Polak zadłużony

Polak zadłużony

W III RP jest 2,3 mln zadłużonych osób, niemogących regularnie spłacać swoich należności

Pan Leszek nie ma sobie nic do zarzucenia. Z długopisem w ręku wylicza, że wiódł życie przezorne i roztropne. Nie ponosi więc żadnej winy za to, że on i jego żona Marta stali się totalnymi bankrutami – i pozostaną nimi do końca swoich dni. – To nie my zachowywaliśmy się nieostrożnie, to system, w którym żyjemy, jest zwariowany i wrogi ludziom – mówi.
Do 2010 r. jeszcze wszystko było w miarę w porządku, choć odczuwał, że jego pensja w warszawskiej firmie handlowej, wynosząca od pięciu lat 2,3 tys. zł do ręki, pozwala mu stopniowo na coraz mniej. Razem z zarobkami żony (2 tys. zł), urzędniczki w prywatnej niestety spółce (a więc bez stałości zatrudnienia i waloryzacji płac), dość spokojnie wiązali koniec z końcem. Zapomnieli wprawdzie o wiosennych winogronach po 15 zł za kilogram, w śniadaniowym jadłospisie coraz częściej pojawiała się mortadela, zrezygnowali też z przywileju zamożniejszych Polaków, jakim są drugie, zimowe wakacje. Jeszcze jednak starczało na benzynę do skody fabii, dwutygodniowe urlopy latem (w kraju) i czasem wypad do kina. Przede wszystkim zaś na spłatę zobowiązań: 1,1 tys. zł miesięcznie kredytu hipotecznego za mieszkanie, 620 zł za czynsz, wodę i śmieci, 285 zł raty za auto, 220 zł kredytu wziętego na remont mieszkania, 53 zł za kablówkę, ok. 95 zł za telefon stacjonarny z internetem, ok. 230 zł miesięcznie za trzy komórki (ich i syna studenta), ok. 385 zł miesięcznie za dwa ubezpieczenia na życie z funduszem inwestycyjnym. Do tego dochodzą jeszcze zobowiązania kwartalne, wynoszące, w ujęciu miesięcznym, po ok. 30 zł za ubezpieczenie auta, 140 zł za światło, 80 zł za prywatną opiekę lekarską (bo do normalnej przychodni, gdzie przyjmują lekarze emeryci, nie można się dodzwonić i trzeba najpierw czekać w kolejce po numerek od godz. 7 rano, a potem przyjść drugi raz na wizytę), 210 zł za trzy karty miejskie. Uff! Wszystko razem – 3448 zł.
A jednak nawet w drogiej Warszawie jakoś dawało się żyć i starczało na jedzenie. Do czasu. Jesienią 2010 r. w firmie pana Leszka zaczęły się kłopoty finansowe, pensję wypłacano praktycznie raz na dwa miesiące. Pół roku później zarobki żony spadły realnie o jedną czwartą. Napięty, ale jakoś trzymający się domowy budżet trzasnął jak pęknięty balon.
Żeby starczyło na stałe płatności, zmniejszyli do zera wszystkie wydatki (np. syn nie poszedł na kurs prawa jazdy) z wyjątkiem tych na żywność. W ich diecie na stałe zagościły kapusta, ziemniaki i żeberka, zniknęły z niej natomiast nieodwołalnie ryby i wędliny w cenie powyżej 20 zł za kilogram. A także piwo i wino (na szczęście nikt nie pali). Jednak nie starczało. Zaczęli zwyczajnie nie dojadać, 6 tys. zł trzymane na rocznej lokacie na nieprzewidziane wydatki, co wydawało im się całkiem poważną kwotą, rozeszło się co do grosza w ciągu trzech miesięcy. Zrezygnowali z prywatnej opieki medycznej i, z bólem serca, z ubezpieczeń na życie. Sporo na tym stracili, bo brakowało im zaledwie paru lat do otrzymania całej sumy gwarantowanej, powiększonej ponoć nawet o jakiś zysk, ale ważniejsze było to, że szybko dostali kilka tysięcy, zapewniające jeszcze pół roku normalniejszego życia. Drugi chwilowy przypływ gotówki przyniosła sprzedaż, za psie wprawdzie pieniądze (bo byli w potrzebie), niespłaconej jeszcze fabii.
Potem było tylko gorzej. Z zarobkami się nie poprawiło, nożyce dochodów i wydatków rozwierały się coraz bardziej. Czynsz płacą co drugi miesiąc, przestali spłacać kredyt remontowy, zrezygnowali z jednej komórki (żony), pan Leszek nie przedłużył karty miejskiej i jeździ na gapę. Potem odcięto im telefon stacjonarny i internet (z sieci po cichu mogą czasem skorzystać w pracy). Z telewizji kablowej jakoś jednak nie mogą zrezygnować, spłacają też oczywiście kredyt mieszkaniowy i rachunki za światło. A długi rosną jak tocząca się śniegowa kula, sięgając już 50 tys. zł.

Długów przybywa, oszczędności maleją

W ten sposób państwo Leszek i Marta dołączyli do grona 2,3 mln zadłużonych Polaków, niemogących regularnie spłacać swoich należności. Tyle właśnie osób znajduje się w rozmaitych rejestrach dłużników. Nie płacą, bo nie mają z czego. Dane Narodowego Banku Polskiego mówią, że na koniec 2012 r. oszczędności i inwestycje gospodarstw domowych (514 mld zł) były o 24 mld zł mniejsze od należności (538 mld zł). Łączne zadłużenie Polaków osiągnęło już 40 mld zł.
Osobną kategorię naszych zobowiązań stanowią zaległości z tytułu podatków i opłat. Na koniec 2012 r. wynosiły one, wedle ocen resortu finansów, aż 36 mld zł – czyli prawie tyle, co wszystkie inne polskie długi. Na koniec 2011 r. zaległości te były niższe o ok. 10%, a na koniec 2009 r. wynosiły zaledwie 21 mld zł. Dobrze pokazuje to, jak rozpędza się kula zadłużenia.
Jeśli chodzi o zobowiązania, które Polacy spłacają najmniej chętnie, na pierwszym miejscu jest oczywiście abonament radiowo-telewizyjny. Wpływy z niego wyniosły w 2012 r. ok. 510 mln zł, natomiast kwota zaległości sięgała w ubiegłym roku 2,2 mld zł. Warto zauważyć, że w porównaniu z 2011 r. wpływy z tytułu abonamentu wzrosły aż o 40 mln zł. Niemniej jednak płaci go niespełna 25% posiadaczy telewizorów i radioodbiorników.
Nasilający się kryzys sprawił, że coraz większe są zaległości w uiszczaniu opłat mieszkaniowych. Tych rachunków nie płaci w terminie ponad 2 mln użytkowników mieszkań. Ich średni dług to ok. 1,1 tys. zł na głowę. Rok temu średni dług nie przekraczał ok. 900 zł na głowę. Wśród zalegających z opłatami ok. 600 tys. to długotrwali dłużnicy, niepłacący przez ponad trzy miesiące, ale jest kilkanaście tysięcy takich, którzy nie płacą od przeszło dwóch lat.
Dłużników ciągle przybywa i mają do spłacenia coraz więcej, co pokazują choćby informacje z izb komorniczych – w sumie komornicy w 2012 r. zajęli za długi 4,5 mln kont bankowych, o 20% więcej niż w 2011 r.
Szczególnie zdradliwe są karty kredytowe. Korzystanie z nich zrujnowało już dziesiątki tysięcy Polaków. Obecnie na rynku jest ok. 6,5 mln aktywnych kart kredytowych, o ponad 4 mln mniej niż cztery lata temu. Dlatego tak mało, że banki blokują je i rozwiązują umowy z osobami niebędącymi w stanie zwracać długów zaciągniętych kartami. Część użytkowników zaś sama rezygnuje z kart kredytowych, słusznie uważając, że przynoszą one więcej szkody niż pożytku. Dziś co czwarty posiadacz karty kredytowej spłaca tylko minimalną kwotę wymaganą przez bank, 8% zaś nie płaci nic – i zadłuża się coraz bardziej.
Konta pana Leszka i pani Marty na razie nie zostały zajęte. Oni jeszcze się bronią, sprzedają, co mogą – ostatnio nawet ślubne obrączki (za 210 i 180 zł) – ale wiedzą, że ich przyszłość jest już jasna: wkrótce proces, sądowy nakaz zapłaty, a potem komornik, co grozi nawet utratą bronionego z determinacją mieszkania. Nic na to nie mogą poradzić. Oboje są po pięćdziesiątce, żadnej pracy więc już nie znajdą, drżą tylko, by nie utracić tej, którą mają. Przestali gdziekolwiek wyjeżdżać, jedyną formą rekreacji są piesze spacery. I nie chcą się przyznać, że w dojrzałym wieku, gdy powinni być u szczytu kariery, stali się dziadami. Dlatego nie chcą podać nazwisk, nikogo do siebie nie zapraszają, a spotkanym na ulicy znajomym mówią, że jakoś sobie radzą. Wolą cierpieć po cichu.
Roman Sklepowicz z Poznania nie milczy. Wybrał inną metodę. Chętnie opowiada o tym, co go spotkało, założył nawet Stowarzyszenie Poszkodowanych przez System Bankowy. Chce żyć i walczyć z bankami. – Jest stare powiedzenie definiujące słowo bank. To instytucja, która daje ci parasol w dzień słoneczny, ale gdy spadnie pierwsza kropla, niezwłocznie go zabiera – mówi Sklepowicz, nazywający przypadki samobójstw ludzi obciążonych długami śmiercią z ukredytowienia.
Jego zdaniem, bank kilka lat temu zastawił na niego pułapkę. – Zacząłem budowę pasażu handlowego. Gdy czekałem na przelanie trzeciej raty kredytu na budowę, bank przysłał pismo, że „nie widzi możliwości ekspozycji trzeciej raty”. Z tych pieniędzy miałem zapłacić wykonawcom robót wykończeniowych. Pewien facet powiedział mi wtedy: niech już pan nic nie robi, bo ten budynek trafi do mnie – wspomina Sklepowicz, który uważa, że padł ofiarą przemyślanego działania mającego wpędzić go w długi i pozbawić nieruchomości.

Miliony na głowę

W inny, dość niezwykły sposób, lecz także spowodowany przez banki, wpadli w długi, z których już zapewne nie wyjdą, państwo Ewelina i Arkadiusz. Od kilku lat są małżeństwem, niedawno zwrócili się do stowarzyszenia o pomoc. Dla obojga, co ma tu znaczenie, jest to drugie małżeństwo. Oboje w poprzednich związkach mieli mieszkania, kupione na kredyt wspólnie z dziś już byłymi współmałżonkami.
Po rozwodach wyprowadzili się z mieszkań, zostawiając je dawnym partnerom. Wzięli ślub i zamieszkali razem, w mieszkaniu także kupionym na wspólny kredyt. Po mniej więcej trzech latach otrzymali od banków pisma rozwiązujące z nimi ich dawne umowy kredytowe, o których zdążyli już zapomnieć, i wzywające do natychmiastowego zwrotu całych należności z odsetkami.
Wkrótce potem bank wypowiedział im ich wspólny kredyt – choć spłacają go regularnie – wyjaśniając, że robi to, ponieważ stracili zdolność kredytową w związku z poważnymi zobowiązaniami, które na nich ciążą, i umieszczeniem ich na liście niesolidnych dłużników. Okazało się, że ich byli małżonkowie, niezależnie od siebie, wpadli na podobny pomysł – wyjechali za granicę i przestali spłacać kredyty, uprzednio meldując w swoich mieszkaniach członków własnych rodzin, schorowanych i w podeszłym wieku. W związku z tym banki nie mogą ich stamtąd usunąć i sprzedać zadłużonych mieszkań. Zwrotu udzielonych kredytów żądają zatem – do czego mają prawo – od państwa Eweliny i Arkadiusza, których udało się dość łatwo namierzyć. Nic więc dziwnego, że teraz oni rozważają szybki wyjazd z Polski. Do zwrotu mają bowiem ponad 1,2 mln zł.
To kwota spora, ale daleka od rekordowych. Najbardziej zadłużone w Polsce osoby fizyczne mają do zwrotu po kilkadziesiąt milionów złotych.
Średnia suma przypadająca na głowę statystycznego zadłużonego Polaka wynosi 4,7 tys. zł i w ubiegłym roku wzrosła o ok. 140 zł. To są naczynia połączone – w miarę jak spadają zarobki Polaków, a rośnie bezrobocie, rosną też ich długi. Ów statystyczny dłużnik jest mężczyzną (co nie wynika z oszczędniejszego gospodarowania finansami przez kobiety, lecz z tego, że to mężczyźni częściej składają podpisy pod rozmaitymi zobowiązaniami rodzinnymi), ma 45 lat i mieszka na Mazowszu, gdzie jest najwięcej i polskich dłużników, i milionerów.
Firma windykacyjna Kruk zbadała też, że wśród dłużników najwięcej jest osób spod znaku Byka i Bliźniąt. Najmniej zaś Skorpionów i Strzelców.

Nie znamy dnia ani godziny

Wielu dłużników, podobnie jak Roman Sklepowicz, za przyczynę swoich kłopotów uznaje działania banków. W istocie, często traktują one klientów bezwzględnie, rozwiązując z nimi umowy kredytowe niekiedy zaledwie po dwóch miesiącach niepłacenia rat lub płacenia ich w niepełnej wysokości – a czasami w ogóle bez żadnego wyraźnego powodu.
Bankom na takie działania pozwala jednak art. 75 prawa bankowego, przepis o wyraźnie antyspołecznym charakterze. Niestety, wygląda na to, że długo jeszcze będzie on obowiązywał, ponieważ żadne ugrupowanie nie planuje jego zmiany. Artykuł ten jednostronnie oddaje bankowi prawo decydowania o losach kredytobiorców. To bank ma bowiem prawo swobodnej oceny, czy jego klient utracił zdolność kredytową czy nie, a także czy jest zagrożony upadłością, co pozwala na zerwanie z nim umowy kredytowej w ciągu tygodnia. Dla przykładu na mocy art. 75 bank może nam zrujnować życie, żądając zwrotu całej sumy, wraz z odsetkami, pożyczonej na mieszkanie (co oznacza oczywiście konieczność wyniesienia się z lokalu), nawet jeśli wszystkie raty płacimy w terminie co do grosza. Wystarczy, jeśli urzędnicy otrzymają informację o spadku naszych zarobków, jakichś kłopotach finansowych lub o kredycie zaciągniętym za pomocą karty. Wtedy bowiem bank – wedle własnych procedur, narzucanych klientom – może uznać, że nasza zdolność kredytowa jest już niewystarczająca jak na wielkość pożyczonej nam sumy. I w ciągu miesiąca zakończy z nami współpracę.
Wydaje się oczywiste, że w sprawach tak ważnych, decydujących niekiedy o całej przyszłości kredytobiorców, powinny obowiązywać bardzo precyzyjne ustalenia, regulujące konkretnie (co do grosza lub co do procenta pożyczonej kwoty), jakie zmiany sytuacji klienta uprawniają do rozwiązania z nim umowy. Tymczasem w praktyce zależy to od widzimisię pracowników banku.
Dr Przemysław Barbrich ze Związku Banków Polskich twierdzi jednak, że sytuacja dłużników banków zawsze jest nieporównanie lepsza niż osób, które zaciągnęły kredyty w parabankach, narzucających klientom ustalane wyłącznie przez siebie oprocentowanie i zasady spłacania długów. – Z banku nigdy nie przyjdą do nas do domu muskularni panowie, zdecydowanie domagając się zwrotu pożyczki.
Statystyki (bankowe) mówią, że zadłużeni klienci instytucji finansowych dzielą się mniej więcej po równo: połowa korzystała z usług parabanków, połowa z banków normalnych. A przecież w bankach pożyczki bierze trzy razy więcej Polaków niż w parabankach. Wniosek, że oznacza to, iż banki traktują klientów delikatniej, byłby tu jednak pochopny. Po prostu do parabanków idą ludzie w gorszej sytuacji finansowej, którym żaden bank, zobowiązany do przestrzegania rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego, pożyczki nie udzieli. Parabanki natomiast chętnie pożyczą niemal każdemu – co sprawia, że potem ich klienci mają znacznie większe kłopoty z oddaniem pożyczek.

Z pętli w korkociąg

Kto raz wpadnie w pętlę zadłużenia, zwykle ma ogromne problemy z wyrwaniem się z matni własnymi siłami, bez pomocy rodziny. Nie istnieją bowiem żadne rozwiązania prawne, które by to umożliwiały. Wprowadzona w 2009 r. i szeroko wówczas reklamowana przez PO możliwość ogłoszenia upadłości konsumenckiej, rzekomo łagodzącej problemy dłużnika, jest zwykłą fikcją. Żeby z niej skorzystać, należy spełnić szereg surowych, a zarazem nieostrych kryteriów: trzeba się stać niewypłacalnym bez własnej winy, nie wolno, mając już długi, zaciągać nowych zobowiązań (a przecież oczywiste jest, że ten, kto ugina się pod brzemieniem długów, stara się jeszcze gdzieś pożyczyć parę groszy). No i trzeba mieć co najmniej 10 tys. zł wolnych pieniędzy, żeby sąd (a ściślej ustanowiony przez niego syndyk) mógł na nasz koszt zbadać stan naszego majątku.
Polacy są więc generalnie za biedni, żeby upaść konsumencko – zwłaszcza że korzyści są niemal żadne. Kto nie ogłosi upadłości konsumenckiej, może jeszcze się wywijać, walczyć, próbować jakichś negocjacji. Ten, kto ją ogłosił, nie ma już żadnych szans. Będzie zlicytowany do imentu, a korzyść jest w tym, że długi, które mu zostaną po utracie całego majątku, mogą, pod pewnymi warunkami i po kilkunastoletnim okresie ich spłacania, zostać umorzone. Drugi zysk polega zaś na tym, że po sprzedaży mieszkania dłużnika dostanie on środki pozwalające na wynajęcie taniej kawalerki przez rok – no bo głupio by było, gdyby po skorzystaniu z państwowego, humanitarnego rozwiązania od razu musiał iść pod most. Jeśli weźmie się to wszystko pod uwagę, nie dziwi, że od 2009 r. z upadłości konsumenckiej w Polsce skorzystało zaledwie kilkadziesiąt osób.
Przed korzystaniem z innego rozwiązania, nie rządowego, lecz bankowego, jakim jest kredyt konsolidacyjny, trzeba zaś dłużników przestrzec. Jeżeli jeszcze dajemy radę spłacać nasze zobowiązania, nie bierzmy go! Kredyt gromadzący w jedną całość wszystkie nasze pożyczki na pozór jest dogodny, bo zaciągamy go na więcej lat, toteż raty są nieco niższe. W sumie jednak oddamy bankowi więcej, chyba że weźmiemy go pod zastaw mieszkania (wtedy łączny koszt spłat jest porównywalny). Pamiętajmy przy tym, że w Polsce panuje kryzys, a raty kredytu konsolidacyjnego stanowią dość poważne obciążenie. Wystarczy zatem niewielki spadek dochodów, by zostać bez dachu nad głową.

Grabarzowi spod łopaty

34-letni pan Zygmunt z Łodzi uratował się od utraty wszystkiego, co miał, właśnie dzięki kredytowi konsolidacyjnemu. Uważa jednak, że jest to rozwiązanie dla ludzi o mocnych nerwach i mocnej pozycji zawodowej, którym nie grozi dłuższe bezrobocie. Zaczął się zadłużać, najpierw zupełnie bezboleśnie, osiem lat temu. Początkowo korzystał z karty kredytowej otrzymanej od banku, gdzie ma oszczędności. Posługiwał się nią chętnie, spłacając tylko wymaganą sumę minimalną. Potem kupił na kredyt nowy samochód i dobry laptop, sfinansował też w ten sposób zimowy wyjazd w Dolomity. Wkrótce miał otwarte cztery kredyty, kosztujące go w sumie prawie 2 tys. miesięcznie, przy zarobkach 3,6 tys. Mieszka samotnie, więc wszystkie koszty w całości spadają na niego. Wziął jeszcze jedną pożyczkę bankową, na trekking w Nepalu, o którym marzył od lat – a mógł akurat się tam wybrać za okazyjną cenę. Pożyczkę dostaje, bo ma dobrą historię kredytową i regularnie wszystko uiszcza. Tyle że po powrocie ma już do spłacania 2,2 tys. zł miesięcznie, a w firmie zaczynają się problemy i jego pensja zostaje obcięta o 10%.
Bilans już się nie zamyka – a pan Zygmunt nie ma praktycznie żadnych oszczędności. Zaczyna szukać dodatkowej pracy, jednocześnie bierze w parabanku – bo gdzie indziej nie ma szans – pożyczkę „na życie”. Teraz spłaca już ok. 2,6 tys. zł miesięcznie, a jego zarobki to 3,2 tys. zł miesięcznie. W dodatku ostatnie pieniądze pożyczył w firmie, która „elastycznie podchodzi do zdolności kredytowej klienta”, za to wymaga zabezpieczenia w postaci weksla in blanco. Pan Zygmunt nie jest głupi, rozumie, że ma już głowę w pętli i tylko czas – dopóki nie rozejdzie się ostatnia pożyczka – może go uratować.
Jego atutem jest to, że ma na własność mieszkanie nieobciążone hipoteką. Zaczyna od jak najszybszej sprzedaży auta, a potem próbuje wziąć kredyt konsolidacyjny. Udaje mu się to, właśnie pod zastaw mieszkania, w banku, w którym ma rachunek. Dostał kredyt tylko dlatego, że jakimś cudem nie zdążył jeszcze narobić opóźnień przy spłacaniu innych rat. Konsolidacja nie obejmuje pożyczki w parabanku. Pan Zygmunt wyprzedaje wszystko, łącznie z meblami. Zostaje w czterech gołych ścianach, ale terminowo oddaje dług parabankowy. Spłaca teraz tylko kredyt konsolidacyjny – ok. 1,4 tys. zł miesięcznie przez 10 lat. Zarabia nadal 3,2 tys. zł. Jeśli nie straci pracy, powinien przetrwać te 10 lat…

Dwie strony medalu

Nie wszyscy dłużnicy wpadli w kłopoty na skutek czynników losowych, takich jak kryzys i utrata pracy, lub z powodu nadmiernej niefrasobliwości. Nie brakuje zwykłych naciągaczy. Zdarzają się ludzie, którzy świadomie wykorzystują wszelkie możliwości, byle tylko nie płacić wierzycielom. Znany jest przykład braci Gesslerów: Adam Gessler, mający dług wobec Warszawy wynoszący 26 mln zł, przekazał bratu Piotrowi dom, który miał być zlicytowany na poczet jego długów. Licytacja skończyła się niczym. Ciekawe, że w tym przypadku organy ścigania zapomniały o art. 300 kodeksu karnego, mówiącym: „Kto, w razie grożącej mu niewypłacalności lub upadłości, udaremnia lub uszczupla zaspokojenie swojego wierzyciela przez to, że usuwa, ukrywa, zbywa, darowuje, niszczy, rzeczywiście lub pozornie obciąża składniki swojego majątku, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Na ogół jednak, jeśli nie płacimy, to dlatego, że nie możemy. Przerzucanie kosztów kryzysu na obywateli, zwłaszcza mniej zamożnych, sprawia, że choć jeszcze notujemy wzrost PKB, tempo ubożenia Polaków należy do najszybszych w UE.
– Tej cytryny nie da się już wycisnąć. Zarabiam 1,2 tys. zł miesięcznie, ale nie dostaję ich do ręki. Spłacam pożyczki na gaz, prąd itd. – mówi pani Bożena Jaśkiewicz, woźna w jednym z warszawskich przedszkoli.
Ludzie generalnie niechętnie godzą się z myślą, że kiepsko im się wiedzie. Wbrew pozorom patrzymy nie tylko na zamożniejszych. Często dla poprawy samopoczucia zwracamy też uwagę na tych, którzy mają gorzej niż my. Jak to pisał Jacek Kleyff: „Każdy chętnie się pociesza, że ten dziad to jeszcze nie on”.
Dziś jednak wszystkim w Polsce, z wyjątkiem wąskiej warstwy najbogatszych, wiedzie się coraz gorzej. Mniej zamożni stają się coraz biedniejsi, muszą pożyczać coraz więcej. Karol Marks pisał, że robotnik powinien zarabiać tyle, by utrzymać żonę i dzieci. W Polsce, jak wiadomo, socjalizm skończył się w czerwcu 1989 r. I dlatego dziś wielu rodzinom, w których nawet dwoje rodziców ma pracę, trudno dotrwać do pierwszego. Kategoria „zatrudnionych biednych” stale zaś się poszerza.


 

Dlaczego Polacy tak bardzo się zadłużają? Jak wyjść z pętli zadłużenia?

Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów
Polacy mają bardzo rozbudzone ambicje konsumpcyjne. Pragną żyć i kupować jak ludzie z bogatszych państw zachodnich. Dodatkowo między Polakami rozgrywa się rywalizacja konsumencka – o większy telewizor, ładniejszą kuchnię lub o nowszy samochód. A te ambicje i rywalizacja przynoszą ofiary – konsumentów, którzy nie są w stanie spłacać zadłużenia. Obecnie w Krajowym Rejestrze Długów Biurze Informacji Gospodarczej zarejestrowanych jest 3,8 mln zobowiązań, na łączną kwotę 12,8 mld zł. Część Polaków nie radzi sobie ze swoim apetytem zakupów, ale również nie potrafi rozwiązywać problemów dotyczących niezdolności spłacania zobowiązań. Często, gdy nie mogą spłacić kredytu, zaciągają kolejny na jego pokrycie. To gra na czas i uciekanie przed problemem, a skutkiem tego jest wzrost kosztów obsługi długu i wydłużenie okresu oddłużenia. Tak wpada się w pętlę zadłużenia. Gdy mamy problem ze spłatą zobowiązań, należy wyzbyć się obaw i udać do wierzyciela. Większość instytucji udzielających kredytów, sprzedających na raty itp. jest przygotowana na to, że część ich klientów nie poradzi sobie ze spłatą zobowiązań, i przygotowuje rozwiązania, które mają pomóc dłużnikowi spłacić dług – może to być rozłożenie kwoty na mniejsze raty i wydłużenie okresu spłaty, tymczasowe zawieszenie spłaty albo konsolidacja zadłużenia, co przekłada się na mniejsze oprocentowanie pożyczki, itp. Oczywiście najlepszym sposobem, by nie wpaść w pętlę zadłużenia, jest prewencja. Nie chodzi o to, by kredytów nie zaciągać, ale o dostosowanie naszych ambicji do możliwości. Polacy powinni się nauczyć kontrolować domowe budżety i określać swoje możliwości zakupowe. Prostym sposobem jest sprawdzenie relacji dochodów do wydatków stałych, czyli tych, które musimy ponieść w każdym miesiącu, np. opłaty za mieszkanie, raty kredytu itp. Jeśli wydatki stałe zabierają nam połowę dochodów lub więcej, powinno nam się zapalić światełko alarmowe i nie powinniśmy zaciągać kolejnego zobowiązania.

Tadeusz Mosz, publicysta ekonomiczny
Nie potwierdzam tak dramatycznie sformułowanej tezy, bo choć zadłużenie Polaków wzrosło do ponad 30 mld zł, to nieporównanie większe są oszczędności, wynoszące teraz ponad bilion złotych. Oczywiście spora część tej kwoty to pieniądze przedsiębiorców, kadry menedżerskiej, a także zasoby zgromadzone w branżach, które mają się dobrze, np. w sektorze bankowym. Jednak nie znam dramatycznych danych dotyczących zadłużenia. Wręcz przeciwnie, akcja kredytowa mocno wyhamowała z powodu niepewności, która towarzyszy wszystkim w czasie spowolnienia gospodarczego. Także zmiana stóp procentowych nie spowodowała bumu kredytowego, bo coraz szersze grupy społeczne odczuwają pewne obawy. Obecna sytuacja gospodarcza powoduje dużą wstrzemięźliwość w kwestii zadłużania.

Andrzej Sadowski, założyciel Centrum im. Adama Smitha
Jest tak dlatego, że owoce wykonywanej pracy są zbyt nikłe, a obciążenia wynagrodzeń składkami i podatkami rosną. To, co dostajemy do ręki, pozwala nam na coraz mniej i dlatego trudno bez dodatkowych kwot utrzymać dotychczasowy poziom życia. Wynagrodzenia zostały zamrożone, tymczasem rząd wciąż podnosi podatki i ceny na te dobra, które podlegają jego regulacji, w związku z tym obciążenie obywateli rośnie. Ponieważ mamy mniej środków do dyspozycji, zaczynamy szukać innych rozwiązań. Jeszcze nie nauczyliśmy się, że trzeba w takiej sytuacji np. przenieść się z dużego mieszkania do mniejszego, sprzedać samochód i ograniczyć inne wydatki, bo przyzwyczajenie do zdobytego poziomu życia wydaje się czymś trwałym. Dlatego właśnie „ratujemy” nasz poziom życia, kredytując się i zadłużając.

Lubomira Szawdyn, psycholog, psychiatra, ekspert ds. uzależnień
Niestety, w karierze zawodowej nie trafił mi się człowiek uzależniony od pożyczania pieniędzy, więc nie mam praktyki w kwestii, jak z tego się wyleczyć.
Not. Bronisław Tumiłowicz

Wydanie: 19/2013

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Marek
    Marek 26 marca, 2014, 15:12

    Zabrali mi pracę więc z czego mam spłacać kredyt ? Polsko dasz mi pracę to dostaniesz swoje pieniądze. Nie będzie pracy to nie dostaniecie ode mnie pieniędzy bo nie mam ich skąd wziąć.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Upadłość Konsumencka
    Upadłość Konsumencka 5 października, 2015, 12:46

    No niestety, Polacy w dzisiejszych czasach sa zadłużeni. Kiepski rynek na pewno nie ułatwia sprawy. Dobrze, ze chociaż powstała upadłość konsumencka. W skrócie,t o opcja dla osób, które są niewypłacalne. Ustawa „prawo upadłościowe oraz naprawcze” pomaga takim osobom wyjść z długów i zacząć żyć od nowa. Kto chętny, tego zapraszam: http://upadlosckonsumencka.com.pl/

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy