Płot w studiu

Płot w studiu

Przed kamerami TV4 zasiada Polska judząca, plotkarska, upodlona biedą

Linia frontu przebiega przez płot ustawiony pośrodku studia. Nagranie odbywa się we Wrocławiu, gdzie kłótnie filmowych Kargula i Pawlaka ciągle mają żywą wymowę.
Po jednej stronie prowizorycznych sztachetek siedzą Cyganie. Sporo dzieci na rękach kobiet albo plączących się między kablami operatorów. Matki mają falbaniaste, obszerne bluzki, szyfonowe chustki na głowach. Ale jest też kilku mężczyzn w dobrych garniturach – gdyby usiedli po drugiej stronie płotu, nikt by nie powiedział o nich: Cyganie. Oni jednak co słowo podkreślają, (nienaganną polszczyzną), że są Romami i w imieniu swoich ziomków chcą coś wygłosić do kamery.
Naprzeciw tej hałaśliwej, przekrzykującej się gromadki, z łaskawym uśmiechem rozsiadła się władza Kłodzka w wianuszku mieszkańców.
Prowadząca audycję pt. “Podejdź no do płota”, znana reporterka wrocławska, Jolanta Krysowata, pełni rolę mediatora. W zależności od tego, która strona zabiera głos, dyskretnie staje obok wypowiadających się.
Zaczyna się od skargi właścicielki sklepu spożywczego w peryferyjnej dzielnicy Kłodzka, zasiedlonej przez Cyganów.

– Jestem obca

– mówi – dlatego jestem szantażowana przez mieszkańców baraków. Przychodzi taki jeden obwieszony tombakowymi łańcuchami i każe sobie podawać artykuły z półek. A gdy człowiek upomni się o pieniądze, Cygan uderza na odlew.
Ona się go boi. Domaga się więc, jako Polka i prawowita mieszkanka Kłodzka, żeby coś z tymi Cyganami zrobić.
Po drugiej stronie płotu pomruk oburzenia. Padają gardłowo wypowiadane słowa, których nikt spośród siedzących koło burmistrza nie rozumie. Wreszcie przebija się przez rozgwar literacka polszczyzna młodego Roma, który siedzi z żoną, trzymając ją za rękę.
– Dlaczego tak pani mówi? – zwraca się do właścicielki sklepu. Dlaczego pani mówi: “Zróbcie coś z tymi Cyganami, bo mnie okradają”, a nie: “Jest tam taki jeden bandzior, powiedzmy Kwiatkowski, który mnie szantażuje”. Dlaczego stosowana jest odpowiedzialność zbiorowa?
Ośmielił siedzących obok. Teraz wszyscy chcą wykrzyczeć swoje pretensje. – My jesteśmy takie same ludzie! Tyle już lat tu mieszkamy. Dlaczego nas wyrzucacie do getta – podpowiada mężczyzna w firmowej marynarce. – Dlaczego nie ma dla nas komunalnych mieszkań w środku miasta, tylko w gnijących barakach, razem ze szczurami.
Wiceburmistrz nie rozumie tych pretensji. Właśnie niedawno odwiedził go kolega po fachu z Niemiec. Oglądali też cygańskie baraki. Niemiecki burmistrz nie był zgorszony. – My też – powiedział – trzymamy Cyganów razem. Lepiej się czują wśród swoich.
Kilkakrotnie powtarzane zza płotu słowo “getto” trochę jednak uwiera stronę polską. Broni się więc, atakując Romów – że nie wszyscy posyłają dzieci do szkoły, a w ogóle to mogliby zakasać rękawy i zabrać się za uczciwą robotę, zamiast wyglądać zasiłków z opieki społecznej.
Krysowata na koniec programu: “Co byście chcieli usłyszeć od burmistrza, żeby dostał od was brawa?”.

– Niech rozwali ten płot….

Rodzina Wardziaków. – Jak tylko sięgam pamięcią – opowiada najstarsza z dzieci, dziś koło czterdziestki – w domu była bieda. Ojciec trochę gospodarował, trochę dorabiał murarką i do tego fachu przyuczył trzech braci. Tylko najmłodszemu Romanowi odbiło.
Zaraz po zmianie ustroju wykazał smykałkę do handlu, dobrze mu szło, prowadził nawet drobne interesy w Niemczech. Wzbogacił się. Już nie chciał mieszkać z rodziną – przebudował pustą oborę, urządził tam salonik z kominkiem. Wieczorami czytał gazety.
Owszem, pomagał rodzinie, to przyznają wszyscy, między jednym a drugim poderwaniem się do bicia “biznesmena”. Kupił na przykład traktor, ale kazał naprawić osypujący się komin (w domu sami murarze), zamiatać podwórko, częściej się myć. Zatrudniał u siebie braci, ale gdy byli gorsi niż Niemcy, płacił im mniej.
Takim postępowaniem wywołał falę agresji rodziny. – Ty też chodziłeś do szkoły przez okrągły rok w gumofilcach i jakoś ci obornik pośrodku podwórka nie przeszkadzał. A teraz taki pan się zrobił! – wypomniała Romanowi przed kamerą matka. A ojciec ochoczo przyznał się, że “pobił z synami tego skur…, bo mu się należało, po co grodził podwórko”.
Zaraz po audycji wszyscy jej uczestnicy skotłowali się na podwórku; Roman w szale zerwał w rodzinnym domu przywiezioną z Niemiec boazerię.

Poszły w ruch sztachety

odgradzające Romanową cześć ojcowizny.
Od pierwszego ujęcia widać, że prowadząca program, Jolanta Krysowata, ma za sobą szkołę gazetową. I fachowego reżysera, współautora scenariuszy, Patricka Yokata. Odcinków było już wiele, ale w żadnym nie eksponuje siebie przed kamerami, nie przekrzykuje bohaterów. Dydaktyczne przesłanie audycji, zawarte w jej pytaniu, postawionym na koniec: “Czy moglibyście sobie wybaczyć?”, nie ma nic z nachalności.
Ale wymowa choćby tych dwóch audycji z cyklicznego programu jest zatrważająca. Przed kamerami zasiada Polska – judząca, plotkarska, często upodlona biedą, alkoholem, niedouczeniem. Ludzie nie potrafią wyartykułować swoich racji, gubią się w argumentach. Są biedni, mali w swych nienawiściach, zagubieni. Wielkie to pole do obserwacji dla socjologa. Szkoda, że program, emitowany w należącej do Polsatu TV 4, ma słabą oglądalność, takiego dusznego klimatu wzajemnych animozji na polskiej prowincji nie odda słowo pisane.

Wydanie: 24/2001

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy