Jak pokonać Nigela Farage’a

Jak pokonać Nigela Farage’a

Tylko Boris Johnson jako następca Theresy May ma szansę powalczyć z Partią Brexitu

W piątek premier Wielkiej Brytanii Theresa May zrezygnowała ze stanowiska lidera Partii Konserwatywnej. Sprawami kraju będzie kierować do czasu wybrania nowego przywódcy torysów. Komentatorzy żegnają ją, pisząc o „najgorszej premier w historii”. Sondaże pokazują, że Brytyjczycy całkowicie stracili do niej zaufanie, a krytyki nie szczędzą jej także partyjni koledzy. Nie może to dziwić, bo Theresa May nie ma praktycznie żadnych argumentów na swoją obronę. A skalę problemów, które za sobą zostawia, dobrze pokazują najnowsze sondaże z Wysp. Te przynoszą sensacyjne wyniki.

W sondażu pracowni Opinium, który przygotowano dla „Observera”, po raz pierwszy w historii badań jako partię, która wygrałaby wybory, wskazano Brexit Party Nigela Farage’a. Gdyby Brytyjczycy zagłosowali tak, jak zadeklarowali, jej posłowie dostaliby w parlamencie 306 miejsc. Konserwatyści, którzy rządzą Wielką Brytanią, mogliby liczyć na wygraną w zaledwie 26 okręgach. W procentach różnica nie jest tak duża, bo Brexit Party dostała 26% głosów, a torysi – 17%. Jednak większościowy system wyborczy, który dotąd raczej bronił status quo, wielu torysów może wysłać poza parlament.

Laburzyści radzą sobie lepiej od torysów, ale także notują straty. Sondaż daje im 22% poparcia – o 7% mniej niż przed eurowyborami – co przełożyłoby się na 205 miejsc w parlamencie. Ciągle zyskują za to Liberalni Demokraci (17%) i Zieloni (11%). Rosnące poparcie dla nich nie oznacza jednak wcale, że Farage nie powtórzy sukcesu z wygranych eurowyborów. O ile bowiem w większości krajów europejskich takie procenty oznaczałyby rządy progresywnej koalicji, o tyle brytyjski system wyborczy jest zbudowany inaczej i suma głosów na poziomie kraju nie ma aż takiego znaczenia. Liczy się, w ilu okręgach ugrupowanie wygrało, a na tym polu dominuje Partia Brexitu.

Jeżeli zrealizowałby się sondażowy scenariusz zaprezentowany przez Opinium, rząd formowaliby najpewniej brexiterzy, być może przy wsparciu tych torysów, którym udałoby się przetrwać katastrofalny wynik partii. A Nigel Farage mógłby zostać premierem. Nie jest to jedyny sondaż, który daje Partii Brexitu tak duże poparcie. W opublikowanych kilka dni wcześniej wynikach badania YouGov ludzie Farage’a zdobyli 22% poparcia. Tam jednak znaleźli się na drugim miejscu, bo pierwsze zajęli Liberalni Demokraci z 24%. Jeszcze więcej brexiterzy zdobyli w wyborach do europarlamentu, w których wskazało ich ponad 30% głosujących, ale też frekwencja była wtedy niska. Widać więc, że na razie nie należy zbytnio się przywiązywać do dokładnych wyników. Istotniejsze jest to, że jak pokazują sondaże, zakonserwowany dwupartyjny brytyjski system może się nie utrzymać.

Zwolennik brexitu, który udaje

Jak to możliwe? O odpowiedź nie jest trudno. W ostatnim czasie oś sporu politycznego na Wyspach wyznaczał brexit. Jednocześnie dwie największe partie zajmują wobec niego niejasne stanowisko, bo ich wyborcy są w tej kwestii podzieleni (u laburzystów ok. 70% chce pozostania w Unii, 30% wyjścia, u konserwatystów – odwrotnie) i politycy boją się stracić głosy którejkolwiek grupy. Wybierają zatem kunktatorstwo, dobre na krótką chwilę, ale kiedy chodzi o trwający kilka lat proces, który zdominował rozmowę w sferze publicznej, wyglądające źle. Torysi kompromitują się też tym, jak wygląda sytuacja z brexitem, bo niby chcą go przeprowadzić, ale nie potrafią. I to nie potrafią tak bardzo, że Theresa May jest nazywana najgorszym premierem w historii Wielkiej Brytanii. Dlatego, komentuje większość analityków, zyskują partie, które unikają kunktatorstwa i mają w najważniejszej dla sporu politycznego kwestii jasne stanowisko.

Tak jak Liberalni Demokraci, którzy zdecydowanie opowiadają się za pozostaniem w Unii Europejskiej – chcą drugiego referendum dotyczącego warunków opuszczenia Wspólnoty. Ich hasło to Exit from Brexit (wyjście z brexitu). Poparcie zdobywają więc, głównie odbierając zwolenników Partii Pracy, zniechęconych nastawieniem do brexitu Jeremy’ego Corbyna. Ten bowiem stara się jak może nie zająć jednoznacznego stanowiska. „Corbyn to zwolennik brexitu, który z konieczności musi udawać sympatyka pozostania we Wspólnocie”, żartują komentatorzy.

Ale nawet żartując, trafiają w sedno sprawy. Corbyn wywodzi się bowiem z lewego skrzydła Partii Pracy i nawiązuje do jej tradycji z lat 70. i 80. ubiegłego wieku. A ówcześni laburzyści mieli zdecydowanie antyeuropejskie postulaty i głośno mówili nawet o opuszczeniu struktur Wspólnoty. Nigdy nie mieli okazji ich zrealizować, bo były to lata rządów Margaret Thatcher, ale u laburzystowskich „dinozaurów” sentyment pozostaje widoczny. Do tego pojawia się problem natury strategicznej, bo jedną z idei Corbyna było odzyskanie poparcia w klasie robotniczej lub raczej jej pozostałościach, które da się znaleźć głównie w biedniejszych regionach i miastach Wysp. A są to te regiony i miasta, gdzie brexit cieszył się największą popularnością i gdzie najżywsze są postawy antyimigranckie.

Liderzy laburzystów, nie chcąc się narażać grupie wyborców, którą zamierzają odzyskać, wolą lawirować. Jednocześnie wiadomo, że nie są w stanie rywalizować z prawicą na hasła antyeuropejskie i antyimigranckie – tracą więc, a nie zyskują. Być może, kiedy sprawa brexitu zostanie rozwiązana, taka postawa zaprocentuje. Dziś jednak kunktatorstwo powoduje, że od laburzystów – na rzecz Liberalnych Demokratów i Zielonych – odchodzi wielkomiejska klasa średnia oraz zorientowana proeuropejsko młodzież. Bez jednych i drugich nie mogą zaś wygrać żadnych wyborów. I nie jest to koniec problemów, bo Jeremy Corbyn szybko traci zaufanie społeczne. Już tylko 15% Brytyjczyków uważa, że byłby dobrym premierem.

Partia Brexitu gra demokracją

Dokładnie taki sam wynik ma Theresa May, która po przegranej brexitowej batalii opuszcza stanowisko lidera konserwatystów, a co za tym idzie – premiera rządu. May przegrała nie dlatego, że brexitu na pewno nie będzie – to pozostaje sprawą otwartą – ale dlatego, że choć ogłosiła, że jest najważniejszy dla jej rządu, nie zdołała sensownie zakończyć tego procesu. A ostatnie próby doprowadzenia do brexitu wyglądały jak przeniesione z Latającego Cyrku Monty Pythona. Wśród wielu głupich kroków uwagę zwracają szczególnie nieudane głosowania nad umową wynegocjowaną z Unią Europejską, które próbowano powtarzać aż do skutku. Deklarując jednocześnie, że drugie referendum nie jest możliwe, bo powtarzanie głosowań zaprzecza idei demokracji. W dodatku partyjni koledzy May – zwłaszcza Boris Johnson – nie marnowali żadnej okazji do podstawienia jej nogi. Co zresztą było widać i co źle wpłynęło na notowania partii.

Na tej instytucjonalnej niemocy bazuje dziś Partia Brexitu. Zwolennicy Farage’a spuścili nieco z tonu, jeżeli chodzi o imigrację i nacjonalizm. Zamiast tego – zwraca uwagę John Harris z „Guardiana” – skupiają się na dwóch sprawach. Po pierwsze, że brexit, o którym zdecydowano w będącym ostoją demokracji referendum, jest negowany i odsuwany w czasie. Po drugie – co to mówi o ludziach oraz instytucjach stojących na czele kraju. Otóż establishment próbuje zignorować wolę ludu, a to zagraża demokracji i podważa jej fundamenty – gardłują brexiterzy. „Jeżeli nie dojdzie do brexitu, przestaniemy być demokracją. Wygra dwulicowa, zawodowa klasa polityczna. Ostatnie trzy lata to czas, w którym brytyjski establishment – służba cywilna, większość posłów z obu partii, akademicy, sędziowie i oczywiście nie można zapomnieć o BBC – robił wszystko, by opóźnić, rozbroić i rozmyć brexit. Parlament unieważnił referendum i rozpoczął wojnę z narodem brytyjskim. Może nie być czołgów na ulicach, ale nie pomylcie się: to jest zamach na demokrację”, mówił kandydat Partii Brexit Robert Rowland w czasie jednego z wieców przed ostatnimi wyborami, a jego przemówienie cytował „Guardian”.

Wyższe rachunki za niższą pensję

Dynamika sceny politycznej jest dziś w Wielkiej Brytanii taka, że zyskują partie, które mają jasne stanowisko w sprawie brexitu. Jednak po progresywnej stronie sceny politycznej ludzie, którzy przestają wspierać laburzystów, mogą wybierać między dwiema partiami. Zyskują więc Liberalni Demokraci i Zieloni, ale nie aż tak bardzo jak Brexit Party, która zbiera cały strumień zniechęconych wyborców prawicy, poza tym bardzo zdecydowanie i umiejętnie prowadzi kampanię. Już na pierwszy rzut oka widać tu rękę amerykańskich specjalistów od marketingu politycznego. Być może tę samą, która pozwoliła wygrać wybory Donaldowi Trumpowi. I choć do planowych wyborów pozostają trzy lata, degrengolada w brytyjskim rządzie jest dziś taka, że coraz głośniej mówi się o przeprowadzeniu wyborów jeszcze tej jesieni.

6 czerwca odbyły się przedterminowe wybory w Peterborough, które miały pomóc odpowiedzieć na pytanie, ile warte są wyniki sondażowe. Tym razem kandydat Brexit Party nie wygrał, ale był drugi. Tuż za laburzystką, dużo przed konserwatystą. Wybory miały być dobrą próbą nastrojów, bo liczące ok. 140 tys. mieszkańców Peterborough to pod wieloma względami typowe miasto. Typowe, bo mierzące się z tymi samymi problemami, które doprowadziły do referendum brexitowego i dały wygraną zwolennikom opuszczenia Wspólnoty – skutkami imigracji, która powoduje pauperyzację robotników, oraz podwyżkami czynszów. Na tych ostatnich skupiła się zresztą kampania, której tematem było to, jak wiele mieszkań jest tam kupowanych na wynajem dla sezonowych pracowników z zagranicy. Miejscowym trudniej o pracę i jest ona gorzej płatna, bo imigranci zgadzają się nawet na bardzo złe warunki. Poza tym rosną koszty życia, bo drożeją mieszkania i czynsze. Za mniejszą wypłatę trzeba więc opłacić wyższe rachunki.

Skoro dokładnie te same problemy zdecydowały o wyniku referendum, oznacza to, że nikt nie podjął działań, które pozwoliłyby je rozwiązać. Zamiast tego brytyjski establishment skupiał się na samym procesie politycznym opuszczenia Wspólnoty, wzmacniając tylko konsternację, złość i przekonanie o wyalienowaniu elity.

Piłka po stronie torysów

Na to, jak rozwinie się sytuacja, bardzo duży wpływ będą mieć jednak decyzje podjęte teraz przez członków Partii Konserwatywnej. Pierwsza będzie dotyczyć tego, kto zastąpi Theresę May. Faworytem jest Boris Johnson. Torysi mają świadomość, że w tej chwili jest on prawdopodobnie jedynym konserwatywnym politykiem zdolnym pokonać Partię Brexitu. I zrobić to jej własną bronią. Johnson wie bowiem, co i jak mówić, by trafić do ludzi – nie bez powodu był tak popularnym burmistrzem Londynu. Nie boi się też populizmu, co jednak powoduje, że jest postacią niezwykle kontrowersyjną. Wielu uważa, że ratowanie się Johnsonem przed Farage’em jest jak chwytanie się brzytwy przez tonącego. Tylko że torysi nie bardzo mają wybór, bo albo odbiją brexiterom wyborców, albo w następnym parlamencie będzie ich o wiele mniej. Żaden z kontrkandydatów Johnsona raczej sobie z tym zadaniem nie poradzi. Właściwie wszyscy są odbierani jako członkowie elity, która się skompromitowała i wyalienowała. Paradoksalnie to Boris Johnson jest uważany za człowieka, który rzuca wyzwanie elicie.

Drugą kwestią są ewentualne wcześniejsze wybory, do których może dojść, jeżeli taką wolę wyrazi dwie trzecie członków Izby Gmin lub nowy rząd nie uzyska wotum zaufania. To ostatnie nie jest niemożliwe, bo już Theresa May miała z tym problem, a poparcie zbierała po wygranych wyborach. I o ile trzy lata – zgodnie z planem wybory krajowe powinny się odbyć w 2022 r. – to dla nowego lidera torysów sporo czasu na przegrupowanie, o tyle kilka miesięcy, które zostały do jesieni, może na to nie wystarczyć. Wtedy Partia Brexitu będzie mieć realną szansę odegrania istotnej roli w parlamencie. A nawet wygrania wyborów, co oznaczałoby, że Wielką Brytanią rządziłby twór bardzo podobny do naszej Konfederacji. Nie jest to wcale science fiction, choć bukmacherzy, którzy w przewidywaniu wyników wyborów są znacznie lepsi niż pracownie sondażowe, wciąż większe szanse na wygraną dają torysom i laburzystom. Za każdego funta postawionego teraz na zwycięstwo Farage’a w następnych wyborach parlamentarnych można zgarnąć siedem. Stawki płacone za wygraną torysów to 1:8, a laburzystów 6:4.

Fot. Rex Features/East News

Wydanie: 24/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy