W polityce lewicy nastąpi przełom?

W polityce lewicy nastąpi przełom?

SLD zerwał z wieloletnią tradycją (rodem jeszcze z PZPR), zgodnie z którą przywódcę partii wyłaniało się w zakulisowych ustaleniach, a nie w otwartej rywalizacji

Pisząc dzień po kongresie SLD o sytuacji w głównej partii lewicy, narażam się na to, że moje na gorąco spisywane refleksje mogą się okazać błędne, a nawet śmieszne. A jednak zaryzykuję.
Byłem i jestem zdania, że – jak napisałem w artykule „Dylemat polskiej lewicy” („Myśl Socjaldemokratyczna”, nr 1-2, 2008) – „lewica polska stoi przed najpoważniejszym od prawie dwudziestu lat dylematem. Czy jest nadal potrzebna Polsce?”. Osobiście przekonany jestem, że jest, ale rzecz w tym, by przekonać o tym miliony Polaków.
I problem z tym związany: czy w Sojuszu Lewicy Demokratycznej Polska ma partię godnie wyrażającą lewicowe wartości? Już po opublikowaniu mojego artykułu sondaż TNS OBOP przeprowadzony 30-31 maja br. dał następującą odpowiedź na pytanie, czy SLD dobrze reprezentuje

idee i wartości lewicowe.

42% dało odpowiedź przeczącą, 40% twierdzącą, a 18% nie miało zdania. A więc czterech na dziesięciu Polaków sądzi, że to SLD dobrze reprezentuje wartości lewicowe. Takim wynikiem nie może się poszczycić żadna z partii określających się jako lewicowe.
Skąd więc tak marne wyniki – zarówno wyborcze, jak i sondażowe – SLD? Myślę, że przede wszystkim ze złego stylu dotychczasowego przywództwa, a co za tym idzie, z politycznych błędów. Za wiele było pozornego pragmatyzmu (za którym nie szła pragmatyczna skuteczność), za mało myślenia o ideach i wartościach. Za wiele było kompleksów wobec własnej przeszłości, za mało odwagi w bronieniu tych spraw, które dla ludzi lewicy muszą mieć charakter pryncypialny. Jak chociażby neutralność światopoglądowa państwa, tolerancja wobec wszystkich mniejszości, sprawiedliwość społeczna. A także to, co w dorobku Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej było cenne i godne obrony.
Spór o kierunek polityki SLD wyraził się – po raz pierwszy w powojennej historii polskiej lewicy – w otwartej

rywalizacji dwóch młodych

przywódców, którzy trzy lata temu wspólnie wzięli na siebie odpowiedzialność za ratowanie SLD z głębokiej zapaści. Cenię i lubię ich obu, ale nigdy nie ukrywałem tego, że znacznie mi bliżej do Grzegorza Napieralskiego, w którym szczególnie wysoko cenię jednoznaczność ideową i konsekwencję w postępowaniu. Jestem więc zadowolony z jego wygranej. Ale jeszcze bardziej zadowolony jestem z tego, że moja partia – Sojusz Lewicy Demokratycznej – zerwała z wieloletnią tradycją (rodem jeszcze z PZPR), zgodnie z którą przywódcę partii wyłaniało się w zakulisowych ustaleniach, a nie w otwartej rywalizacji. Tym razem to SLD dał lekcję innym partiom politycznym, jak można i należy rozwiązywać sprawę przywództwa. W otwartej, demokratycznej rywalizacji.
Wynik tej rywalizacji wywołał wściekłość prawicowych publicystów, a także niektórych byłych lub obecnych działaczy lewicy. Tomasz Nałęcz, Ryszard Bugaj i Sławomir Sierakowski na łamach dzisiejszej „Gazety Wyborczej” leją łzy nad tym wyborem. „Napieralski to tragedia”, głosi tytuł wypowiedzi felietonisty prawicowego tygodnika „Wprost”, a zarazem byłego lewicowego wicemarszałka Tomasza Nałęcza. „Moszczenie się w niszy”, prorokuje SLD pod nowym kierownictwem redaktor naczelny „Krytyki Politycznej”. W „Dzienniku” wtóruje im Cezary Michalski, dla którego lewica „szczególnie śmieszna będzie pod wodzą Napieralskiego i Pastusiaka”. Inaczej piszą ludzie poważni: Zbigniew Siemiątkowski, Bronisław Łagowski i Janusz Reykowski, którzy dostrzegają szanse dla lewicowej partii z jej nowym przywódcą. Reykowski uczciwie mówi, że sympatyzował z Olejniczakiem, ale wyraża nadzieję, że Napieralski poprowadzi SLD w kierunku nowoczesnej lewicy.
Od dawna nie byłem w tym stopniu optymistą co do perspektyw lewicy, co w tej chwili. Przyznaję, że w ostatnich latach nieraz nawiedzały mnie czarne myśli i rodziło się zwątpienie – nie co do moralnej wartości celów, jakie lewica sobie stawia, ale co do tego, czy SLD potrafi być partią na miarę naszych marzeń. Jeszcze nią nie jest. Ale już postawił ważny krok we właściwym kierunku. Reszta zależeć będzie od

nowej ekipy kierowniczej

i od znacznie szerszego kręgu ludzi gotowych z nią współdziałać.
Idzie o kilka spraw podstawowych. Po pierwsze, o to, by SLD był konsekwentny, co nie znaczy, krańcowy, w obronie podstawowych wartości lewicy, w tym zwłaszcza zasady sprawiedliwości społecznej, tolerancji i neutralności światopoglądowej państwa. Po drugie, by twardo bronił takiego rozumienia polskiego interesu narodowego, w myśl którego miejsce Polski jest w Unii Europejskiej – i to nie na jej peryferiach, ale w centrum spraw dla Unii decydujących. Po trzecie, by miał uczciwy stosunek do przeszłości, a więc by szaleńczej „polityce historycznej” prawicy przeciwstawił mądrą i uczciwą refleksję nad polskimi losami po II wojnie światowej. Po czwarte wreszcie, by w swym życiu wewnętrznym szedł w kierunku autentycznej demokracji, zwalczał bezideowość i demoralizację, tępił nieuczciwe manipulowanie wyborami w partii. Dużo to czy mało? Na początek wystarczy.
Wierzę w siłę nadziei. Nowy przewodniczący SLD daje taką nadzieję. Polska nie musi stać się krajem bez lewicy czy też z lewicą zepchniętą na daleki margines życia politycznego. Na przełomie maja i czerwca SLD postawił pierwszy krok na trudnej drodze do odrodzenia pozycji lewicy w polskim życiu politycznym. Przywódcom, którzy ten krok symbolizują, nie wolno zawieść rozbudzonych nadziei.
2 czerwca 2008 r.

Wydanie: 24/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy