Na studia z „Przeglądem”

Oszust dyplomowany Dobry promotor bez pomocy Internetu zorientuje się, czy praca jest plagiatem – Nie kupiłabym pracy dyplomowej. Nie wierzę, że ktoś mógłby napisać ją lepiej niż ja. Jeśli zajmuje się masową produkują prac, nie mogą to być rzeczy wartościowe – mówi Magdalena Dudek, studentka dziennikarstwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Przed dwoma laty na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu wprowadzono rozwiązanie, zgodnie z którym student deklaruje na piśmie, w obecności promotora, że jego praca jest w pełni oryginalna, zarówno pod względem eksperymentalnym, jak i teoretycznym. – Chcieliśmy, aby składając pisemne oświadczenie, student wziął na siebie odpowiedzialność – mówi Kazimierz Przyszczypkowski, prorektor do spraw studenckich UAM. Jako promotor miał kilka razy podejrzenie, że student nie jest autorem pracy. Jednak uważa, że niepewność można łatwo wyeliminować. Wszystko zależy od sposobu prowadzenia seminarium. Odpowiedni plan zajęć, kontrolowanie pracy studentów, sprawdzanie kolejnych rozdziałów sprawia, że możliwość popełnienia plagiatu sprowadza się do minimum. – Bardzo szybko rozszyfruję, czy student daną książkę czytał, czy nie. Solidność prowadzącego może wyeliminować problem – tłumaczy profesor i podkreśla, że kupując pracę dyplomową, student oszukuje przede wszystkim samego siebie. – Niestety, w naszej mentalności plagiat wciąż traktowany jest jako zjawisko o niskiej szkodliwości społecznej i w jakimś sensie, tak jak ściąganie, wpisuje się w pozytywny obyczaj. Studenci powinni pamiętać, że praca magisterska nie jest zwykłym sprawdzianem. Powinny znaleźć się w niej wiedza, charakter i poglądy – wylicza profesor Przyszczypkowski. Jednak aspekt moralno-etyczny to nie wszystko. – Niedouczony chemik może wysadzić szkołę w powietrze. Również w przypadku studentów medycyny problem trzeba traktować w kategoriach znacznie wykraczających poza moralność – dodaje prorektor. Jako jeden z pierwszych do zjawiska plagiatu prac dyplomowych odniósł się UMCS w Lublinie. Z inspiracji dr. Andrzeja Wodeckiego do sprawdzania autentyczności prac promotorzy wykorzystują działający od niedawna w Internecie program „Plagiat”. Wystarczy skopiować konkretny fragment, wkleić go w odpowiednie miejsce i sprawdzić, czy istnieją podobieństwa z innymi pracami. – Niejednokrotnie miałem okazję być promotorem. Z czystej ciekawości zacząłem sprawdzać, w jaki sposób działa ten program. Okazało się, że wiele prac, nie tylko magisterskich czy licencjackich, ale nawet bardziej zaawansowanych publikacji, to w jakieś części plagiaty. Postanowiłem zainteresować tym władze uczelni. Obecnie na UMCS obowiązuje rozporządzenie, które obliguje wszystkich promotorów do przedstawienia przed egzaminem magisterskim zaświadczenia z serwisu „Plagiat”. Trzeba jednak pamiętać, że serwis jest tylko narzędziem. O tym, czy coś jest plagiatem, decyduje promotor – mówi dr Wodecki. Za udowodniony plagiat grozi relegowanie z uczelni. Władze uczelni apelują do uczciwości studentów. – Ja nie wierzę w apele. Jestem fizykiem i wiem, że jeśli jest możliwość wyboru, to wielu z niego skorzysta. Zgodnie z zasadą minimalizacji działań wybierze łatwiejszą drogę – tłumaczy dr Wodecki. Tomasz Sygut * Trzy lata za plagiat Plagiat to przestępstwo, za które grozi kara do trzech lat więzienia. Sprawa podlega pod 272 artykuł kodeksu karnego, który mówi o wyłudzeniu poświadczenia nieprawdy przez podstępne wprowadzenie w błąd osoby upoważnionej do wystawiania dokumentu. W tym przypadku organem wprowadzanym w błąd jest uczelnia. Prawo łamie także osoba pisząca pracę. Kupując pracę magisterską, łamiemy też prawo autorskie. Artykuł 115 tego prawa mówi, że kto przywłaszcza sobie autorstwo lub wprowadza w błąd co do autorstwa całości lub części utworu, podlega grzywnie, karze ograniczenia lub pozbawienia wolności do lat trzech. Pokaż się na praktyce Wystarczy miesiąc, by się zorientować, czy student jest przydatny w firmie Dyplom bez doświadczenia to dzisiaj trochę za mało. – Powtarzamy to jak refren naszym studentom – mówi Ewa Banaszak z Biura Karier Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. – Dla pracodawców praktyki to pierwszy etap selekcji przy przyjmowaniu do pracy. Na podstawie praktyk decydują, czy chcą kogoś zatrudnić. Pracodawcy oferują praktyki wakacyjne, od dwóch tygodni do trzech miesięcy. Najczęściej bezpłatne. Ale chętnych jest i tak więcej niż wolnych miejsc. Jerzy Kalenika z Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej przyznaje, że pracodawcy mogą teraz przebierać

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2003, 23/2003

Kategorie: Przegląd poleca