Piszę, bo lubię

Piszę, bo lubię

To smutne, że w wymiarze pokolenia czy dwóch potrafiliśmy zapomnieć o tych, którzy budowali pejzaż liczącej się w świecie polskiej kultury

Krystyna Gucewicz – poetka, pisarka, dziennikarka

Pisarka, poetka – jak pani sobie radzi z tym, co wokół? Skąd w nas tyle złych emocji? Kochamy nienawidzić?
– Nie potrafię odpowiedzieć za cały świat. Jesteśmy po to, żebyśmy byli dobrzy i mili dla innych. Niestety, są też inni inni. Mówię to bez cienia pogardy czy wyższości. Po prostu jestem gdzie indziej. Mam jednak świadomość, że Kiepscy wiedzą lepiej. Być może dlatego piszę – żeby nie zapomnieć, kim jestem, skąd się wzięłam. W naszym domu, w naszym środowisku, tego typu emocje były nie do pomyślenia. Jakkolwiek naiwnie by to zabrzmiało, wychowano nas w szacunku dla człowieka, w potrzebie pracy dla innych, tolerancji, otwartości, radości życia, nieustannej rozmowy, zadawania pytań o rzeczy najważniejsze, a te pozostają niezmienne. Dobro, zło, przyzwoitość, wiara, nadzieja, miłość.

Zamyka się pani w swoim świecie?
– Zdecydowanie. Świat sztuki i piękna może być azylem, niekoniecznie ucieczką. Tym bardziej że niedemokratyczny świat (tak, tak, nasz świat) żąda od nas monopolu perspektywy, jedynej słusznej dla wszystkich. Przyszłość zadekretowana to nie dla mnie. Mądrość dnia wczorajszego – proszę bardzo. No i Horacjańskie carpe diem – staram się korzystać z każdej chwili.

Pisanie jest jak jazz: masz temat, kilka nut, motyw, parę taktów, a reszta jest przygodą, przyjemnością. Właśnie to uważam za istotę pisarstwa – radość tworzenia. Nic mnie nie obchodzi nakład, sprzedaż, sukces gotowego produktu. Tylko na jedno zwracam uwagę: książka musi być piękna. I – szczęściara – mam wokół siebie najwspanialszych artystów. To Maciej Buszewicz, Andrzej Pągowski, Andrzej Barecki, Ewa Stiasny, Lech Majewski, czekam na Edwarda Lutczyna, ale o tym sza.

I to jest ta piękniejsza strona życia?
– Jestem z epoki, kiedy czytało się książki i wierzyło w nie, w sens historii, potęgę rozumu, autorytet mądrzejszych. O terrorze głupoty rozmawiało się tylko teoretycznie. Nie osądzam, widzę… Ten stan zadziwienia jest też powodem, że wchodzę do skorupy, do muszli – mam nadzieję, że przeczekam. Również tę zawiść, nienawiść, zazdrość, o które pan pytał. „Mam wątrobę gołębia, bez żółci” – to z „Hamleta”.

Jestem różnokrwista, może dlatego podejrzanie traktuję „prawdziwego Polaka”. Mam kresowe geny, a to wspaniała mieszanka. Dlatego odwracam się od „wrzaskliwych patriotów”. Przepraszam, że wpadliśmy w pułapkę polityki, to też złe emocje. Porażające i przygnębiające, że rządzą nami bezrozumni ignoranci, hipokryci i roszczeniowi prostacy. Smutno… Już nie chcę zmieniać ani naprawiać świata, chcę go zrozumieć.

I wtedy sztuka jest dobra na wszystko?
– Bywa. Oczywiście można się spotkać z zarzutem wydumanego arystokratyzmu, ale fantazja, zapał, namiętności – to wszystko znajduje ujście. Piszę, bo lubię. A na stronie powiem panu, że nic innego nie umiem robić.

I znakomicie robi to pani od zawsze!
– Komplementy to nie rzeczywistość. A co ma robić dziennikarz? Pisze. Ale zanim stało się to moim zawodem i pasją, powstało mnóstwo wierszy i powieść. Proszę sobie wyobrazić, dosłownie przedwczoraj znalazłam cały tomik pilnie przepisany na maszynie. Na tej samej maszynie, podkradanej memu tacie z gabinetu lekarskiego, w ostatniej klasie szkoły podstawowej wystukałam opasłą powieść, której akcja dzieje się w tajemniczym Mawiecku. Nietrudno zgadnąć, skąd ta nazwa. Mieszkam w Mińsku Mazowieckim, miasteczku o 600-letniej historii.

A przy okazji: przez ostatnie 20 lat wydałam 21 książek, szczęśliwie trafiły do serc czytelników. Jestem dumna i blada.

Najnowsza to „Notes Krystyny Gucewicz, czyli Fołtyn w śmietanie”. Jest pani szczęśliwa?
– Pojawienie się na rynku każdej książki to dla autora ogromne szczęście, a ta ostatnia, tak myślę, jest naprawdę wyjątkowa. Pisałam ją bez specjalnego zamysłu, jak gdyby przypadkowo, notując przygody, zdarzenia, anegdoty, które składały się na mój dziennikarski los. Nagle okazało się, że ożywają sytuacje, spektakle, ludzie, festiwale, wernisaże. Cały wielki, kolorowy świat kultury, któremu miałam szczęście przyglądać się w pracy dziennikarskiej i w którym dalej mam zaszczyt istnieć.

Skąd wziął się ten pomysł?
– Z bałaganiarstwa. W całej mojej niemal półwiecznej pracy miałam tylko trzy notesy telefoniczne. Łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądają – zapisane na każdym skrawku, pokreślone, porozrywane. Niczego nie można znaleźć. A przybywają nowe numery, nowi znajomi i nie ma co z tym zrobić. Od 18 lat zapisuję wszystko na niezliczonych kartkach i karteluszkach. Oczywiście nie ma z tego żadnego pożytku. Któregoś roku podjęłam zatem odważną decyzję: zakładam nowy notes. Zaczęłam porządkować, przepisywać, uzupełniać… Przerwałam. Nie dałam rady. Okazało się, że tylu przyjaciół, znajomych, wybitnych kolegów już z nami nie ma. Wyprowadzili się do nieba. Ale w moich notesach nie ma pojęcia wyprowadzki, tym bardziej w moim sercu.

To znaczy, że ta książka jest pani hołdem dla tych, którzy przeminęli, pozostawiając ślad.
– Tak. Szczęściem zawodu dziennikarza, recenzenta, krytyka sztuki jest to, że może dotknąć, poznać, a często zaprzyjaźnić się z wybitnymi ludźmi swoich czasów. Mam to szczęście, ten zaszczyt. Pisałam o artystach, którzy tworzyli dzieła najwyższej rangi w dziedzinie teatru, muzyki, tańca, filmu, estrady i sztuk plastycznych. Z perspektywy młodej osoby ci wielcy byli jeszcze więksi. Z dzisiejszej perspektywy – kiedy o wielu już się nie pamięta – muszą pozostać jak pomniki, jak kamienie milowe w sztuce. Dlatego o nich piszę. Dla pamięci, z powinności, żeby oddać hołd. To smutne, że w wymiarze pokolenia czy dwóch potrafiliśmy zapomnieć o tych, którzy budowali pejzaż liczącej się w świecie polskiej kultury. Żaden czerwony dywan z dzisiejszą jednodniową gwiazdką nie przyćmi dorobku filarów polskiej sztuki, pięknych ludzi i wielkich artystów. Oni zostawili niezatarty ślad.

I to był ten pomysł, żeby ich zatrzymać?
– Żeby zostali ze mną. I z państwem. Sentymenty sentymentami, ale wielkość wielkością. Kto nie pamięta Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej i jej cudownego dziecka – Mazowsza? Kto się nie uśmiechnie na wspomnienie o Janku Himilsbachu, cudownym aktorze naturszczyku i świetnym pisarzu? Kto nie pamięta serialu „Dom”? A to przecież jedno z dzieł Jerzego Janickiego, który nigdy nie wyprowadził się ze Lwowa, choć mieszkał w Warszawie. Proszę zerknąć na indeks, prawie 1,2 tys. nazwisk. Jerzy Bralczyk, Piotr Fronczewski, Gustaw Holoubek, Czesław Niemen, Irena Santor, Stanisław Tym, Agnieszka Osiecka, Violetta Villas, Danuta Szaflarska. Wielcy niezapomniani.

Oczywiście o wszystkich opowiadam z mojej perspektywy, to wszystko zdarzyło się naprawdę i – niezależnie od mojego pogodnego charakteru – okazuje się bardzo optymistyczną historią. Naszą historią, naszymi czasami, które niezależnie od politycznej opresji toczyły się jak zawsze, jak wszędzie. Byłam przy tym, widziałam i wiem. Niezależnie od ustroju ludzie rodzą się i umierają, kochają i pracują, a jeśli osiągają szczyty – a tak było w polskiej kulturze – należy im się szacunek, wdzięczność i pamięć. Historia to nie propaganda polityków, to życie zwykłych ludzi.

Jest pani szczęściarą. W pewnym sensie sama pani napisała swoją historię.
– No tak. Świadek epoki, moje pół wieku. I żeby nie było, że nie było, wszystko można naocznie sprawdzić: „Notes” zawiera ponad 300 fotografii, z reguły wcześniej niepublikowanych. To mała cząstka (pół jednej walizki) mojego archiwum, a właściwie mojego bałaganu. Dzięki uprzejmości kolegów fotoreporterów mogłam je zamieścić w książce. To jest osobna opowieść, te zdjęcia czyta się jak nową książkę w książce. Dziękuję Wydawnictwu Arkady, którego nakładem się ukazała.

„Notes” to pani kolejna książka autobiograficzna.
– W pewnym sensie tak. Wyglądam zza pleców moich bohaterów, chociaż mam nadzieję, że ich nie zasłaniam. „Notes” mieści się w nurcie moich biograficznych książek. Zaczęło się od prozy „Pogrzeb wróbla”. W dziejach naszej rodziny odbijała się historia kilku wieków Europy. Miałam więc o czym pisać. Jak wspomniałam, pochodzę z rodziny kresowej, mój praszczur to wybitny architekt wileński Wawrzyniec Gucewicz. Przodek naszej mamy Ignacy Hryniewiecki wsławił się zamordowaniem cara Aleksandra II. Jeden z jej braci zginął w Katyniu, drugi szczęśliwie zwyciężał pod Monte Cassino. Nie gorzej u Przyborów, którzy z kresowych włości przenieśli się do Warszawy. Dziadek Trojan przedzierał się przez płonącą rewolucyjną Rosję, zginął w powstaniu warszawskim – lustro dziejów.

Myślę jednak, że dla czytelników najważniejszą pani książką jest „Jeszcze wczoraj miałam raka”, za którą chciałem specjalnie podziękować.
– To dziwna książka, tak przynajmniej myślę. Powstała jako rodzaj pomocnika czy nawet poradnika w chorobie. Najczęściej jesteśmy bezradni w opresji zdrowotnej, ja jako dziecko lekarzy potrafiłam być racjonalna. Jedna operacja, druga, czternasta – bo tyle przeszłam w ciągu ostatnich lat – pozwoliły mi wybudować własną odporność. O tej umiejętności i o umiejętności poruszania się w labiryncie służby zdrowia jest ta książka. Cieszy mnie, że została przyjęta jak lekarstwo. Bezustannie dostaję listy, mejle, spotykam osoby, którym pomogła, w tym amazonki, dziewczyny, tak jak ja, po mastektomii. Jedno jest pewne: żadna choroba nie może nami rządzić. Od tego przekonania trzeba zaczynać każdą terapię. Kolejny krok to żyć tak jak dotąd – twórczo, aktywnie, z niczego nie rezygnując.

Taką terapią może być również poezja. Wydała już pani 10 tomików wierszy.
– Poezja daje absolutną wolność, nie skłamie. Tu nie gra się żadnej roli, tylko odsłania bez granic. Lubię swoje wiersze, najbardziej drobiazgi, które nazywam lapidariami. Mogę jeden?

Oczywiście.
– Tytuł: „O obrotach ciał niebieskich”. „Kopernik nie miał racji – Wszechświat obraca się wokół ciebie”. W każdym z nas jest morze poezji, tylko nie zawsze nadstawiamy ucha. Ja po prostu słyszę i zapisuję. Poezja nie jest poczytnym kryminałem, a jednak ludzie ciągle po nią sięgają. Miło, że po moje wiersze też.

Szczególnie po te o miłości.
– Każdy kogoś kocha, nawet jeśli o tym nie wie. Miłości się nie znajduje, nie traci, ale się w niej wzrasta. I na każdym etapie życia można się nią obdarowywać. Filozofią miłości jest oddanie. Przyjemnością – Eros. Łacina uczy, że Amor tkwi w szczegółach. Proszę posłuchać, chodzi tylko o jedną jedyną literkę: zakochani to amantes, a amentes to już szaleni. Miłość jest szaleństwem.

O uczuciach trzeba mówić wprost i nieustannie. Najzwyczajniej – kocham cię.

Pani poezja została doceniona nie tylko przez czytelników, ale także przez wybitnych poetów.
– Wielcy poeci okazali się życzliwi. Łaskawym okiem przeczytała te wiersze Wisława Szymborska, pochylił się nad moimi tomikami Tadeusz Różewicz, co zresztą ma swoją historię. Wielkiemu poecie powiedziałam, że to wszystko stało się za sprawą jego poematu „Et in Arcadia ego” i stąd moje erotyczne nastroje, co ten fenomenalny pan z uśmiechem skwitował: „Ale alimentów nie będę musiał płacić”.

Jak to się dzieje, że w tych zwariowanych czasach ludzie tęsknią za poezją?
– Ta tęsknota jest wieczna. Tylko często zabija ją agresja codzienności. Ostatnie lata dramatycznie zdegradowały język polski. Cud słowa został zbezczeszczony przez ideologów i prostaków, przez niechlujstwo, dosadność i wulgarność myśli. A ludzie szukają słów wyrażających emocje, uczucia, doznania – wiem, bo o tym mi mówią i piszą.

Najlepszym dowodem, że świat nie kończy się w supermarkecie, są oblegane spektakle „Ostrych Dyżurów Poetyckich”, które realizuję od 19 lat w Teatrze Narodowym w Warszawie. Wypełniona po brzegi widownia, wspaniała poezja w interpretacji najwybitniejszych aktorów i ta cisza, w której spotykają się myśli ludzi wrażliwych.

Dodajmy, że to jest działalność charytatywna.
– Absolutnie wszyscy oddają swój czas i talent, żeby wspomagać potrzebujących. To największe przedsięwzięcie dobroczynne polskich artystów. Wśród beneficjentów znajduje się m.in. Dom Artysty Weterana w Skolimowie. Pomagamy – to też jest piękno.

Pani recepta na sukces?
– Może dystans i poczucie humoru? Zawsze jakiś chichocik mi się snuje z tyłu głowy. Uwielbiam ironię, absurd, surrealizm. Mam naturę hipiski, bo przecież jestem z pokolenia Marca ‘68. Nie trzeba przypominać, że poza wszystkim był to pierwszy inteligencki zryw i protest po wojnie. I żadne scenariusze tego nie zmienią.

Ale mieliśmy żartować!
– Z historią nie ma żartów, chociaż są tacy, którzy śmieją się jej w nos. Ale skoro tak panu zależy, to proszę, bardzo mi bliska anegdota z prehistorii. Czy pan wie, że można umrzeć od wczesnego wstawania? Otóż Kartezjusz zmarł, albowiem przeziębił się, zmuszony przez szwedzką królową Krystynę (no cóż…) do rannego wstawania na wykłady.

Mało!
– Czy zdarza się, że boli pana kręgosłup?

Zdarza się. Zna pani diagnozę?
– Lata temu postawił ją góral z Suchej Beskidzkiej i król Hollywood Billy Wilder, ten od „Pół żartem, pół serio”, od „Garsoniery” i siedmiu Oscarów. Zawsze powtarzał, że cierpi na bóle kręgosłupa z powodu seksu na zimnych klatkach schodowych.

Jak przeżyć życie, żeby móc codziennie patrzeć na siebie w lustrze?
– Mam łatwiej, bo się nie maluję (śmiech). Mimo upływu czasu stosuję się do zasad wyniesionych z domu. Są oczywiste. Widzę tatę obłożonego lekturami filozofów, to dlatego już w niemowlęctwie poznałam maksymę Immanuela Kanta „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. A potem takie, rzucane w przelocie: „Spojrzyj z drugiej strony”, czyli poznaj racje przeciwne. Albo „Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”, prawda, że proste? Kiedy prof. Julian Krzyżanowski znalazł się w naszej rodzinie, strona po stronie przestudiowałam trzy tomy zebranych przez niego przysłów polskich – krynica mądrości. I mimo że panta rhei, te prawdy nie przemijają. Generalnie fascynuję się istotą czasu, jego nieuchronnością. I zastanawiam się, czy czas zmienia wartości, czy to wartości zmieniają się z czasem.


Krystyna Gucewicz-Przybora – kobieta instytucja, poetka, pisarka, dziennikarka, krytyczka sztuki, satyryczka, recenzentka teatralna, reżyserka. Autorka scenariuszy widowisk teatralnych, programów telewizyjnych i filmów. Od 19 lat przygotowuje i prowadzi Ostry Dyżur Poetycki w Teatrze Narodowym w Warszawie. Wydała 21 książek, m.in. tomy poezji: „Z miłości”, „Ave Maria”, „Łzy ptaka”, „Kocham Cię. Wiersze kardiologiczne”, oraz prozy: „Pogrzeb wróbla”, „Jeszcze wczoraj miałam raka”, „Notes Krystyny Gucewicz, czyli Fołtyn w śmietanie”.


Fot. Tricolors/East News

Wydanie: 24/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy