Polacy przebudzeni w Buddzie

Polacy przebudzeni w Buddzie

Polski buddyzm ma swoją specyfikę. Jest w nim dużo romantycznego poświęcenia

Buddyzm praktykuje wielu muzyków rockowych: Tomek Lipiński, Tymon Tymański, Leszek Biolik z Republiki. John Porter, który niedawno wspólnie z Anitą Lipnicką wydał płytę „Nieprzyzwoite piosenki”, przez lata był mężem Aleksandry Porter, opatki świątyni zen.
Aktorka Maja Ostaszewska podkreśla, że to najważniejsza rzecz, jaką przekazali jej rodzice. Małgorzata Braunek, która została buddystką 25 lat temu, dziś prowadzi kursy medytacyjne Stowarzyszenia Zen Sangha „Kandzeon”.
Do buddyzmu oficjalnie przyznaje się też Andrzej Milczanowski, który jako jeden z niewielu polityków spotkał się z Dalajlamą XIV podczas jego wizyty w Polsce.
To były lata 70., 80., początki buddyzmu w Polsce. Innego niż obecny. Środowiska dziś poszukujące w medytacji ofert duchowego rozwoju to – częściej niż artyści – umysły ścisłe, ludzie z uczelni i biurowców. – Połowa, która trafia do buddyzmu tybetańskiego, to intelektualiści, mają wyższe wykształcenie i ugruntowaną pozycję zawodową – ocenia lama Rinczen, przewodniczący Polskiej Unii Buddyjskiej.
Trochę inaczej Dharmę rozumie zen. Ale choć traktuje ją jako mądrość intuicyjną, do której dociera się przez praktykę umysłu, a nie wiedzę i intelekt, i w tamtejszych ośrodkach nie znalazłam „szewców”. W końcu to praca z umysłem. – Gdy buddyzm w Polsce kiełkował, był atrakcyjną wersją dla ludzi z kłopotami – zastanawia się prof. Michał Tempczyk, filozof nauki z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. – Myśleli, że „osiągną oświecenie” z dziewczynami, studiami, karierami. Dziś tacy odeszli do różnych form New Age. Bo buddyzm wymaga wysiłku.
Prof. Tempczyk, od 10 lat praktykujący w szkole Karma Kagyu, też poszukiwał konkretnej możliwości rozwoju. Ale, zaangażowany w Kościół katolicki, odczuwał brak konkretu. – Logikę dostrzegłem dopiero w 111 pokłonach na twarz i dwóch godzinach codziennej medytacji.
Praktykujący twierdzą, że buddyzmem historycznie najpierw interesowały się elity (w odróżnieniu od innych religii, które szły od dołu do góry). Bo to trudna nauka. Opowiadają, jak Ole Nydahl, nauczyciel Diamentowej Drogi, rozmawia z polskimi katolikami, którzy dostrzegając logikę w jego wykładach, czują rozterkę związaną z ich tradycją. – Czy zdradzam ją? – wahają się. Wtedy Ole każe zamknąć oczy. – Wyobraź sobie, że jesteś otwartą przestrzenią, bo twój umysł nie jest przecież rzeczą. Jak się czujesz? – pyta. Jeśli człowiek czuje się u siebie, Ole wita w klubie. Jeśli przestrzeń jest zbyt duża i zbyt abstrakcyjna, radzi, by pozostać przy chrześcijaństwie, które przestraszonych przestrzenią uczyni szczęśliwszymi, bo takim naturom łatwiej je zrozumieć.
Można mówić, że ci, którzy odnajdują się w abstrakcjach Dharmy, mają coś w rodzaju umysłu buddyjskiego. W tradycji chrześcijańskiej jesteśmy przyzwyczajeni do kłaniania się symbolom (krzyżom, obrazom, figurkom). Umysł buddyjski nie kłania się nikomu, bo nie boi się mistrza w sobie. – Ten system akceptują ludzie lubiący samodzielność. Dojrzali. Mają świadomość, że to, co dziś „spijają” w życiu, jest efektem ich działań z przeszłości, i źle się czują w świecie takich słów jak strach, kara, nagroda – mówi Wojtek Tracewski, nauczyciel Diamentowej Drogi, tłumacz i malarz. – A biorąc życie we własne ręce, nie masz postawy roszczeniowej, bo nie czekasz na boską łaskę.
– W Polsce ludzie są przypisani do tradycji katolickiej jakby w naturalny sposób. Żeby trafić do buddyzmu, trzeba trochę ruszyć głową, zastanowić się, co mi odpowiada i co ma dla mnie sens – dodaje warszawski prawnik, Marek Rosiński. – Jest więc prawdopodobne, że zrobi to osoba z wyższym wykształceniem. Poza tym, żeby szukać w obcej kulturze, trzeba być dojrzałym, nie tylko ochrzczonym.
Prof. Halina Łakomy-Romanowska, filozof z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, autorka książki „Fenomenologia ludzkiej świętości”, która 25 lat temu odkryła w sobie buddyjską naturę, zaprzecza, by był to intelekt suchy, skoro jest w nim miejsce dla „ja”. – Badania wykazują, że właśnie buddyzm pobudza ten rodzaj intelektu, który można by nazwać inteligencją duchową, modny dziś sposób rozumienia świata. Każe on przeżyć siebie jak najbardziej świadomie.
Zastanawia się: – Czy jest coś takiego jak polska natura Buddy? Na pewno jest zachodnia natura. Choć buddyzm w Polsce ma swoją specyfikę. Jest w nim dużo romantycznego poświęcenia. Polacy potrafią wyjeżdżać masowo do lamów na drugi koniec świata, czego nie ma w tej skali w krajach zachodnich, np. we Francji, gdzie buddyści mają dużo hardości i racjonalistycznego „żeby się przydało”. Polską specyfiką jest też to, że wysocy lamowie przyjeżdżają nad Wisłę wyjątkowo często, bo cenią nasze oddanie. Ale uważają nas za naród mocno zdezorientowany. Rozwarstwiamy się na szkoły, metody, mistrzów, nie umiejąc się jednoczyć. A chaos nie jest dobry dla buddysty.


Buddyzm a…

…SEKS

W naszym kraju funkcjonują mity o seksualnej rozwiązłości w grupach buddyjskich. Fakt, że buddyści do seksu mają stosunek przychylny (ma dawać szczęście tobie i innym), ale nie swawolny. Teoretycznie można mieć wiele żon, skoro sam Budda miał ich 500. Do dziś po kilka partnerek mają niektórzy tybetańscy lamowie. Jednak, mówią Polacy, trzeba być wielkim mistrzem, żeby nie tylko fizycznie, lecz także emocjonalnie uszczęśliwić wiele kobiet naraz.
Seks nie przeszkadza człowiekowi medytować. Przeciwnie, to na tyle intensywne przeżycie, że daje przedsmak oświecenia. Jest w nim taki moment, gdzie odrzucamy wszystkie gry, role i konwencje, najbardziej jesteśmy tu i teraz. W Diamentowej Drodze istnieją nawet praktyki wykorzystujące seksualną energię, które są przyczyną największego oburzenia Kościoła katolickiego. Ale to nauki dla wtajemniczonych. Przeciętny polski buddysta niewiele o nich wie.
Zen jest powściągliwszy niż buddyzm tybetański. Mówi, że większość cierpienia bierze się z czterech podstawowych pragnień. Oprócz żądzy władzy, sławy i pieniądza należy do nich żądza seksu. A ciągły niedosyt jest jak czarna chmura, która z zewnątrz przysłania czysty umysł.

…ANTYKONCEPCJA
W buddyzmie minęły już czasy, gdy sposobem radzenia sobie z dziećmi po to, by móc się poświęcić praktyce, było mnisie zamykanie się w klasztorach. Dziś dzięki antykoncepcji nie jest to konieczne. Buddyzm jak najbardziej ją popiera. Zwłaszcza w kontekście AIDS. W tej kwestii ściera się z Kościołem katolickim za pryncypialne trzymanie się dogmatów, które wypływają z wiary, a nie ze zdrowego rozsądku, skoro w Afryce biskupi zakazują prezerwatyw.
Poza tym buddyzm mówi, że ludzie powinni mieć tyle dzieci, ile chcą (co zapobiega przeludnieniu świata, zwłaszcza w głodnych krajach), a niektóre środki antykoncepcyjne chronią przed chorobami przenoszonymi płciowo.

…ABORCJA
Jest zadawaniem śmierci. W tym samym czasie, gdy komórka jajowa łączy się z plemnikiem, dołącza się jeszcze trzeci element – umysł. Dlatego buddyzm uważa, że dziecko nie jest „produktem” rodziców, bo jego umysł należał do niego od zawsze. Oni dają jedynie ciało (zresztą, według prawa przyczyny i skutku, za dawanie życia dostajemy życie).
Na aborcję nie ma jednak tak histerycznych reakcji jak w katolicyzmie. W zen, gdy już dojdzie do aborcji, śpiewa się sutry w intencji pomyślnego odrodzenia, przepraszając umysł, który wyrusza w dalszą wędrówkę, że nie dano mu tu życia.

…MIŁOŚĆ
Gdy bierzesz buddyjski ślub przed nauczycielem, nie przyjmie on od ciebie żadnych przysiąg do grobowej deski. Bo słowa zawsze albo nigdy są sprzeczne z naturą rzeczy. Natura rzeczy jest płynna.

… PIENIĄDZE
Ciesz się zjawiskami, ale nie przywiązuj do nich wagi, skoro szczęśliwy nie jest dom ani samochód, tylko umysł. Ale nie ma w buddyzmie chrześcijańskich stereotypów, że maluczki jest dobry, a bogaty zły. Przeciwnie. Buddyzm jest dla radzących sobie w życiu. Jeśli ktoś jest zaradny finansowo, równie sprawnie potrafi medytować. Lepiej być bogatym buddystą niż biednym, bo wtedy łatwiej pomagać innym. Ale współczucie buddyjskie nie polega na tym, że wskakuje się do dołu, gdzie leży człowiek. Rękę wyciąga się, jeśli można ją podać, nie wpadając weń.

…WOJNA
Nie są pacyfistami, gdy chodzi o wartości na tyle cenne, że należy o nie walczyć. Z pacyfizmem jest tak, że najczęściej o pokoju mówi osoba, która nie jest w stanie się bronić, powiadają. Bynajmniej nie jest to postawa chrześcijańska – nadstaw lewy policzek, jeśli uderzono cię w prawy. Pokój tak, ale nie na każdych warunkach.

…CIERPIENIE
Ponieważ istnieje prawo przyczyny i skutku, buddyzm nie uświęca cierpienia jak chrześcijaństwo. Zgodnie z tą zasadą cierpienie nie uszlachetnia, ale jest efektem błędu poprzednich wcieleń. Gdy człowieka spotyka coś złego, musiał na to zasłużyć w poprzedniej karmie.

…ŚMIERĆ
Umysł nie jest rzeczą, a skoro coś, co nie jest rzeczą, ani nie przyszło, ani nie odchodzi, śmierć jest iluzją. Buddyści są oswojeni z umieraniem, ale bez paranoi. Mając świadomość śmierci, tego, że czas gry o korzystne odrodzenie jest codziennie, człowiek nie żyje tak chaotycznie. Zresztą moment śmierci jest tylko stanem przejściowym. Tak jak auto – jeśli jest stare, trzeba je wymienić.
Jest w buddyzmie dużo konkretnych nauk o procesie umierania, które zostawili mistrzowie, potrafiący świadomie przejść przez śmierć. Jedna z nich mówi: najpierw tracisz kontrolę nad wszystkim, co się wydarza w ciele. Nie możesz się ruszać i robi ci się zimno. Gdy na elektrokardiogramie pojawi się już równa kreska, energie zbierają się w kanale centralnym – sercu. Wtedy, idąc przez tunel, doświadczasz przejrzystego światła. Ludzie, którzy nie są przyzwyczajeni przez medytacje do czystego umysłu, są przerażeni i tracą świadomość. W ciągu 48-72 godzin świadomość się budzi. Im większa, tym bardziej przytomnie możesz wybierać nową formę odrodzenia.

…KATOLICYZM
Buddyzm nie ocenia Boga, bo ocenia tylko to, co jest. Lecz nie nawraca. Mówi, że są różne głowy, a dla nich różne kapelusze. A skoro Budda powiedział, że nie istnieje żadna religia, która byłaby ważniejsza niż ludzkie szczęście, buddysta zawsze się cieszy, jeśli jakaś duchowa droga czyni człowieka szczęśliwym. Prof. Łakomy-Romanowska twierdzi nawet, że to buddyzm pomógł jej zrozumieć głębiej katolicyzm: – Teraz doceniam te kobieciny siedzące w kościele z paciorkami różańca. To nic innego jak prowokowanie dobrej energii.
– Sam Kościół nie reprezentuje jednolitego frontu – mówi lama Rinczen. – Współpraca buddyzmu układa się dobrze z chrześcijaństwem monastycznym, z franciszkanami, benedyktynami, dominikanami, z którymi często urządzamy wspólne medytacje. Z proboszczem w Jaktorowie też żyję w przyjaźni, ale słyszę, że czasem ktoś grzmi z ambony w parafialnych kościołach. Nowa generacja księży jest już bardziej tolerancyjna. Przygląda się z ukrycia, ale przychylnie.

 

Wydanie: 23/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy