Polska pod kloszem

Polska pod kloszem

Solura, szwajcarskie miasteczko, na straży którego stoją stare bramy. Jest tu 11 barokowych fontann, na wzniesieniu wielka, biała katedra, z której jak wielki, biały potok spływają schody na centralną uliczkę. Dom, w którym spędził ostatnie lata życia Tadeusz Kościuszko. Małe muzeum mu poświęcone. Zmarł tu w 1817 r. Zawsze mnie interesowała niechęć Kościuszki do Napoleona, który chciał z niego zrobić sojusznika w polskiej sprawie. Naczelnik jednak uważał, że Napoleon traktuje Polskę instrumentalnie. Piękny człowiek. Pod koniec życia pisał do Jeffersona: „Upraszam pana, aby w razie, gdybym zmarł bez testamentu, wykupił pan z mych pieniędzy i wyzwolił tylu Murzynów, by pozostała suma wystarczyła na ich edukację i utrzymanie”.


Wysoko w Alpach kilka dni w domku nad urwiskiem, chmury pod nami, szczyty gór w płatach śniegu, dwa lodowce błyszczą w słońcu. Ale nawet tu dobiegają mnie z Polski odgłosy zarzynanej demokracji.


Turecki dyktator Erdoğan oświadczył: „W nowej erze Turcja rozwinie się na każdym polu: demokracji, podstawowych praw i wolności, gospodarki i wielkich inwestycji”. To samo mówi prezes o Polsce. Wszyscy dyktatorzy są do siebie bliźniaczo podobni. I ta sama walka o stworzenie nowego człowieka. Erdoğan chce wymodelować nowego Turka, Kaczyński nowego Polaka. Nieudany zamach stanu okazał się dla Erdoğana, jak sam mówi, „darem od Boga”. Jak dla Kaczyńskiego, mimo osobistego nieszczęścia, katastrofa tupolewa.


Dzienników Andrzeja Łapickiego pewnie bym nie przeczytał, gdyby nie leżały na stole u mojej szwajcarskiej gospodyni. I to byłby błąd. Obejmują lata 1984-2005. Znałem Łapickiego, ale tylko na uścisk dłoni, lepiej jego córkę Zuzannę, o której dużo i serdecznie pisze w dzienniku. Narcyzm Łapickiego, próżność, wszystko jednak w normie, bo to przecież artysta pracujący w narcystycznym zawodzie, którego nie znosi. Kocha i nie znosi. Ma wszystko: talent, urodę, sukcesy, zdrowie, dobre małżeństwo. A jednak źle mu na świecie. Niewygodnie mu w sobie. Jego cierpienia to cierpienia boga na Olimpie. A tam nie mniej cierpienia niż na dole. Na dodatek nosi wielki, bolesny garb. Był lektorem kronik filmowych w czasach stalinowskich, co złośliwi mu wypominają. Pokazywane są te kroniki w telewizji – wtedy okrutnie cierpi. Bywa bardzo złośliwy wobec ludzi, którzy byli pewni, że ich lubi bezkrytycznie. Ale to bardzo ludzkie, to tylko dowód, że ten dziennik jest szczery.

Dziennikom dobrze robi autoironia. „Już chyba nie powinienem grać, bo to jakiś wstyd. Całe życie miałem uczucie wygłupiania się, ale teraz to się niebezpiecznie wzmogło”. Jak żałosny jest człowiek, który nie potrafi zakpić z siebie, choćby troszeczkę. Drażni mnie religijność aktora, cudowne nawrócenie na starość i zachwyt polskim Kościołem (pod koniec życia mu to jednak przejdzie). A przecież nienawidził polskiej prawicy. Po dojściu do władzy SLD i wygranej Aleksandra Kwaśniewskiego rozpacza, pisze, że to kolejny rozbiór, katastrofa. Czy nie myślałem wtedy podobnie? Chyba jednak nie. Ale muszę zajrzeć do swoich dzienników, po latach z dawnych emocji ucieka powietrze, robią się płaskie i bezbarwne. W roku 1994 dzieli z polską inteligencją wielką niechęć do Wałęsy: „Sojuszników ma obrzydliwych. Prawica”. Ci sojusznicy to Kaczyńscy. Tak, oni walczyli wtedy o Wałęsę przeciw znienawidzonym liberałom. Pisze: „Kaczyńscy bardzo prężni, no i bez czci i wiary. (…) Polska małości, zawiści, ksenofobii i parafiańszczyzny. Taka jest przyszłość”. „Tadzio Konwicki wymyślił, żeby Polskę przykryć kloszem, z boku zbudować trybuny i ludzie by się zjeżdżali z całego świata, i oglądali, jak się rządzimy. A z biletów byśmy żyli”. „Kraj nie do wytrzymania. Naród głupi. Nieszczęsny. Bardzo czarno wszystko widzę. Gdybym był młody, tobym wyjechał”. I tak co chwila: „Straszny, ciemny kraj. Mam najwyższe obrzydzenie do takiej Polski, jaką nam proponuje Wałęsa z całą kliką”. Zapomnieliśmy, jaki koszmarny i bez klasy był wtedy Wałęsa. Jesteśmy teraz po jednej stronie barykady, więc pełna amnestia. Łapicki pisze: „Nic już z tej Polski nie będzie – kraj nierządny, naród niezgodny. Teraz bardzo dobrze rozumiem rozbiory”.

Co by Łapicki powiedział teraz? Pewnie powtórzyłby własne słowa: „Po co było to całe zamieszanie, wolność, niepodległość, nikomu to niepotrzebne. Naród kundli”. Te dzienniki to ostatnia rola Łapickiego. Kto wie, czy nie jedna z lepszych.

Wydanie: 31/2018

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy