili? Ale jeśli, jak piszesz, kontrolowany jest nawet czas pójścia do toalety i procent wyrobienia normy na minutę pracy…
– …to nie jest to możliwe. Mną ta sprawa wstrząsnęła. Było tak wiele etapów, na których można było zapobiec tej śmierci. Liderem działu pana Darka był człowiek, którego wcześniej, po skargach i konfliktach z pracownikami, przeniesiono z innego działu, bo nikt nie chciał z nim pracować! Pracownicy mówili, że są wykończeni, że on źle rozdziela obowiązki. I udało im się doprowadzić do jego przeniesienia. Ale ten człowiek nie został ukarany ani zwolniony. Można powiedzieć, że „zesłano go do innej parafii”. Dariusz mówił swojemu liderowi, że wprowadzane przez niego zmiany, ograniczanie liczby pracowników delegowanych na magazyn do jednego zadania, nie spowodują, że tych obowiązków będzie mniej. Po prostu mniej ludzi będzie musiało wykonać tę samą, bardzo obciążającą fizycznie pracę. Dariusz cierpiał. Przez miesiąc sygnalizował, że ten nakład pracy jest za duży na jednego człowieka. Jego żona napisała dziewięć mejli do Państwowej Inspekcji Pracy. W tym czasie mógł wkroczyć Amazon, mogła wkroczyć PIP, sam lider mógł wycofać się ze swoich pomysłów. Ale do tego nie doszło, a 9 września 2021 r. Dariusz zmarł. To nie musiało się stać.

A dlaczego się nie zwolnił?
– To bardzo ciekawe. Pan Dariusz pracował w tym momencie na utrzymanie rodziny. A dlaczego jego żona, pani Beata, nie pracowała? Bo rok wcześniej uległa wypadkowi w pracy w Amazonie! Jej grozi w tym momencie, że przestanie chodzić. Dariusz czuł się odpowiedzialny za całą rodzinę. Pracował i nie chciał się zwolnić właśnie dlatego. To jest tragedia: kobieta traci zdrowie po wypadku, a potem traci męża, który ciężko pracował, żeby utrzymać rodzinę.

Dlaczego do opisania korporacji używasz metafory Wielkiego Brata?
– Uderzyło mnie podczas pracy nad książką, że to właśnie w Bielanach Wrocławskich, gdzie dziś mieszczą się fabryki i zakłady wielkich globalnych koncernów, kręcono słynny reality show. Przypomnijmy, że chodziło o to, że ludzie dali się dobrowolnie zamknąć w filmowanym więzieniu, gdzie tytułowy, zapożyczony z Orwella Wielki Brat nadzorował ich i mówił, co mają robić. Kontrolował ich życie. A co innego robią dziś te firmy?

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 20/2022

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy