Pierwsza pani prezydent

Pierwsza pani prezydent

Czy Kamala Harris, stojąc u boku Joe Bidena, naprawdę zmieni amerykańską politykę?

Tej decyzji łatwo przypiąć łatkę politycznej poprawności. Dopiero czwarta kobieta w historii Stanów Zjednoczonych z oficjalną nominacją jednej z dwóch największych partii, w dodatku pierwsza pochodzenia afroamerykańskiego. Znana z aktywności na rzecz praw kobiet, choć daleka od jej najradykalniejszych form. Rozpoznawalna w mediach, z silną pozycją w krajowej polityce i z czteroletnim doświadczeniem w Kongresie. Jednocześnie wciąż uznawana za młodą twarz, relatywnie nową na scenie politycznej. Mało kontrowersyjna, choć wyrazista na newralgicznych płaszczyznach, jak reforma wymiaru sprawiedliwości. Potencjalnemu przyszłemu szefowi nie odbierze głosów i raczej nie zagrozi. Nie będzie wychodzić przed szereg, ale nie da się też permanentnie spychać w cień. Najprawdopodobniej znajdzie sobie po prostu wycinek politycznej rzeczywistości, który będzie jej domeną w Białym Domu. Słowem – idealny „numer 2”, jak w amerykańskiej polityce zwykło się nazywać kandydatów na stanowiska z przedrostkiem „wice”.

Ogłoszona w zeszłym tygodniu decyzja Joe Bidena o nominowaniu senator Kamali Harris na stanowisko wiceprezydent w przypadku listopadowej wygranej nie wzbudziła jednak aż takiej fali entuzjazmu, na jaką być może liczyli partyjni sztabowcy. Stało się tak z kilku powodów.

Po pierwsze, podobnie jak wszystko na świecie, amerykańska polityka też się zmienia. Sam fakt nominowania niebiałej kobiety nie zapewnia już nikomu głosów za darmo. Te czasy się skończyły nawet w rasowo podzielonej i miejscami ultrakonserwatywnej Ameryce. Nie tylko kampania Hillary Clinton, ale też przebojowe wystąpienia w Kongresie Alexandrii Ocasio-Cortez czy Ilhan Omar przyzwyczaiły elektorat liberałów i centrystów do tego, że polityką nie rządzą już sami mężczyźni.

Po drugie, dla wielu wyborców nie do przełknięcia jest sam Biden. Reprezentujący ścisłe polityczne centrum, a przede wszystkim poprzednią polityczną epokę, czasy nie tylko Obamy, ale też Clintonów, jest postrzegany przez progresywne środowiska bardziej jako wielki hamulcowy niż wielki reformator.

Po trzecie wreszcie, sama Kamala Harris ma etykietkę koncesjonowanej rewolucjonistki. Jej dorobek w służbie publicznej to mieszanka deklaracji poparcia dla głębokich zmian w amerykańskiej rzeczywistości i faktycznych działań, które tę samą rzeczywistość betonowały.

Z wykształcenia prawniczka, karierę w administracji zaczynała od pracy w prokuraturze kalifornijskiego hrabstwa Alameda. Potem trafiła poziom wyżej, do rejonu w San Francisco. Tam przeskakiwała kolejne zawodowe szczeble, aż równo dekadę temu stanęła do wyborów na prokuratora stanowego całej Kalifornii. To ważny punkt nie tylko w karierze jej samej, ale w wielu życiorysach późniejszych gwiazd amerykańskiej polityki. Prokuratorzy są tam bowiem urzędnikami wyłanianymi w wyborach powszechnych, mają demokratyczną legitymizację do sprawowania urzędu, przez co często ich decyzje postrzegane są w kontekście przynależności partyjnej i ideologicznych deklaracji, a nie pragmatycznego podejścia do prawa i działania wymiaru sprawiedliwości. W dodatku inaczej niż w wielu czysto politycznych wyścigach, kandydatów na prokuratorów jest często więcej niż dwóch, więc głosowanie nie jest zero-jedynkowym wyborem między dwoma prawnikami. Dlatego kampania prokuratorska często stanowi test zdolności budowania politycznych struktur i przede wszystkim zbierania poparcia wśród możnych darczyńców. Bo bez pieniędzy w amerykańskiej polityce nie da się wygrać absolutnie niczego.

Harris, córka imigrantów z Jamajki i Indii, swój test zdała, chociaż ledwo ledwo. Wprawdzie wygrała wybory z republikaninem Steve’em Cooleyem, ale jej przewaga wyniosła mniej niż pół punktu procentowego. W liczbach bezwzględnych było to nieco ponad 74 tys. głosów. Od początku sprawowania urzędu chciała zbudować wokół siebie aurę otwartości na reformy. Sama wymyśliła sobie nawet przydomek – „progresywna pani prokurator”. I choć na początku rzeczywiście sprawiała wrażenie, jakby głębokie zmiany ją interesowały, a nawet stanowiły realny polityczny cel, szybko zeszła z rewolucyjnej ścieżki. Jeszcze w czasie kampanii z 2010 r. opowiedziała się jednoznacznie przeciw karze śmierci, ale już po wyborach wielokrotnie jej broniła. Złożyła nawet apelację przeciw decyzji sędziego federalnego, który karę tę uznał za sprzeczną z amerykańską konstytucją. Argumentował, że sposób jej stosowania w Kalifornii jest dysfunkcyjny, bo w 2014 r., kiedy ogłaszał decyzję, na terenie stanu przebywało prawie 900 osób z wyrokiem śmierci, a kar tych wykonano od 1978 r. jedynie 13. Dla Harris tłumaczenie to było niewystarczające, zwracała też uwagę na niedociągnięcia formalne i proceduralne w decyzji sędziego. Jej sprzeciw miał jednak wymiar polityczny – pani prokurator nie chciała antagonizować sporej części centrowego elektoratu, która cały czas popiera karę śmierci w Kalifornii.

Owszem, możliwa zastępczyni Joe Bidena podejmowała próby ambitnych projektów. Uruchomiła chociażby program „Back on Track” (metaforycznie „powrót do gry”), ułatwiający powrót do społeczeństwa przestępcom z pojedynczym wyrokiem niskiej szkodliwości, głównie za handel miękkimi narkotykami i ich posiadanie. Jednak ze zdecydowaniem i skutecznością ścigała właśnie tego typu wykroczenia. Fakt ten wyciągnięto przeciwko Harris po latach w jednej z debat prawyborczych Partii Demokratycznej w 2019 r. Tulsi Gabbart, wywodząca się z Hawajów członkini Izby Reprezentantów, zarzuciła jej wówczas systemowe prześladowanie posiadaczy i konsumentów marihuany. Od Kamali Harris domagała się nawet publicznych przeprosin. Eksprokurator na zarzuty nie umiała odpowiedzieć i momentalnie posypała się jej linia obrony. Nie było przeprosin ani kontrofensywy. I wkrótce potem nie było już kampanii prezydenckiej. Harris nie była w stanie zaistnieć wśród establishmentu demokratów ze Wschodniego Wybrzeża, szybko wysychały też źródła finansowania. Musiała się wycofać, bo i tak nie miała szans ani z Bidenem, ani z pozostającym jeszcze wtedy w grze Berniem Sandersem.

Niemal od razu zaczęto ją jednak wymieniać jako kandydatkę na „numer 2”. Jak ważna to rola w amerykańskiej polityce, sam Joe Biden, wiceprezydent obu kadencji Baracka Obamy, wie akurat doskonale. Dlatego decyzji nie chciał podjąć od razu, kalkulował. Czy Harris będzie lepsza od Elizabeth Warren, kandydatki doskonałej merytorycznie, w dodatku z nośnymi postulatami ścisłej kontroli nad gigantami technologicznymi, ale jednak wywodzącej się z białych elit partyjnych? Ostatecznie jego sztab zdecydował się na związaną z Kalifornią prawniczkę, która z prokuratury awansowała w 2017 r. do Senatu. W dużej mierze pomogła mu w tym jednak sama Harris i jej bardzo skuteczna działalność polityczna w ostatnich ośmiu miesiącach.

Kiedy do Stanów doszła pandemia koronawirusa, Harris jako jedna z pierwszych apelowała o szybką reakcję władz federalnych i nielekceważenie zagrożenia. W trakcie antyrasistowskich protestów po śmierci George’a Floyda często pojawiała się wśród demonstrantów, występowała też publicznie z propozycjami reformy wymiaru sprawiedliwości i wyeliminowania tzw. profilowania rasowego. Dobrze rozumie też grę symboli w polityce. Jeśli już pokazuje się poza formalnymi okazjami, często ma na sobie ubrania czy emblematy nawiązujące do konkretnych ruchów i postulatów społecznych. Jak chociażby tęczową bluzę, w której obfotografowały ją już chyba wszystkie największe gazety w USA. Na plus należy zapisać jej też wyrazisty głos sprzeciwu wobec kandydatury Bretta Kavanaugh na sędziego Sądu Najwyższego. Prawnik oskarżony o molestowanie znajomej z czasów licealnych został ostatecznie zaprzysiężony w 2018 r., ale Harris była jedną z liderek feministycznej krucjaty przeciwko niemu i walki o prawa ofiar napaści seksualnych.

Przede wszystkim jednak do kandydatury Bidena wnosi entuzjazm, energię i sporo świeżego powietrza. Sztabowcy wzięli ją do zespołu również dlatego, że jest ambitna, nie chce się zatrzymywać w politycznym rozwoju. Wycofanie się z kampanii prezydenckiej potraktowała jako lekcję, a nie wielką katastrofę. Chce wrócić do walki o najwyższe cele, tak przynajmniej twierdzi. Najpierw jednak zapowiada, że zrobi wszystko, by listopadowe wybory były dla głosujących bezpieczne. Koronawirus rzucił Stany Zjednoczone na kolana, a Donald Trump już przemyca pomysły przedłużenia swojej kadencji. Dla Bidena porażka w tym roku byłaby zaprzepaszczeniem wielkiej, a jednocześnie ostatniej szansy na stanie się głównym lokatorem Białego Domu. Dla Harris – może nawet końcem marzeń o kolejnych sukcesach w federalnej polityce. Wygrana natomiast da jej wielką przestrzeń do działania, w dalszej perspektywie pewnie też szefostwo Partii Demokratycznej. A później do zrobienia zostanie już tylko jeden krok.

Fot. MediaPunch/BACKGRID/Forum

Wydanie: 34/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy