Polec z horrorem

Mówi się, że kto ma telewizję, ten ma władzę. Tak było w czasach komuny, kiedy ten, kto miał władzę, ten miał też telewizję. Władzę miała zawsze lewa opcja, która brała wszystkie lewy. Były jeszcze dwie partie, ale dziś nawet ci, którzy do nich należeli, też o tym nie pamiętają. Wydaje się im, że od zygoty byli prawicowi, uczestniczyli w modłach i chwalili kapitalizm. Partia była tylko jedna, sukces natomiast ma wielu ojców; każda kobieta wie, że tatusiów może być wielu, a żaden nie ma pewności, czy jest prawdziwy. Tak też i partia miała czterech ojców, zapomnianą dziś wielką czwórcę, rozwieszoną na ówczesnych billboardach, profil w profil, wszystkie nosy czujnie zwrócone w jedną stronę. Czy pamiętacie drodzy czytelnicy wypracowanie małego Jasia z czwartej B, pt. „Matka jest tylko jedna”? Chłopczyk opisał, jak to matka kazała mu podać wujkom dwie półlitrówki, a wtedy Jasio, zajrzawszy do lodówki, wrzasnął: Matka, jest tylko jedna! Partia była monolitem zjednoczonym, podobnie jak wiadoma trójca. Co ciekawe, w tym przypadku, to matka była nieznana.
Partia miała władzę i telewizję, a w niej dwa obrzydliwie komunistyczne programy. Naród z amnezją wciąż chętnie ogląda powtórki. Stary serial bije rekordy popularności, to znów Kabaret Starszych Panów powtarzają na życzenie publiczności, a to filmy Barei oraz inne komuchowate zezowate szczęścia, wspomina z łezką w oku. Oczywiście, nie było mszy, bo partia miała oblicze, zgiń siło nieczysta, świeckie jak profesorka-senatorka Maria Szyszkowska, a wiadomości były tendencyjne. Opozycja w łonie partii, w osobach Kuronia i Modzelewskiego walczyła o socjalizm z ludzką facjatą, bo istniejąca morda niekoniecznie się podobała.
Po latach elektryk z Gdańska przeskoczył przez płot. Jak ja mu wtedy kibicowałam! Byłam po stronie robotników, Solidarności. Tam, gdzie jest płot, tam też jest brama. Na tej to bramie pewien filozof przybił postulaty robotnicze. Dlaczego trzeba było filozofa w kolebce robotniczej? Wyjaśnił mi to taksówkarz. Otóż, wszyscy stoczniowcy strajkowali, gdy ktoś zawołał: Ludzie! Kto ma młotek? Stoczniowiec strajkujący odkrzyknął: Mamy tu faceta z młotkiem! A umie on wbijać gwoździe? Podobno umie! Potem elektryk został prezydentem i nastał kapitalizm pełną gębą. Frazesów.
No i przybił postulaty jak Marcin Luter tezy. W nagrodę za to prezes Dworak wezwał teraz filozofa z młotkiem, niejakiego Grzywaczewskiego z Gdańska, bo on ci to był, żeby zrobił porządek w telewizji publicznej. Prezes jest człowiekiem rozsądnym, dla żądnych władzy prawicowców jest zbyt mało krwiożerczy, ponadto wie, że został wybrany na dwa lata, a potem będzie musiał wrócić do produkcji zewnętrznej, z jakiej wyszedł. Jeśli komuś wydaje się, że producenci filmowi są ideologicznie jednolici, lewicowi lub prawicowi, ten się myli. Tak więc potrzebna była miotła i się znalazła. Zaczął działalność ów G. od udzielania wywiadów, w których czepia się Fidyka, jednego z najwybitniejszych dokumentalistów, który zna się na robocie jak mało kto. W szale porządkowania wymiata nawet to, co wymiecione. Przeprowadził krytykę słynnego dokumentu „Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym”, on by tego nie puścił! Chętnie wierzę, to taki brzydki aspekt życia na prowincji, lepiej o tym nie wiedzieć. Filozofia: czego się nie pokazuje, tego nie ma, starsza jest niż telewizja. Nie ma prostytucji, nie ma pedofilii, dzieci nie powinny nic wiedzieć o seksie, bo się zdeprawują. Pospieszalski, też mędrzec i muzyk, dostał program, zajmie się edukacją społeczeństwa: Sza! Palec na usta, woda w usta. A że dzieciaki będą wystawione na śliskie paluchy pedofila, to nie szkodzi, pod warunkiem że się sprawy nie nagłośni.
Lewica trzęsie portkami ze strachu, wpuszcza do publicznej telewizji facetów spod czarnej gwiazdy. Zamiast walczyć i polec z honorem, poległa z horrorem. Wydawać by się mogło, że ktoś, kto jak Grzywaczewski produkował dowcipny program „Lalamido”, będzie miał poczucie humoru, tymczasem obudził się w nim komisarz ludowy. Z nikim z wymiatanych nie rozmawia, co się będzie zniżał. Co jest do cholery, czy to rewolucja kulturalna w Chińskiej Republice Ludowej, czy demokratyczne państwo w środku Europy? Czy nikt nie pamięta o tym, że telewizja publiczna cieszyła się większym zaufaniem społecznym niż którykolwiek polityk? Mimo kampanii, jaką sama karnie prowadziła przeciw sobie w Astrologicznym Roku Rywina.
Brałam udział w kobiecym programie publicystycznym „Co pani na to?”. Był oglądany i lubiany, a także nielubiany. Żadna z uczestniczek nie należała do żadnej partii, orientację miałyśmy różną, prawą, centrową i lewą. Mówiłyśmy zawsze za siebie, nigdy za partię. Najpierw, gdy oglądalność wzrosła, spuszczono nas na inny dzień, a nasze miejsce zajęła publicystyka „Gotuj z Okrasą”. Teraz, ze względu na źle widzianą w kołach zbliżonych do trójkątów twarz A. Kwiatkowskiego prowadzącego nasz program, „Co pani na to?” spadł z ramówki i zabił się na miejscu jak kurtyna w teatrzyku „Zielona gęś” Gałczyńskiego. Wiem, że po tym, co napisałam, będę miała znów zapis: „dopóki my jesteśmy, jej noga w telewizji nie postanie!”, tak już bywało, ale czniam was tchórzofretki, piórkujcie się. Dla miotły widz się nie liczy, miotła wymiata, nie myśli. Wymiata tamtych i obsadza swoimi. Apolityczność polega na tym by wyrwać czerwoną rzodkiewkę i posadzić białą pietruszkę. Na szczęście można liczyć na aktualne od czasów niepodległości, nowe hasło: KTO MA TELEWIZJĘ, TEN TRACI WŁADZĘ!

Wydanie: 32/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy