Pokaz siły IPN

Pokaz siły IPN

Nowy szef IPN musi być historycznym killerem

„Wiosenna promocja w IPN! Wyślij do IPN SMS o treści: »Mam na działce zakopane akta SB«. Przekopiemy ci ogródek za darmo!”. Ten niedawno powstały dowcip najlepiej chyba ilustruje ostatnie działania Instytutu Pamięci Narodowej oraz istotę jego funkcjonowania.
Niedawne naloty na domy generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego to pokaz siły IPN. Na podstawie plotek prokuratorzy instytutu w towarzystwie uzbrojonych policjantów wtargnęli na posesje byłego ministra spraw wewnętrznych i byłego prezydenta, rekwirując wszystko, co im się podobało. Obok dokumentów wytworzonych przez SB przejęli prywatną korespondencję Kiszczaka, do czego nie mieli żadnego prawa. Mało tego. Szybko opublikowali niektóre z zagrabionych listów, m.in. napisane przez Daniela Passenta i Andrzeja Celińskiego. Wszystko ku uciesze swoich patronów politycznych z partii rządzącej.

Stara misja, nowe metody

„To jest konsekwentne wypełnianie nowej misji IPN, który chce się stać czymś w rodzaju policji historycznej, która będzie chodziła po domach byłych dygnitarzy PRL i w sposób dowolny zabierała stamtąd materiały”, skomentował nalot na dom gen. Jaruzelskiego Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej”.
O nowej misji nie może jednak być mowy. IPN realizuje po prostu zadanie, które powierzono mu na początku jego funkcjonowania. Po ostatnich wyborach pracownicy instytutu dostali jedynie nowe narzędzia i – jak pokazały to ostatnie dni – już nauczyli się nimi sprawnie posługiwać. Zamiast tracić czas na żmudne badania i dociekanie prawdy zgodne z regułami profesjonalnej historiografii, rzucają wygłodniałej gawiedzi sensacyjne teczki. Następnie prezes lub jego zastępcy z poważną miną dodają jakąś rzewną historyjkę o wypełnianiu powinności, w co nie wierzą już nawet czytelnicy „Gazety Polskiej”.
Warto przypomnieć lata 2005-2007, kiedy PiS rozszerzyło założenia ustawy lustracyjnej, wymagając oświadczeń m.in. od pracowników uczelni, a nawet szkół podstawowych. Już wówczas IPN uzyskał status policji historycznej, choć – co widzimy dopiero dzisiaj – działał jeszcze dość nieśmiało. Gdyby te pierwsze próby spotkały się ze zdecydowanym sprzeciwem ze strony chociażby części środowiska politycznego, dziennikarskiego i naukowego, być może dzisiaj nikt nie musiałby się bać porannego nalotu funkcjonariuszy IPN. Tymczasem te nieliczne głosy, które się pojawiły, ginęły w atmosferze narodowego uniesienia.
W 2007 r. prof. Marek Piechowiak ostrzegał na łamach „Polityki”: „W świetle ustawy lustracyjnej prawo pozytywne w istotny i wieloraki sposób dokonuje przewartościowań w hierarchii wartości moralnych. (…) Arbitralnie określając treści podlegające lustracji i zakres podmiotów jej podlegających, promuje sposób myślenia o prawie właściwy dla koncepcji totalitarnych. Posługuje się przy tym metodami, które właściwe są przedmiotowemu traktowaniu człowieka i upokarzają podlegających lustracji”.
Niestety, swoimi argumentami trafiał w próżnię. Chociaż władzę przejęła koalicja PO-PSL, polityka historyczna pozostała w gestii tych samych ludzi. Zresztą rządzącym było na rękę to, że nie musieli się taplać w moralnie dwuznacznych sytuacjach, na które elektorat mógł różnie zareagować. Zostawili więc czarną robotę IPN. Nie przewidzieli jednak, że wkrótce obróci się to przeciwko nim.

Parasol OCHRONNY nad IPN

Od początku istnienia IPN budził kontrowersje. Jedni odbierali jego utworzenie jako swego rodzaju zadośćuczynienie za prawdziwe lub domniemane krzywdy okresu PRL, za brak lustracji, za silne poparcie wyborców dla SLD, za prezydenturę Aleksandra Kwaśniewskiego. Drudzy z tego samego powodu widzieli w IPN narzędzie politycznej zemsty, służące do eliminowania przeciwników. W to, że będzie on przede wszystkim instytucją badawczą, nie wierzył nikt.
Dzisiaj trudno uwierzyć, jak długo nad IPN rozpościerali parasol ochronny najważniejsi politycy i media. Macierewicz? Kaczyński? „Gazeta Polska”? Tak, oni od początku stali murem za instytutem, krytykując go co najwyżej za powolną lustrację czy zbyt łagodne traktowanie gen. Jaruzelskiego. Jednak przez wiele lat ramię w ramię stali z nimi Donald Tusk, Bronisław Komorowski, „Tygodnik Powszechny”, a nawet „Gazeta Wyborcza”. Dopóki IPN kąsał jedynie postkomunistów, dopóty mógł liczyć na wsparcie całego środowiska dawnej opozycji.
W imię solidarności z dawnych czasów długo lekceważono prawnego potworka, jakim jest ustawa o instytucie. Zastrzeżenia budziło zwłaszcza połączenie w jednej instytucji pionu lustracyjnego z badawczym. „To może prowadzić do nierozwiązywalnych konfliktów”, ostrzegał prof. Marek Safjan, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Na oba główne zadania instytutu, a więc działalność prokuratorską i badawczą, dodatkowo rzutuje fakt, że opierają się one przede wszystkim na materiałach wytworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa. A te – co przyznają nawet pracownicy IPN – często mają wątpliwą wartość. „W każdym cywilizowanym społeczeństwie europejskim przyjmowana jest zasada, że tego rodzaju dane w zasadzie ulegają unicestwieniu”, punktował Safjan.

Cała lista wpadek

Nikt jednak nie chciał słuchać prof. Safjana ani rosnącej liczby krytyków ustawy. Zmiana, choć nie całkowita, nastąpiła, dopiero gdy instytut dobrał się do Lecha Wałęsy i innych byłych opozycjonistów, a także znanych i ważnych dziennikarzy, którym się wydawało, że walczyli (piórem!) z PRL.
Pracownicy IPN wypowiadają się jako eksperci niemal we wszystkich mediach. Od ponad 16 lat tworzą opowieść o podstawowych wydarzeniach z najnowszej historii Polski, począwszy od powstania warszawskiego, na wyborach z 1989 r. skończywszy. To za ich sprawą zaistniał kult „żołnierzy wyklętych”, a kombatanci ludowego Wojska Polskiego oraz Dąbrowszczacy trafili na śmietnik historii. To historycy IPN umacniają w społeczeństwie, zwłaszcza w młodym pokoleniu, obraz PRL jako czarnej dziury, sowieckiej okupacji i czasu niszczenia wszystkiego, co polskie.
Notują przy tym coraz więcej wpadek. Ich lista wydłuża się z każdym rokiem działalności. Niektóre wynikają ze specyfiki instytutu, inne pokazują słabości ludzi, którzy nim rządzą. Wystarczy przypomnieć tylko kilka spraw opisanych przez media, w tym PRZEGLĄD.
W 2011 r. „Polityka” donosiła: „Tuż przed rozstrzygnięciem konkursu na prezesa IPN startujący w nim Łukasz Kamiński zaproponował podpisanie lukratywnych umów dwóm członkom Rady IPN, którzy mieli wybrać nowego szefa instytutu”. Pod koniec obecnej kadencji prezes poszedł jeszcze dalej. O tym, czy wysłanie pracowników IPN do domów Kiszczaka i Jaruzelskiego zdobyło mu poparcie na Nowogrodzkiej, przekonamy się już w czerwcu.
Tymczasem w lutym br. zazwyczaj przychylna IPN „Rzeczpospolita” zamieściła na swoich łamach bardzo krytyczny wobec kierownictwa instytutu tekst Bogusława Kopki. „Podczas prezesury Kamińskiego znacznie obniżyła się kultura pracy w instytucie, zwłaszcza w centrali – pisał Kopka. – IPN stał się urzędem, z częstymi wyjazdami zagranicznymi do »krajów kapitalistycznych« jego kierownictwa. Szczególnie ulubionymi kierunkami podróży stały się USA, Kanada i Australia”.
W 2011 r. „Gazeta Wyborcza” przypomniała przypadek Tadeusza Lipskiego, nauczyciela z Kościerzyny i radnego, którego z powodu błędnie wypełnionej ankiety lustracyjnej IPN uznał za kłamcę lustracyjnego. Chociaż sprawę udało mu się dość szybko wyjaśnić, instytut jeszcze długo utrzymywał, że Lipski skłamał. Puentę napisał sam IPN, który w swoim oświadczeniu przekonywał, że choć „dane osobowe Tadeusza Lipskiego (…) nie są tożsame z danymi funkcjonariuszy, współpracowników, kandydatów na współpracowników organów bezpieczeństwa PRL, to nie znaczyło, że Lipski z SB nie współpracował”.

Ignorancja i zakulisowe gry

Pod koniec 2014 r. opisaliśmy w PRZEGLĄDZIE kalendarz „Panny Niezłomne 2014”, wydany w kilku tysiącach egzemplarzy nakładem szczecińskiego oddziału IPN. Z jego kart młodzież mogła się dowiedzieć m.in., że polscy oficerowie zostali zamordowani w Katyniu w kwietniu 1943 r., a ludobójstwo na Wołyniu rozpoczęło się na początku 1942 r. Czyżby za obie zbrodnie odpowiadali Niemcy? „Kalendarz nie jest publikacją naukową i nie pełni funkcji edukacyjnej. (…) Mamy nadzieję, że zainspiruje on do sięgnięcia po literaturę fachową, zaopatrzoną w odpowiedni aparat naukowy”, lekceważył błędy ówczesny dyrektor oddziału dr Marcin Stefaniak.
W połowie 2015 r. Stefaniak dołączył do grona byłych już dyrektorów oddziałów IPN. Jako oficjalny powód władze instytutu podały niewystarczające efekty działania programu naprawczego, nieoficjalnie jednak mówiono o mobbingu pracowników i kiepskich relacjach między dyrektorem a jego podwładnymi. Równie zagadkowe było zwolnienie szefa gdańskiego oddziału Edmunda Krasowskiego w 2006 r., kiedy instytutem żelazną ręką rządził Janusz Kurtyka. „Użyto wobec mnie intrygi i szantażu jak za czasów stanu wojennego”, skarżył się Krasowski w pomorskiej prasie. Jego zdymisjonowanie dziwnym trafem zbiegło się z przyznaniem przez gdański oddział statusu pokrzywdzonego Lechowi Wałęsie.
Równie dużo, co o rozgrywkach personalnych, można napisać o zmarnowanych pieniądzach. Kilka lat temu głośnym echem odbiło się śledztwo instytutu w sprawie śmierci gen. Władysława Sikorskiego w 1943 r. Jak pisaliśmy w PRZEGLĄDZIE: „Kilkanaście miesięcy prac kosztowało podatników ponad 570 tys. zł, a jedynym rezultatem było stwierdzenie, że »Sikorski to jednak Sikorski«”. Duże pieniądze (330 tys. zł) z podobnie mizernym efektem wydano również na śledztwo dotyczące zamachu na Jana Pawła II z 13 maja 1981 r.
IPN jest finansowany wprost z budżetu państwa. Rząd Beaty Szydło okazał się wyjątkowo szczodry i przydzielił instytutowi na ten rok niemal 270 mln zł. Tymczasem łączny budżet wszystkich instytutów Polskiej Akademii Nauk w 2015 r. wyniósł niespełna 80 mln zł. To tak, jakby porównywać dochody Stanów Zjednoczonych i Ugandy.

Niski poziom naukowy

Trudno nie spytać, na co IPN przeznacza tak wielkie fundusze, skoro jego pracownicy naukowi nie mogą się poszczycić żadnym znaczącym osiągnięciem na niwie badawczej. Próżno bowiem szukać zachodnich publikacji powołujących się na dokonania historyków z IPN. Publikacje dotyczące działalności SB w gminnej szkole podstawowej czy w fabryce nie robią wrażenia nawet w kraju.
Poziom naukowy IPN nie obniżył się nagle, lecz zawsze był dość niski. Zresztą od początku instytut nie uważał rzetelności naukowej za priorytet. Niezmiennie aktualne pozostają słowa Sebastiana Adamkiewicza, notabene sympatyzującego z instytutem, który w 2008 r. na portalu Histmag.org pisał: „Prace promowane przez IPN coraz częściej powielają podstawowe błędy natury warsztatowej. Oparte są w wielu przypadkach o jednolity materiał źródłowy, pochodzący głównie z archiwów IPN. Oczywiście spłaszcza to obraz i wypacza rzetelność badań, do których niezbędne jest wykorzystanie jak najszerszej bazy źródłowej. (…) Niestety, coraz większa część prac IPN – począwszy od książek aż po drobne artykuły – bardziej stanowi relację z przeczytanych w zaciszu czytelni dokumentów z półek archiwów instytutu niż rzetelne badania”.

Kompromitacja i co dalej?

IPN kompromituje się od dawna. Co z tego wynika? Zwiększony budżet, poszerzone kompetencje i praktycznie gwarancja nietykalności. Obecnie Sejm pracuje nad projektem zmiany ustawy o instytucie, zgodnie z którym IPN wchłonie Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Oznacza to jeszcze więcej pieniędzy dla instytutu i jeszcze więcej ideologii w dyskusji o najnowszej historii Polski. Nigdy w PRL Służba Bezpieczeństwa nie miała takiego wpływu na życie Polaków, jaki ma obecnie.


Lasota, Szwagrzyk, Cenckiewicz?

Nowy szef IPN musi być całkowicie posłuszny partii Kaczyńskiego

Dobra zmiana nie może nie dotknąć IPN, tym bardziej że PiS stawia jednoznaczne zadania przed tą policją historyczną. IPN, prawnie usytuowany już jako naczelny realizator polityki historycznej państwa, ma być wprzęgnięty w bieżącą i dalekosiężną politykę ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego. Owa polityka historyczna ma wzmacniać partię, prezentując ją jako jedyne środowisko nieskażone współpracą z bezpieką, do tego będące bezpośrednim kontynuatorem powstańców warszawskich, „wyklętych”, opozycji demokratycznej i Solidarności, oczywiście z wyłączeniem Wałęsy i jego zwolenników.
PiS jeszcze przed wyborami zapowiadało zmianę usytuowania IPN i zakresu jego działania. W Sejmie na dniach ma wejść pod obrady projekt ustawy wywracający obecny porządek prawny.
Nowy szef IPN musi być całkowicie posłuszny partii Kaczyńskiego, dlatego dotychczasowy prezes Łukasz Kamiński ma się pożegnać z tym stanowiskiem. Mimo wielu najść dokonywanych w ostatnich tygodniach jest za mało opresyjny wobec przeciwników PiS. Tę partię czeka zażarta walka z opozycją, toteż stanowisko prezesa IPN musi piastować człowiek, który nie będzie bojaźliwie się oglądał na przepisy, zwracał uwagę na dobre obyczaje i normy moralne. Słowem, historyczny killer.
Do niedawna wydawało się, że głównym faworytem do objęcia funkcji prezesa IPN jest szef krakowskiego oddziału Marek Lasota. Był on w 2014 r. kandydatem PiS na prezydenta Krakowa, ale przegrał z prof. Majchrowskim. Lasota jest autorem m.in. pracy na temat donosów na Wojtyłę, może zatem liczyć – jak mówią w Krakowie – na poparcie tamtejszego metropolity. Za faworyta środowiska toruńskiego, ciągle opisywanego w organie o. Rydzyka, „Naszym Dzienniku”, uchodził prof. Krzysztof Szwagrzyk, znany głównie z kierowania poszukiwaniami szczątków ofiar stalinizmu.
W tzw. kuluarach mówiło się, że o prezesurze IPN myślą prof. Antoni Dudek i prof. Jan Żaryn. Obu widziano bowiem w najbliższym otoczeniu Jarosława Kaczyńskiego w czasie uroczystości zorganizowanych przez o. Rydzyka. Dziś, po słowach Dudka, że ostatnie działania IPN należy wiązać z podporządkowaniem IPN-owskich prokuratorów ministrowi Ziobrze, wydaje się, że ten ewentualny kandydat sam się skreślił. Żaryn zaś, obecny senator PiS, zatrudniony na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, ma poglądy na przeszłość odpowiadające PiS-owskim jastrzębiom, bliski jest też wielu hierarchom, bo powojenną historię Koś­cioła katolickiego przedstawia jedynie jako pasmo walki z komuną.
Ostatnio jednak coraz częściej wymienia się nazwisko Sławomira Cenckiewicza, profesora Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu – uczelni o. Rydzyka. Cenckiewicz, powołany niedawno na p.o. dyrektora Centralnego Archiwum Wojskowego, niestrudzony tropiciel „Bolka”, wydaje się wręcz idealnym kandydatem PiS na szefa IPN. Pewnie o tym wie, skoro pozwala sobie na mocną krytykę obecnego kierownictwa instytutu, wytykając mu zaniechania pionu prokuratorskiego w trakcie zajmowania akt z tzw. szafy Kiszczaka.
Zapowiada się więc ostra rywalizacja o prezesurę IPN, który – według projektu PiS – wchłonąłby zlikwidowane instytucje: Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych oraz Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Tego, kto stanie na czele IPN, wskaże Jarosław Kaczyński. I on też zdecyduje o losach dotychczasowej Rady IPN.

 

Foto: Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 10/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy