Półmetek „Dzienników” Rakowskiego

Półmetek „Dzienników” Rakowskiego

Epoka, do której odnosi się 5. tom zapisków, to apogeum, a następnie początek zmierzchu rządów zwanych dekadą Gierka

Ukazał się właśnie 5. tom „Dzienników politycznych” Mieczysława F. Rakowskiego obejmujący lata 1972-1975. W ten sposób to ogromne i bardzo cenne zamierzenie edytorskie minęło półmetek. Metą będzie rok 1989. Otrzymujemy starannie wydany, autentyczny materiał, który staje się jednym z podstawowych źródeł polskiej historii najnowszej, jakkolwiek lekceważąco i nonszalancko wyrażaliby się o nim uzurpujący sobie prawo wydawania wyroków i udzielania rozgrzeszeń dziennikarze nawet najbardziej wpływowych pism w rodzaju „Gazety Wyborczej”.
Dystans dzielący nas od zapisywanych w „Dziennikach” wydarzeń i przemyśleń skraca się wyraźnie. Przy tomie pierwszym – a swe notatki zaczął Rakowski w roku 1958, wraz z objęciem kierownictwa najważniejszego w ostatnim półwieczu tygodnika „Polityka”, któremu nadawał kształt przez następnych 30 lat – dystans ten przekraczał lat 40. Dziś od czasu zapisków dzieli nas mniej niż 30 lat, czyli równo jedno pokolenie.
To bardzo istotne, bowiem dzisiejsi liderzy polityczni coraz częściej będą się przeglądać w „Dziennikach” jak w lustrze (ale nie jak w lustracyjnej teczce). Epoka, do której odnosi się tom 5., to apogeum, a następnie początek zmierzchu rządów zwanych dekadą Gierka. Kazimierz Koźniewski, nestor ekipy publicystów „Polityki”, bystrze zauważył w jednym z sierpniowych numerów „Aneksu”, że Rakowski wydaje się wobec ekipy Gierkowskiej bardziej krytyczny niż wobec samego Gomułki, choć przecież liczyła się ona z „Polityką” i Rakowskim bardziej niż obalony w grudniu 1970 r. wielki samotnik autokrata. To prawda. Nikt z ekipy kierowniczej lat 70. nie mógł już myśleć o zlikwidowaniu „Polityki”, tak jak Gomułka zrobił z „Po prostu”. W dodatku czasy Gierka są dzisiaj w opinii ludowej epoką najlepszą w powojennej historii.

Dekadą wielkiego postępu

w powszechnych warunkach życia materialnego i możliwościach awansu, czasem ostatnich sukcesów egalitaryzmu. W „Dziennikach” czuje się wyraźnie zmagania owej epoki, postęp i zahamowania, próby i niekonsekwencje, sprzeczności procesu przesuwania Polski ku nowoczesności i Zachodowi. Procesu, któremu Gierek i jego ludzie nadali przyspieszenie, ale który nie mógłby się dokonać bez październikowego przełomu ’56 i bez zawartego przez Gomułkę historycznego porozumienia z Brandtem i Niemcami w grudniu 1970 r.
Ale Rakowski, którego rozwój osobisty jako człowieka myśli i coraz bardziej doświadczonego polityka jest w „Dziennikach” widoczny jak na dłoni, wciąż ocenia postacie życia publicznego i ich działania według wartości ideowych i moralnych, a więc mówiąc niemodnie, domaga się od nich służby społeczeństwu i człowiekowi, jego wolności i rozwojowi, budowaniu wspólnoty obywateli i podstaw sprawiedliwości społecznej. W tym świetle Gomułka okazuje się człowiekiem wielkich, choć kostniejących i degenerujących się idei i wielkiej determinacji patriotycznej. Ideowo ekipa Gomułki obsunęła się do marcowego dna. A ekipa Gierka w nim powstała, choć niejeden spośród jej adherentów zrobił bardzo dużo, żeby z niego wyjść i Polskę z niego wyciągnąć. To przecież działacze z pokolenia ZMP – Barcikowski, Tejchma czy spośród starszych sfinksowaty Jaruzelski (później dźwigający Rakowskiego w górę władzy, żeby po chwili odesłać go do przechowalni narzędzi politycznych) – doprowadzili Polskę w następnej dekadzie do Okrągłego Stołu i suwerenności, co Gorbaczow umożliwił w nie mniejszym stopniu niż Reagan i Bush (naturalnie senior). A społeczeństwo obywatelskie nie było nigdzie wynalazkiem i ideą prawicy.
Ale to będzie zapewne treścią dalszych tomów „Dzienników”, które pojawią się wkrótce. Nikt z biorących poważny udział w dzisiejszej dyskusji o niedawnych dziesięcioleciach nie będzie ich mógł pominąć, tak jak już teraz nie może ich nie docenić żaden przyzwoity historyk epoki. A ci nieprzyzwoici będą nadal

w zdenerwowaniu przerzucać kartki

„Dzienników”, czy nie znajdzie się tam notatka o tym, co bardzo chcieliby przemilczeć w życiorysach własnych i swego środowiska.
Zapiski Rakowskiego, nadal egocentryczne – i to jest także wartość ich autentyzmu – opisują świat widziany tylko oczami autora, choć bardzo poszerzonymi przez spojrzenie znakomitego zespołu współpracowników „Polityki” i licznych przyjaciół (nie zawsze do końca wiernych, ale takie są przyjaźnie nie tylko polityków). Czyli środowiska myślącej i twórczej Warszawy – całe szczęście, nie tylko dziennikarskiej. W zespole tym zachodzi coraz wyraźniej proces podziału na tych, którzy chcą zmieniać – i to głęboko – system, stojąc jednak na gruncie jego legalizmu, i tych, którzy przechodzą na pozycje jego przeciwników. Rakowski, oczywiście, nie sprzyja temu procesowi, wierząc, że Polska Ludowa jest reformowalna, a jej socjalistyczna, plebejska esencja jest wartością, której nie wolno porzucić. To mu zresztą zostało do dzisiaj, kiedy (w roli starego zrzędy, a powinna to być rola guru i mentora) przypomina swoim wychowankom politycznym, ludziom ze współczesnych szczytów władzy, o świecie lewicowych wartości i o beznadziei dojutrkowstwa, zwanego eufemistycznie pragmatyzmem.
W 5. tomie „Dzienników” możemy także przeczytać, a raczej znaleźć, nieco materiałów do domysłów na temat życia osobistego ich autora. Umacniamy się w przekonaniu o jego dobrym guście i sile przyciągania.
Nie wiem, czy w następnych tomach autor wyjdzie poza pewne granice środowiskowe, przede wszystkim poza Warszawę. Kiedy pisze swoje uwagi o wielkiej polityce, tych zawężeń się nie czuje, kiedy przechodzi do świata kultury, widać je wyraźnie. Tej wielkiej polityki jest w „Dziennikach” bardzo dużo, i to widzianej nie tylko oczami uznanego w świecie dziennikarza, lecz i rosnącego w znaczenie polityka, członka kierowniczych gremiów, o którego opinię zabiega i Gierek, i premier Jaroszewicz i z którym

liczyć się muszą dworscy intryganci.

Ci najchętniej utopiliby Rakowskiego w łyżce wody. Choć, tak jak w tomach poprzednich, Rakowski – niesłychanie krytyczny i demaskatorski wobec politycznych kierowników organów przemocy: Moczara, Szlachcica i innych pomniejszych – nie ma świadomości wszystkich zagrożeń, które z tej strony dotyczyły nie tylko jego osobiście. Myślę przede wszystkim o specjalnych departamentach Służby Bezpieczeństwa, używanych do zastraszania środowisk inteligenckich i usiłujących – często we współpracy i pod naciskiem analogicznych służb Wielkiego Brata – prowadzić politykę bezprawia i narzucania obcego interesu.
Może zresztą dlatego Rakowski nie czuje paraliżującego strachu, tak jak wielu jemu podobnych w partii, tworzących nurt przemian ku demokracji, wolności, prawom człowieka i społeczeństwu obywateli. Nie był to bowiem nigdy monopol ani antyustrojowej opozycji, ani tym bardziej tych, którzy dziś dopisują sobie opozycyjne biografie i cnoty.

Mieczysław F. Rakowski Dzienniki polityczne tom 5., Iskry, Warszawa 2002, s. 399

 

Wydanie: 40/2002

Kategorie: Historia
Tagi: Andrzej Kurz

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy