Polityka żyje awanturą, my – życzliwością i dobrocią

Polityka żyje awanturą, my – życzliwością i dobrocią

Polska stała się krajem par excellence wyznaniowym. W którym jednocześnie
problem praw i równości płci – pod każdym względem – jest całkowicie zakłamany

Z prof. Wiktorem Osiatyńskim rozmawiają Jan Ordyński i Robert Walenciak

– Panie profesorze, oto ostatnie pańskie wypowiedzi – mówi pan o narkotykach, o prawach kobiet. Czy te tematy stanowią clou współczesnej debaty? Czy są najistotniejsze i symptomatyczne dla problemów współczesnej Polski?
– Nie są symptomatyczne dla problemów współczesnej Polski, ale stanowią ważną część moich zainteresowań. Ponieważ interesuję się prawami człowieka.

– W Polsce to już démodé…
– Prawa człowieka w systemie autorytarnym, totalitarnym dotyczyły wszystkich. W tym systemie każdy mógł stać się jego ofiarą, wobec tego obrońcy praw człowieka bronili potencjalnie każdego. Prawa człowieka w państwach autorytarnych to ważna rzecz! A w demokracji? W demokracji większość ludzi nie stanie się ofiarą systemu. Ofiarami systemu staną się niemal wyłącznie ci, którzy skoczą mu do oczu, a jeszcze bardziej ci, którzy są ignorowani jako nieważni, trwale zmarginalizowani i pozbawieni praw.

Niby równość, niby demokracja…

– I z tego powodu w demokracji prawa człowieka mało interesują szeroką publiczność?
– Z tego powodu w demokracji tak naprawdę walka o prawa człowieka jest walką o prawa gejów, prostytutek, ludzi, którzy mogą wejść w konflikt z prawem, użytkowników narkotyków, wtedy kiedy ich prawa są naruszane. A nasze ustawodawstwo i praktyka powodują rażące naruszanie ich praw! No i oczywiście prawa mniejszości. Mniejszości etnicznych, religijnych, no i takiej mniejszości niezwykle nieszczęśliwej, jaką są kobiety.

– To jest połowiczność, a nie mniejszość.
– W tym sensie jest to mniejszość, że to jest słabsza część społeczeństwa, nawet jeżeli jest większością. Mówi się o osobach wykluczonych – a moim zdaniem kobiety z udziału w podejmowaniu decyzji są wykluczone w sposób trwały. Nie tyle poprzez prawo, co poprzez praktykę. Oraz system selekcji do polityki, który jest oparty na testosteronie.

– Bardzo się pan zaangażował w sprawę praw kobiet…
– To wynika z tego, że Polska stała się krajem par excellence wyznaniowym. Że stała się krajem ideologicznym, w którym jednocześnie problem praw i równości płci – pod każdym względem, czy to praw reprodukcyjnych, czy innych praw – jest całkowicie zakłamany.

– Niechęć do prawdziwej emancypacji kobiet – czy nie jest to efekt wpływów Kościoła?
– Nie wiem, czy Kościół katolicki jest głównym sprawcą… Choć faktem jest, że Kościół ma reakcyjny, wsteczny stosunek do kobiet. Widziałem na własne oczy, jak budowano sanktuarium w Radomiu, ówczesny biskup był dumny, że kobiety przychodzą na klęczkach do pracy i harują, w czasie gdy ich mężowie są pod budką z piwem. Widziałem, jaki jest stosunek księży do kobiet – one mają służyć. Gotować, sprzątać i być używane do seksu przez mężów. Ale Kościół nie jest aż tak bardzo winien zapyziałości i ciemnocie polskiego życia publicznego…

– A kto?
– Ci politycy, którzy chcą się pod Kościół podwiesić. To oni popchnęli Kościół tak bardzo w prawo… W efekcie niby jest równość, niby są równe prawa, niby jest demokracja i kobiety w parlamencie. Niby! Co ciekawe, wiele pań, które dostały się do parlamentu, wypowiada się przeciwko prawu kobiet…

– Łącznie z pełnomocniczką ds. równego statusu, panią Radziszewską.
– Nie tylko, nawet pani Lena Kolarska-Bobińska, kiedy dostała się do Parlamentu Europejskiego – już jest przeciw parytetom…

Dlaczego trzeba nam kobiet

– A przypomnijmy, chodzi o to, żeby partie na swych listach wystawiały równą liczbę kobiet i mężczyzn. I nie chodzi tu o to, żeby było w Sejmie 230 mężczyzn i 230 kobiet, tylko żeby na listach wyborczych było po równo. A wyborcy wybiorą.
– Tak jest, chodzi o to, żeby na listach wyborczych był zachowany parytet. Chociaż ja uważam, że powinno być tak, żeby w Sejmie było po 230, a w Senacie po 50. Ze względu na to, że płeć to jedyna cecha nieprzekraczalna, jedyna cecha trwała. I że te obie części społeczeństwa są identyczne pod względem prawnym, natomiast obdarzone są nieco odmiennym spojrzeniem na rzeczywistość, odmiennym wyczuleniem. W ciałach podejmujących decyzje dotyczące wyboru celów i wartości powinno więc być po równo.

– A nie jest to furtka do innych parytetów: ci ze wsi i ci z miasta, wierzący i niewierzący…
– Te podziały zawsze można zmienić. Można wyjść z wiary albo zostać wierzącym. Natomiast podział płci jest nieodwoływalny. To jest podstawowy podział biologiczny, który polega na tym, że wartości, cechy, umiejętności, zainteresowania kobiet nie są lepsze niż mężczyzn – ani odwrotnie – tylko są równie ważne i równie potrzebne. Jeżeli więc kobiety nie są reprezentowane w równy sposób, to te wartości i potrzeby nikną.

– O nich się nie mówi, więc uważa się je za mniej ważne, mało istotne?
– Jestem pewien, że gdyby w polskim parlamencie nie było dwóch, trzech, pięciu kobiet, które chcą udowodnić, jakimi to silnymi mężczyznami one są, tylko połowa kobiet, to te wszystkie hece lustracyjne, hece IPN-owskie, te wszystkie bzdury, na które nie tylko tracimy energię, lecz które powodują, że następuje destrukcja tkanki zaufania i pozytywnych uczuć w społeczeństwie, nie miałyby miejsca.

– Nie idealizuje pan?
– Byłem jedynym mężczyzną współzałożycielem Partii Kobiet. Gdy ją współzakładałem, to udzielałem wypowiedzi, w których mówiłem, że nie będzie wśród pań w Partii Kobiet konfliktów o władzę. Było to naiwne, ponieważ panie bardzo szybko wzięły się za głowy. Więc oczywiście, kobiety, które pójdą do polityki, będą się różniły od innych kobiet większą wojowniczością, chęcią postawienia na swoim. Ale mimo tego – to, o co będą się kłócić, będzie inne! Teraz się kłócą, ile będzie rakiet, kogo zlustrować. A będą się kłócić, czy mają być żłobki, czy mają być przedszkola. Będzie inny ferment.

– Nieprawicowy?
– Dlaczego? Kobiety są tak samo w kruchcie, tak samo w tych wszystkich organizacjach.

Kto zbudował społeczeństwo obywatelskie?

– A skąd się wziął w Polsce ten straszliwy przechył prawicowy?
– Jest parę przyczyn… Alergia na komunizm, potworne błędy, które lewica popełniła… Lewica po 1989 r. poszła w biznes, w przedsięwzięcia finansowe, i tak im zostało. Z kolei – centrum. Po roku 1989 wydawało się, że ten światły, otwarty liberalizm, otwarte europejskie myślenie, znajdzie swoje ujście w instytucjach państwowych, rządowych, w edukacji, w parlamencie itd. Wobec tego ludzie, którzy w to wierzyli – tam poszli. A prawica, która nie miała dostępu do państwa, zaczęła tworzyć instytucje społeczeństwa obywatelskiego, różne wydawnictwa, gazety. Dziś największą polską instytucją społeczeństwa obywatelskiego, cokolwiek by powiedzieć, jest Radio Maryja. Na uniwersytetach, w akademickich instytucjach, gdzie przychodzą młodzi ludzie, oferta uczestnictwa w różnego rodzaju kółkach prawicowo-różańcowych jest sto razy większa niż lewicowo-liberalnych. Prawicowych małych gazetek jest 20-30 więcej niż centrowych.

– Ale małych…
– Bo w centrum jest jedna wielka „Gazeta Wyborcza”… Ale przecież gazetka jest nie tylko po to, że ma nakład i żeby ją czytać, ale żeby w niej pisać. W „Gazecie Wyborczej” może pisać 30 osób, a w 15 małych „Frondach” może pisać 500 osób. Niby nic, ale w 2005 r. byliśmy przerażeni, bo zostaliśmy z ręką w nocniku, bo tamci nam jeszcze państwo zabrali. I już nie mieliśmy nic.

– Jak to nic. A organizacje pozarządowe?
– Społeczeństwo obywatelskie nie może stać na samych organizacjach pozarządowych. To nie to! Z wielkim smutkiem patrzyłem na przepędzenie kupców spod Pałacu Kultury w Warszawie. Owszem, to prawdopodobnie urbanistycznie, historycznie, estetycznie – było potrzebne. Ale że władza wcześniej nie zadbała o to, żeby tym ludziom pomóc, by mieli miejsca pracy… W Polsce nie wciągnięto do społeczeństwa obywatelskiego drobnych kupców, handlarzy. U nas społeczeństwo obywatelskie to niezależny intelektualista, pozarządowiec, inteligent. A tak na świecie nie jest. Tam ludzie zbierają się w różne zrzeszenia, żeby organizować swoje cele życiowe. Gospodarcze, kulturalne, regionalne… A u nas uznaliśmy, że społeczeństwo obywatelskie to jest „Solidarność”. No to jak ludzie „Solidarności” poszli do władzy, natychmiast wszystko to się rozpadło. Bo społeczeństwo obywatelskie nie składa się z wielkiego ruchu, tylko z małych elementów, z małych zrzeszeń, organizacji…

Dlaczego prawo nie (zawsze) jest prawem?

– Piętą achillesową minionego 20-lecia jest wymiar sprawiedliwości, we wszystkich jego segmentach. Sądy, prokuratura, organy ścigania. One nigdy w ciągu tych lat sprawnie nie pracowały…
– Nie wrzucałbym do jednego worka sądów i prokuratorów. Prokuratura zawsze miała polityczne podporządkowanie i była wykorzystywana. A sądy? Do roku 2004, 2005 byłem jednym z nielicznych, można powiedzieć, osobistych wrogów sędziów. Publicznie mówiłem, że sądownictwo w Polsce jest niedouczone, skorumpowane, leniwe. Sędziowie tego nie lubili.
– A czy wszyscy sędziowie są tacy? – pytali mnie. – Nie – odpowiadałem – może dwóch, trzech. – To czemu pan wszystkich oskarża? Stosuje zasadę zbiorowej odpowiedzialności? – No, nie – odpowiadałem. – To nie jest zbiorowa odpowiedzialność. Bo ja nie twierdzę, że za tych dwóch czy trzech wszyscy mają siedzieć. Ja stosuję zasadę zbiorowej opinii. Otóż instytucje zaufania publicznego mają mieć publicznie widoczne, transparentne mechanizmy samooczyszczania się z tych sędziów, którzy są skorumpowani albo leniwi, albo niekompetentni. A tymczasem ani sądownictwo, ani adwokatura (o której straszną mam opinię), ani dziennikarstwo, ani świat polityki nie stworzyły takich instytucji. Wobec tego mają zbiorową zaszarganą opinię. Ale – o dziwo – między 2005 a 2007 r. polskie sądy bardzo dobrze zdały egzamin. W sytuacji nacisku PiS, Ziobry, Wassermanna, nacisku prezydenta, który obrażał sąd i sędziów, sądownictwo polskie bardzo dobrze zdało egzamin.

– Zdało. Ale co ma z tego Kowalski, który nie może doczekać się sprawiedliwości? Bo sprawy ciągną się latami. A na Zachodzie – sądy procedują o niebo szybciej i sprawniej.
– Trzeba by było bardzo szybkiej i dramatycznej zmiany kodeksu postępowania. U nas w bardzo silnym stopniu pokutuje wzorzec postępowania inkwizycyjnego, którego celem jest dojście do prawdy całkowitej i absolutnej. Nie tylko zresztą w prawie płacimy wielką cenę za przeświadczenie, że każda prawda nas wyzwoli. A przecież są prawdy, które zniewalają lub potęgują krzywdę. Nie mówiąc już o szkodach, jakie może wyrządzić dążenie do całkowitej prawdy za każdą cenę. Albo kłótnie o prawdę. Czym starszy jestem, tym bardziej jestem przekonany, że może współistnieć ze sobą kilka prawd, zwłaszcza w odniesieniu do przeszłości. Wracając do prawa, to wszelkie zmiany, które poszłyby w kierunku postępowania kontradyktoryjnego, gdzie celem jest udowodnienie tezy przez prokuraturę albo obalenie jej przez obronę, byłyby ogromną rewolucją. Że wystarczy wyciągnięcie dwóch czy jednego wątku, za który można skazać, a całą resztę można pozostawić na boku. U nas z dumą mówią, że przesłano do sądu kilkaset tomów akt. Ja bym za to pozbawiał premii! Powinny być dwa tomy akt, i to jest sprawa prokuratury, żeby wybrali z tych 40 tomów istotne rzeczy, które są potrzebne do udowodnienia tezy. Ale taka zmiana wymaga woli politycznej i wiedzy. Właśnie przywództwa i mądrych kodyfikatorów.

– Jakiego przywództwa? Takiego jak Piłsudski?
– Nie było to wielkie przywództwo. Przywódcami przed wojną to raczej byli Grabski i Kwiatkowski, ludzie, którzy dokonali wielkich reform. Piłsudski od 1926 r. wszystko niszczył, kilkaset osób zginęło w zamachu majowym, była to zbrodnia i tyle. Okres Polski międzywojennej, zwłaszcza po 1926 r., był okresem wielkiego ograniczenia praw i właściwie bezprawia. Spuśćmy zasłonę na to dziedzictwo.

Parę zdań o karierze i władzy

– Mówi pan o kodeksach, przepisach. A czy nie jest tak, że równie wiele, jeśli nie więcej, zależy po prostu od ludzi? Śledzę przesłuchania w komisji badającej okoliczności śmierci Barbary Blidy. Ci prokuratorzy sprawiają straszne wrażenie. Psy gończe. Na gwizdek.
– A poszedłby pan pracować do prokuratury?

– Nie nadaję się, więc bym nie poszedł…
– A kto się nadaje? Pies gończy. Do różnych zawodów idą ludzie o różnych skłonnościach. Do prokuratury idą psy gończe. To jest takie proste.

– I mogą łgać jak psy? Mamy 20 lat demokracji, a panowie kombinują z podpisami, oszukują komisję, w żywe oczy wmawiają, że wszystko zapomnieli… A przecież nic by im się nie stało, gdyby wtedy zachowali się porządnie. Zna pan historię tajnej sekcji Sądu Apelacyjnego i potem Wojewódzkiego w Warszawie, powołanej w roku 1950. Sędziowie, gdy ich tam przydzielano, po prostu się zwalniali. Nawet w takich czasach nikt ich za to nie gonił.
– Ludziom bardzo trudno przychodzi przekonanie się, że odwaga nie zawsze wiele kosztuje. Po drugie, ludzie patrzą bardzo w górę, ku swym przełożonym, bo chcą awansować i robić karierę. I czasami myślą, że kariery są takie, a nie inne.

– Bardzo pan wyrozumiały…
– Panowie oczekujecie świata idealnego. A ja nie wierzę w taki świat i oczekuję świata, w którym wspólną lub indywidualną działalnością zmniejszamy szkody, które mogą występować. Natomiast nie oczekuję, że w życiu publicznym do głosu będzie dochodzić mądrość, prawda i piękno. Nie mam złudzeń, w życiu publicznym dochodzi do głosu łokieć, przepychanka. A do władzy ciągnie złodziei i psychopatów. A innych władza też zmienia, często promuje miernoty lub ludzi w miernoty zamienia. Tu warto przyjrzeć się przywódcom Polski międzywojennej, a nawet i wojennej. Smutne. Tacy ludzie jak Tadeusz Mazowiecki, który w polityce rósł, należą do absolutnych wyjątków.

Polityka syci się konfliktem

– Pańska opinia jest symptomatyczna – Polacy, pokazują to sondaże, uważają, że sprawy publiczne idą w złym kierunku, a ich sprawy prywatne – w dobrym.
– Dlatego, że życie polityczne dotyczy głównie konfliktu o podział tych zasobów, których ilość jest ograniczona. 100 lat temu przedmiotem zainteresowania polityków nie była woda i powietrze, bo uważali, że są to zasoby nieograniczone, a dzisiaj jest inaczej. Po drugie, politycy zorientowali się, że mogą coraz mniej. Że jest globalizacja, więc państwo straciło kontrolę nad gospodarką, że wzrost zapisów konstytucyjnych spowodował, że polityk mniej może. Zorientowali się, że składać mogą wyborcom obietnice tylko w sferze spraw symbolicznych, ideowych. I konfliktowych – ponieważ polityka syci się konfliktem – czyli takich jak religia, historia, naród, tożsamość.

– Więc przerzucili się na awantury o historię, o religię…
– To jest bezpieczne dla polityków pole konfliktów. Mówi się o fundamentalizmie w islamie. Ale czym innym, jeśli nie fundamentalizmem, jest to, że przez półtora roku życie publiczne największego mocarstwa na świecie ogniskowało się wokół śladów spermy na sukience stażystki prezydenta? W tę stronę poszła polityka. A to dlatego, że jej istotą jest konflikt. Politycy nie mogą wyjść i powiedzieć, że są zgodni. Muszą się spierać. Więc życie publiczne postrzegane jest jako pole kłótni, walki, zagrożenia.

– A prywatne?
– W życiu prywatnym ogromną rolę odgrywają zasoby, które są nieograniczone – takie jak dobroć, czułość, przyjaźń, miłość, życzliwość… Tego jest bardzo dużo. Jeżeli ja panom okażę życzliwość, to życzliwości publicznej nie ubędzie, a nawet jej trochę przybędzie, bo wyjdziecie ode mnie i komuś innemu ją przekażecie. A jak was zbesztam, to wyjdziecie i będziecie szukać kogoś do zmieszania z błotem. To się samo pomnaża. Wartości, które są nieatrakcyjne dla polityki, bo tam się trzeba kłócić, a nie okazywać dobroć, w życiu prywatnym istnieją i są bardzo ważne. Tak naprawdę więcej wokół nas jest dobroci niż zła. W rodzinie, wśród bliskich.

– Mówi pan tak, bo ma pan swoje lata. W „Rehabie” pisał pan o sobie, kiedy był pan młodszy, że był pan egoistą, zachwyconym sobą.
– To prawda. Ale było też we mnie dużo dobroci, tylko że inaczej ją interpretowałem. Dla mnie dobrocią było postawić komuś flaszkę. Przyznacie, nie chodziło tu o walkę. Młodzi mężczyźni też chcą uszczęśliwiać, chociaż często się tego wstydzą.

Kto nie boi się władzy

– Zastanawiał się pan, dlaczego od dwóch lat, po wzięciu władzy przez PO, żadna ze spraw, które bulwersowały opinię publiczną – śmierć Barbary Blidy, afera gruntowa, ewidentne upolitycznienie prokuratury – że to wszystko nie może znaleźć jakiegoś prześwietlenia, uczciwego rozliczenia?
– Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Mogę jedynie powiedzieć, na zasadzie adwokata diabła, że gdyby więcej energii na to poświęcono, to obecne rządy bardziej by przypominały rządy Kaczyńskich, którzy wyłącznie zajmowali się tym, co ktoś złego zrobił, albo mógłby zrobić… A ja nie chciałbym powtórzenia rządów Kaczyńskich, nawet ŕ rebours. W każdym razie mnie się dwa lata względnego spokoju politycznego podobają.

– Był pan jednym z tych, którzy najmocniej protestowali, gdy swe „wdzięki” pokazywała IV Rzeczpospolita. „Fundamentem tożsamości Europy są rządy prawa”, mówił pan. Teraz pan się wycofuje na zasadzie: wiecie, rozumiecie…
– Nie wycofuję. Kiedy jest zagrożenie dla wolności i demokracji, dla pewnych wartości, trzeba i warto walczyć. Natomiast tam, gdzie nie ma bezpośredniego zagrożenia, można z pewnym spokojem patrzeć na to, co się dzieje. Nie jestem zawodowym politykiem, graczem, zajmuję się swoimi rzeczami. Jak przyjdzie następne zagrożenie, przypuszczam, że wrócę na te parę chwil. Ale zagrożeń dzisiaj nie widzę.

– Jest pan takim Cyncynatusem, który w chwili zagrożenia swoje zrobił i wraca do codziennych zajęć?
– Nie jestem Cyncynatusem. Uważałem, że wtedy moim obowiązkiem było krzyczeć, mówić, ponieważ miałem po temu potrzebną wiedzę. Prawdę mówiąc, powiem panom, co miałem – chyba pięć czy dziesięć osób nieustannie zabierało wtedy głos, wśród ludzi pióra. Połowa z tych osób, co jest bardzo znamienne, miała źródła utrzymania poza Polską. Ja, Smolar, Sadurski, jeszcze tam ktoś… Miałem ten komfort! Mogłem sobie pozwolić na odwagę. Naprawdę! Dlatego pełen podziwu jestem dla takich ludzi jak choćby Żakowski, którzy mieli rodzinę, dzieci, a pracowali w Polsce, tu zarabiali pieniądze i którzy też mieli odwagę.

– Taka ta Polska strachliwa jest?
– Nie wiem, czy jest. Ale mogła być. Bo władza to jest straszna siła.

– Może zmusić, nagiąć?
– A nie może? Ustawa lustracyjna była straszliwym dowodem na to, jak ludzie na uczelniach, skądinąd wspaniali, zaczęli pękać. Nie mam o to do nich pretensji. Tak samo nie mam pretensji do tych, którzy coś podpisali. Każdy miał prawo podpisać. Jeżeli kogoś nie wydał, nie kopnął, nie był kapusiem. W mojej wizji moralnej nie ma miejsca dla Maleszki, ale jest miejsce dla Wałęsy w każdej roli. On miał prawo podpisać! Bo głównym obowiązkiem każdego człowieka jest żona i dwoje dzieci. Nakarmienie ich. A dopiero później ojczyzna, państwo, partia, podziemie… I to widzieliśmy – ludzie na uczelniach, dziennikarze mieli prawo nie podpisywać tych lojalek lustracyjnych. A pękali… Jeden po drugim.

– Inni dziennikarze za to byli jak psy gończe.
– Były swołocze, ale byli i porządni dziennikarze, którzy nie byli psami gończymi. I którzy też pękali. Państwo miało władzę, państwo miało pieniądze i państwo mogło. A mnie było stać na to, żeby wołać, że jestem przeciw!

– Podobało się to panu…
– Pamiętam taki jeden dzień, byłem na konferencji o prawach człowieka w Budapeszcie. A wcześniej udzieliłem wywiadu o Paradzie Równości, bo prezydent Warszawy Lech Kaczyński jej zakazał. I mówiłem, że obowiązkiem jest na nią pójść. Więc siedzę na tej konferencji w Budapeszcie, w sobotę po południu, a parada miała być w niedzielę. I jakiś głos z zewnątrz mi mówi: co ty tutaj robisz? Zerwałem się. Pobiegłem zobaczyć, czy jest samolot do Warszawy. Był! Kupiłem bilet, wsiadłem w ten samolot i przyjechałem na paradę. No bo jak – wzywam ludzi, żeby wzięli udział, a sam w Budapeszcie…

Co pan ma do Kaczyńskich?

– Jak pan ocenia pracę Rzecznika Praw Obywatelskich?
– Nie wypowiadam się na temat Rzecznika Praw Obywatelskich. Nie wypowiadam się na temat ludzi i instytucji, na temat których nie mam nic dobrego do powiedzenia.

– O Kaczyńskich pan się wypowiada…
– Jaki jest mój największy zarzut do braci Kaczyńskich? On jest nie o to, że chcieli władzy, nawet nie o to, że chcieli kontroli nad wszystkim, choć to już było niebezpieczne, ale o to, że do swoich celów politycznych, od początku, od założenia Prawa i Sprawiedliwości, rozbudzali i umacniali najbardziej podłe, najbardziej nikczemne instynkty i uczucia międzyludzkie. Zawiści, zazdrości, zemsty, strachu, wrogości, małostkowości. Mnie się to nie podoba. Mnie interesuje to, żeby „anteny” mieć nastawione na to, co jest dobre, a nie na to, co jest źle. Chyba że jest tak źle, że parzy. Wtedy krzyczę. Jeśli więc są takie rzeczy, instytucje, gdzie nie mam nic dobrego do powiedzenia – to milczę. Ani urząd Rzecznika Praw Obywatelskich, ani urząd Prezydenta, sprawowany dzisiaj, nie powoduje dla Polski, czy nawet dla mnie zagrożenia. Tylko są wstydliwe. Wstyd i tyle.

___________________________

Prof. Wiktor Osiatyński – (ur. 6 lutego 1945 r. w Białymstoku) socjolog, prawnik, konstytucjonalista, specjalizujący się w historii doktryn polityczno-prawnych. Wykładał m.in. na uniwersytetach Columbia, Stanford, Harvarda. Profesor Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie. W latach 1990-1997 kierował Centrum Badania Konstytucjonalizmu w Europie Środkowej na uniwersytecie w Chicago. Od 1995 r. członek rady międzynarodowego Instytutu Społeczeństwa Otwartego. Autor ponad 20 książek, m.in. „Zrozumieć świat. Rozmowy z uczonymi amerykańskimi”, Czytelnik 1977, „Zrozumieć świat. Rozmowy z uczonymi radzieckimi”, Czytelnik 1980 (w lutym 2009 r. nakładem Czytelnika ukazał się wybór rozmów z amerykańskimi. radzieckimi i polskimi uczonymi pt. „Zrozumieć świat. Rozmowy z uczonymi 25 lat później”), „Współczesny konserwatyzm i liberalizm amerykański”, PWN 1984, „Poznać świat. Rozmowy o nauce”, Czytelnik 1989, „O zbrodniach i karach”, Media Rodzina 2003, „Rehab”, Iskry 2003, „Rzeczpospolita Obywateli”, Rosner & Wspólnicy 2004.

Wydanie: 37/2009

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy