Polka nie jest Murzynem świata (ale cwaną bizneswoman)

Polka nie jest Murzynem świata (ale cwaną bizneswoman)

Jeśli jest jakaś rzeczywista wojna żeńsko-męska, to między kobietami świadomymi męskiej władzy – a tą władzą

„Zaczęło się niewinnie od tańca z Murzynem. (…) P. mnie ostrzegał, że skończę z nożem w plecach: (…) nie mów mi potem, że cię nie ostrzegałem, skończysz w kawałkach rozrzucona nad Wisłą (…). Murzyn mieszkał w akademiku, był studentem, miał 28 lat, (…) ludzie, on naprawdę miał chuja do kolan (…) prezerwatywa XXL. (…) Przez cały dzień czułam się zakochana. Wyobrażałam sobie, jak jedziemy do jego rodziców do jakiejś kameruńskiej wioski, jak obdarowuję ich kolorowymi koralikami, mając nadzieję, (…) że nie okażą się kanibalami”.
No i co? Czy kobieta, która jest Murzynem świata, tak robi Murzynowi z Kamerunu? A czemu przyjaciel owej kobiety, gej P., też kojarzy Afrykańczyka z nożem i poćwiartowanym ciałem? Uważają, że nie starczy polskich bandziorów?

Folkfeminizm, czyli kobitki są lepsze

Przyjemnie było czytać „Wojnę żeńsko-męską i przeciwko światu” Hanny Samson, bo jest to rzecz zabawna. Ale niestety, nadal nie mamy polskiego odpowiednika Eriki Jong, ponieważ nie ma popularnej pisarki, która pisząc z perspektywy kobiety, miałaby przy tym feministyczną świadomość. A co mam na myśli, objaśnię.
Bohaterka książki Hanny Samson, kobieta w wieku średnim, zaniedbana, bez pracy i bez pieniędzy, ma jedynie wielki talent do seksu. I ten talent przyniósł jej sukces i pieniądze. Wokół czego kręci się w znacznym stopniu nasza rzeczywistość? – spytała siebie owa pani. Wokół dosłownie i symbolicznie rozumianego penisa, zwanego familiarnie fiutem. Zatem do penisa przystąp, rzekła sobie owa pani i przystąpiła – medialnie, zarobkowo, gwiazdorsko – na podstawie kształtu i cech organu opisując osobowość właściciela lub odwrotnie, z cech charakteru – kształt.
Sam pomysł i często wykonanie są naprawdę zabawne i dobre na polską pruderię. Jednocześnie książka Hanny Samson jakoś tej pruderii dotyka – i nie dotyka, bo nie ma mocy, by sięgnąć polskiej rzeczywistości. Toczy się, podobnie jak książki Grocholi, w sztucznych realiach. Nigdzie, czyli w Polsce. Podobno autorka gra czy bawi się stereotypami – ale po czym mam poznać grę stereotypami, skoro poza nimi nie ma w książce niczego innego? Więc gra nimi – czy ich używa? Gdyby nimi grała, to oprócz studenta z Kamerunu, co ma „do kolan”, pojawiłby się jeszcze inny, np. z Senegalu, co ma przeciętnie, którego rodzice są lekarzami lub nauczycielami i tylko unieśliby brwi nad buraczanym pomysłem, żeby do nich wyjeżdżać z koralikami. Ale ponieważ nie ma tej drugiej postaci – to nie ma też żadnej gry. A dlaczego zabawnej pop-literatury nie mamy rozliczać z tego, jakie jest jej przesłanie? Czy w zabawnej książce rasizm nie jest rasizmem, a seksizm nie jest seksizmem? Powinnam założyć może, że kontrapunktem tych poglądów bohaterki jest świadomość czytelników. Ale nie założę. Nie w Polsce. W tutejszych głowach panują wszelkie uprzedzenia, w tym rasizm, seksizm i homofobia. Gdyby to była książka dla krytycznie nastawionych liberalnych intelektualistów, to może bym zaufała czytelnikowi. Ale to jest pop-książka dla pop-odbiorców o takiejże świadomości, jaką dysponuje jej bohaterka – i to w najlepszym razie!

Śmiejemy się z fiuta, ale nie z fallusa

Folkfeminizm jest w gruncie rzeczy zaprzeczeniem feminizmu. To te treści, które dodają wartości kobietom kosztem mężczyzn. W folkfeminizmie narzekamy i śmiejemy się z facetów, ale tak naprawdę nie czepiamy się ich realnej patriarchalnej władzy. Bohaterką folkfeministycznej opowieści jest często – jak u Grocholi – kobieta „emancypowana” – czyli przystosowana do świata mężczyzn i patriarchatu. Tak jak bohaterka Hanny Samson robi np. interes na powszechnej męskiej fiksacji na męskim organie, podnosząc ją do rangi groteskowego show. Bohaterka wie, że to groteska, ale widzowie i pacjenci jej programów i jej Kliniki Prącia – nie. Zatem bohaterka utrwala szkodliwą dla kobiet fiksację, z wielkim dla siebie finansowym pożytkiem. Podobnie jak jej poglądy utrwalają najmarniejsze stereotypy. Rasistowskie, seksistowskie i nawet homofobiczne. Nie twierdzę, że takie są poglądy samej autorki, ale myślę, że puszczając je na żywioł, popełniła błąd. Spójrzmy, jakie tu wszystko jest wręcz automatyczne: nie ma jednego fajnego faceta, a gdy jeden się pojawia, to okazuje się kobietą. A znów kiedy bohaterka lata objedzona testosteronem i zamienia się w napalonego faceta (to bardzo śmieszny fragment), to jednak wolałabym, żeby zostało mi uprzystępnione, którzy to faceci tak latają jak dzicy, bo jednak nie wszyscy i nie zawsze, chyba że zgadzamy się z tezami zwulgaryzowanej socjobiologii. Ale ja się nie zgadzam i mam je za fałsz. W przypadku przyjaciela narratorki, geja P., zostaje podkreślone to, jak trudno wejść mu w stały związek (ale jej samej trudniej!), a oprócz tego dowiadujemy się, jakoś mimochodem, że jest on „bierny”, czyli „daje sobie wkładać”, a sam nie wkłada. Czyżby homofobia maleńka taka? Bo to chyba kolejny stereotyp, kolejny Murzyn z „do kolan”, znów paciorki dla kanibali.
Narratorka śmieje się z tych facetów (czyli fiutów), którzy są oswojeni, domowi; to mężowie, sąsiedzi, kochankowie; śmieje się z tego męskiego utożsamiania własnej wartości z męskością, a męskości z cechami organu płciowego, robi z tego groteskę – no bo faktycznie, to jest groteskowa cecha naszej kultury! Można jednak pójść krok dalej i pokazać, że ta fiksacja, ta obsesja kultury bierze się nie z urojenia, ale z faktu realnej i symbolicznej władzy, jaką posiada fallus, ze znaczenia siły i władzy patriarchatu. (A już nie wspomnieć o tym w dzisiejszej Polsce – to aż razi). Fiut a fallus – to nie to samo. Ten pierwszy to taki sympatyczny brat łata. Ten drugi to przynajmniej Torquemada, a dziś u nas Marek Jurek, Łopuszański, Wierzejski, partie, Kościoły, organizacje. To ta władza, która występuje w sutannie, w mundurze, w lekarskim kitlu (no, poproś go o badania prenatalne, kiedy on chce, żebyś urodziła i miała takie życie, jakie on uznaje za odpowiednie dla kobiety!), w todze sędziego. To bezkarność niejednego gwałciciela, kimkolwiek by był. Jeśli jest jakaś rzeczywista wojna żeńsko-męska, to między kobietami świadomymi tej władzy – a tą władzą. Reszta to drobne potyczki, zabawy i dzielenie tych samych w istocie uprzedzeń i schematów.
Dla mnie więc ta książka jest jak taki rodzaj cukierka, który dopóki się go je, daje słodki i rozweselający smak. Ale potem, niektórym przynajmniej, jest jakoś gorzko.

Autorka jest filozofką, poetką i pisarką (używa literackiego nazwiska Keff), feministką. Prowadzi na tzw. Gender Studies na UW, w Collegium Civitas i na innych uczelniach zajęcia dotyczące mediów, dyskursu publicznego, literatury i filmu

 

 

Wydanie: 43/2005

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy