Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

To mieliśmy w MSZ małe trzęsienie ziemi. Nie, nie chodzi o to, że pani minister Fotyga odmówiła przyjęcia kwiatów do ministra Ławrowa, tym samym po raz kolejny wpisując się do podręczników dyplomacji i bon tonu. Nie chodzi też o to, że znów pojawiła się plotka o tym, że minister Fotyga odejdzie, a zastąpi ją Marek Cichocki (o tym trochę jednak na korytarzach mówiono, więc parę słów warto powiedzieć – ale za chwilę). Otóż to trzęsienie ziemi to restrykcyjne cięcie kadrowe. Ponad stu pracowników MSZ nie uzupełniło wymaganego ustawą wykształcenia, więc zostało zdegradowanych.
Ten wymóg to jeszcze pomysł z czasów Włodzimierza Cimoszewicza, który przeforsował ustawę o służbie zagranicznej, nakazującą urzędnikowi MSZ znajomość (potwierdzoną egzaminem) przynajmniej dwóch języków obcych. W tym czasie, jak wskazywał raport NIK, około jednej trzeciej pracowników MSZ nie miało żadnego zdanego egzaminu z języka obcego (co nie znaczy, że języków obcych nie znali, ale nakazem chwili było skierowanie ich na egzaminy). Więc w ustawie o służbie zagranicznej zapisano, że każdy kto nie ma wymaganych egzaminów, powinien w ciągu pięciu lat spełnić ten warunek. Pięć lat to na naukę języka obcego czas wystarczający. I oto okres ten minął, okazało się, że ponad stu urzędników nie ma zdanych dwóch egzaminów. Więc gilotyna poszła w ruch. I zaczęto ludzi degradować. Człowiek z radcy ministra spadł na specjalistę, czyli na jeszcze niższe stanowisko, niż zaczynał w MSZ robotę, tracąc 30-40% uposażenia. Dodajmy jeszcze jedno – nawet jak zda za tydzień egzamin, to i tak niewiele już mu to da, jest na dole drabiny urzędniczej i znów będzie musiał po niej się wspinać.
Niestety, nie oznacza to, że MSZ stało się nagle ministerstwem, gdzie takie sprawy są skrupulatnie wymagane. O umiejętnościach językowych wiceministra Kowala już pisaliśmy, podobnie jak o egzaminach dyrektora Biura Kadr, Andrzeja Papierza. Dorzućmy więc kolejny element. Otóż Cimoszewicz wprowadził jeszcze jeden egzamin – dla wyjeżdżających na zagraniczne placówki. Każdy musiał go zdawać. Budziło to początkowo oburzenie w MSZ, ale po jakimś czasie okazało się, że ma to sens, parę osób mających papier, a niemających umiejętności w ten sposób wyłapano. No cóż, to dawna przeszłość, teraz już takich egzaminów się nie urządza.
A teraz dwa zdania o Cichockim. W MSZ komentowano to w ten sposób, że pan X ma zastąpić panią X, czyli nikt nikogo. Ten komentarz to była przesada – Fotyga jest silna tym, że ufają jej Kaczyńscy. Dlaczegóż więc mieliby wymieniać ją na kogoś, kogo znają słabiej? Z nazwiskiem znanym tylko kręgowi fachowców? W MSZ tłumaczono to tym, że Cichocki postrzegany jest jako człowiek ze stajni Jacka Saryusza-Wolskiego, eurodeputowanego PO, pod którego od dwóch lat PiS czyni podchody. Jemu Kaczyńscy oddaliby MSZ, choćby dlatego, że i tak to oni kierują polityką zagraniczną, a poza tym wyciągnęliby Platformie ważnego człowieka. Mówimy Cichocki, myślimy Saryusz-Wolski, strzelamy w Tuska. Czy o to tu chodziło?

Wydanie: 23/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy