PiS bawi się mundurowymi emerytami

PiS bawi się mundurowymi emerytami

Przed wyborami rządzący wyciągnęli sprawę ustawy dezubekizacyjnej. Po wyborach temat zniknie i zmian nie będzie

Od tzw. ustawy dezubekizacyjnej zależy los 55 tys. emerytów mundurowych. W ubiegłym roku drastycznie obniżono im świadczenia. Ponad 23 tys. osób odwołało się do Sądu Okręgowego w Warszawie od decyzji o obniżce. W styczniu br. sąd zdecydował, że wystąpi do Trybunału Konstytucyjnego o sprawdzenie, czy ta regulacja jest konstytucyjna. W lutym TK otrzymał od sądu pismo w tej sprawie. W marcu został powołany pięcioosobowy skład sędziów do jej rozpoznania. I zapadła cisza.

Nagle coś drgnęło. Biuro Analiz Sejmowych wydało opinię, że ustawa dezubekizacyjna obniżająca emerytury funkcjonariuszom, którzy pracowali po 1990 r., ale choćby jeden dzień służyli na rzecz totalitarnego państwa, a faktycznie pracowali w różnych instytucjach związanych z milicją, jest niekonstytucyjna w tym punkcie. 4 października Komisja Ustawodawcza Sejmu tę opinię poparła. Ważne – do takiego wyniku głosowania przyczynili się posłowie PiS. We wtorek, 9 października, stanowisko komisji poparł marszałek Marek Kuchciński i przekazał je do Trybunału Konstytucyjnego. Potem bił się z myślami albo też baty przyjmował. Efekt końcowy bicia się lub bycia bitym jest taki, że marszałek stanowisko komisji z Trybunału Konstytucyjnego wycofał. A na Twitterze stwierdził, że prześle do Trybunału stanowisko, że ustawa jest w całości zgodna z konstytucją.

– Teraz, przed wyborami samorządowymi, raptem wyciągnęli sprawę ustawy dezubekizacyjnej i zaczęli się zastanawiać, czy jest konstytucyjna. To grubymi nićmi szyte. Po wyborach temat zapewne zniknie i żadnych zmian nie będzie – mówi z przekonaniem Grażyna Piotrowicz, jedna z 55 tys. osób, którym obniżono emeryturę.

Na koncert i na spektakl

– Jestem dumna z tego, co robiłam – twierdzi Grażyna Piotrowicz. – Zawsze marzyłam o mundurze. A teraz doprowadzono do tego, że mam się wstydzić za swoją służbę. Dlatego walczymy o to, żeby nam zwrócono honor.

Nie może się pogodzić z tym, że została potraktowana jak złoczyńca. Służbę rozpoczęła w 1980 r. w Wyższej Szkole Oficerskiej MSW w Legionowie. Podobnie jak większość pracowników szkoły była na etacie milicyjnym, choć zajmowała się kulturą. Dostała numer służbowy 00802. Kiedy powstała policja, Grażyna Piotrowicz została zweryfikowana i zaczęła służbę z tym samym numerem. Towarzyszył jej aż do 2012 r., kiedy przeszła na emeryturę. Miała za sobą dziewięć lat w milicji i ponad 22 lata w policji.

Kiedy pojawił się temat ustawy dezubekizacyjnej, nawet przez moment nie przypuszczała, że może ona jej dotyczyć. Objęła jednak wszystkich funkcjonariuszy milicji, którzy służyli w szkole milicyjnej w Legionowie. A nawet studentów i kursantów tej szkoły. Jeśli więc ktoś był tam chociażby na kursie językowym, o czym już dawno zapomniał, również znalazł się na liście osób, którym obniżono emerytury.

– Pod tę ustawę podciągnięto także żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza, strażaków, służbę więzienną, pracowników PESEL, UOP, BOR – wylicza Grażyna Piotrowicz. – Napisałam odwołanie od decyzji do sądu poprzez Zakład Emerytalno-Rentowy MSWiA. Do sądu trafiło po ponad roku. Biorą na przetrzymanie.

W odwołaniu opisała, czym zajmowała się w legionowskiej szkole. A prowadziła zespół muzyczny, dwa zespoły sceniczne oraz dyskusyjny klub filmowy. Rozprowadzała bilety do warszawskich teatrów, jeździła ze słuchaczami do Warszawy na spektakle, koncerty, do muzeów. – Przyjeżdżali do szkoły z różnych miejscowości, mieli różny dostęp do instytucji kultury – wspomina. – Uważałam, że przez trzy lata nauki powinni w jak największym stopniu skorzystać z tej oferty kulturalnej, jaką daje Warszawa. Poza tym prowadziłam dla nich koła zainteresowań: plastyczne, numizmatyczne, filatelistyczne. IPN stwierdził, że „kształtowałam światopogląd tych ludzi”. Byłam młodą dziewczyną, sama nie miałam ukształtowanego światopoglądu. Ponieważ byłam wtedy niezamężna, mogłam sobie pozwolić na to, że często miałam w szkole dyżury aż do wieczora, a wszystkie weekendy poświęcałam na wyjazdy ze studentami do Warszawy. Potem przeszłam na etat bibliotekarza, ale nadal pracowałam w szkole w Legionowie.

Pisowski walec zrównał wszystkich

Kiedy powstała policja, Grażyna Piotrowicz została zweryfikowana. Pracowała w legionowskiej szkole, która teraz nosi nazwę Centrum Szkolenia Policji. Ukończyła Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW i studia podyplomowe w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie. W 2003 r. awansowała do Komendy Głównej Policji. Została naczelnikiem. Wiele razy była odznaczana, dostawała podziękowania.

– Rodzice nauczyli mnie empatii do ludzi i zwierząt – opowiada. – Jeżeli znajdzie się chociaż jeden człowiek, który powie, że zrobiłam mu krzywdę, to jestem gotowa zgodzić się z decyzją o obniżeniu emerytury. Ale nigdy nie zgodzę się, że powinnam ponieść karę za prowadzenie słuchaczy na spektakl do Teatru Wielkiego, na koncert czy za to, że pracowałam z nimi w zespole muzycznym.
Kiedy się dowiedziała, jaką będzie mieć nową emeryturę, uświadomiła sobie, że nie będzie w stanie spłacać kredytu, który wzięła na remont mieszkania. Wtedy zdecydowała się podjąć pracę. Okazało się jednak, że kobiecie w jej wieku nie jest łatwo znaleźć zatrudnienie. Co najwyżej dostawała pracę na zastępstwo.

– Niektórzy mówią tak: wy, policjanci, mieliście kokosy, zobaczcie teraz, jak żyją normalni ludzie – twierdzi.

– Ale przecież my z państwem podpisaliśmy umowę dwustronną: mieliśmy służyć na określonych warunkach, musieliśmy być na każdy gwizdek, a za to mieliśmy pewne uprawnienia. Niektórzy z milicją czy Służbą Bezpieczeństwa w ogóle nie mieli nic wspólnego, jak sportowcy z klubu Gwardia Warszawa, pielęgniarki i sekretarki. A dziś też są w gronie osób z minimalną emeryturą.

Oni nie wytrzymali

Delegacja Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych Rzeczpospolitej Polskiej była w Parlamencie Europejskim, by szukać wsparcia w swoich staraniach o przywrócenie poprzedniego wymiaru emerytur. Europosłowie byli zaszokowani tym, że w cywilizowanym kraju można ustanowić prawo, na podstawie którego ludzie – bez żadnego wyroku – za swoją pracę mają emeryturę równą zero, chociaż składki w tym okresie były za nich odprowadzane. Dwie posłanki w Parlamencie Europejskim się popłakały.

Grażyna Piotrowicz prowadzi tzw. białą księgę, która obejmuje 50 przypadków zgonów spowodowanych obniżką emerytury, m.in. 13 samobójstw, 11 zawałów, trzy udary.

– Niektórzy się zastanawiają, czy śmierć faktycznie spowodowała obniżka, bo jeśli człowiek miał 70 czy 80 lat, to przecież mógł umrzeć z innego powodu – opowiada. – Ale jeśli jest taka sytuacja: przychodzi listonosz do emeryta, ten patrzy na kopertę, widzi, że to decyzja z Zakładu Emerytalno-Rentowego i w tym momencie dostaje zawału? Czy to ze starości? Naprawdę można się załamać, kiedy człowiek miał 3 tys. zł emerytury, a dostał 800 zł, jest stary, chory i nie ma za co wykupić leków. I zastanawia się, czy ma jeść, czy ma się leczyć – czy ma umrzeć z głodu, czy z powodu nieleczonej choroby. W białej księdze są takie przypadki, że ludzie nie widzieli perspektyw i odebrali sobie życie.

Sławomir W. z Gryfic popełnił samobójstwo 6 stycznia 2017 r., kilka dni po wejściu w życie ustawy dezubekizacyjnej. Studiował na Akademii Spraw Wewnętrznych. Szkołę ukończył dopiero w 1990 r., nie podjął więc służby w SB. Potem służył w policji do 2007 r. Jako absolwent Akademii Spraw Wewnętrznych miał być objęty obniżką emerytury.

Wiesław O. odebrał sobie życie 18 sierpnia 2017 r., po otrzymaniu decyzji o obniżce. Zbigniew J. – z tego samego powodu. Obniżka emerytury była spowodowana tym, że uczył się w Wyższej Szkole Oficerskiej w Legionowie. Jan R. także skończył ze sobą z powodu obniżki emerytury. Był funkcjonariuszem Lubuskiego Oddziału Wojsk Ochrony Pogranicza. Józef K. też był funkcjonariuszem WOP, ale w Kuźnicy Białostockiej i służył w latach 1973-1992. Zabił się, ponieważ nie miał środków do życia.

Mirosław K. po obniżce emerytury zażył wszystkie leki, które miał, i zmarł. Janusz K. jako absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej w Legionowie dostał obniżkę emerytury z 2300 zł do 850 zł. Odebrał sobie życie. Krzysztof R. rozpoczął służbę w Korpusie Ochrony Pogranicza w 1979 r. W 1990 r. został pozytywnie zweryfikowany i pracował w Pomorskim Oddziale Straży Granicznej do 1997 r. I on z powodu obniżki emerytury odebrał sobie życie.

– Te tragedie powinny posłów skłonić do refleksji nad ustawą dezubekizacyjną – mówi Grażyna Piotrowicz. – Nie wolno stosować odpowiedzialności zbiorowej. Jeśli ktoś zawinił, należy go postawić przed sądem. Ci, którzy odeszli ze służby w 1990 r., teraz mają się dobrze. Tych, którzy zostali, potraktowano gorzej niż więźniów – oni za każdy rok w więzieniu mają naliczaną emeryturę społeczną. W 1990 r., kiedy powstawała policja, namawiano nas, byśmy pozostali w służbie, i zapewniano, że będziemy traktowani tak samo jak ci funkcjonariusze, którzy przyjdą po 1990 r. Nie dotrzymano słowa.

Fot. Stefan Maszewski/REPORTER

Wydanie: 42/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy