Polski macho

Polski macho

Wpadki i przypadki politycznych amantów

Obecna afera rozporkowo-polityczna nie jest ani pierwszą, ani ostatnią w naszym życiu publicznym. Było ich wiele. Nigdy jednak dotychczas w tak czystej, brutalnej postaci nie został pokazany handel „praca za seks”. Najważniejsze pytanie, jakie się pojawia, brzmi: dlaczego? Dlaczego mężczyźni z pierwszych stron gazet za nic mieli, mówiąc nieco górnolotnie, służbę publiczną oraz ślubowanie i dopuszczali się takich zachowań, dlaczego tak łatwo godziły się na to młode kobiety?
– Nie ma żadnego uzasadnienia pogląd, że jeśli ktoś ma jądra i penis, to może drugą osobę wykorzystywać seksualnie. Pracuję z ofiarami i ze sprawcami. Syndrom sprawcy to traktowanie drugiej strony instrumentalnie. To typowe dla społeczeństw patriarchalnych, gdzie mężczyzna uważany jest za właściciela kobiety, mogącego rozporządzać jej ciałem, jej osobą. Oni uważają się za właścicieli ciała kobiet, to klasyczny przejaw androcentryzmu. Ale instrumentalne traktowanie kobiet nie ma nic wspólnego z męskością – twierdzi prof. Maria Beisert, psycholog, seksuolog i prawnik.

Szansa dla prymitywów
– Władza i pieniądze to dla mężczyzn afrodyzjak. Wszystko, co mężczyźni robią, ma podnieść ich cenę na rynku seksualnym. Gdy zdobędą jakąś władzę, są bogatsi, to wydaje im się, że wystarczy tylko wyciągnąć rękę i kobiety będą ich – twierdzi dr Zbigniew Liber, seksuolog i ginekolog.
Dr Liber wskazuje, że obiektywnie nie są to panowie zbyt atrakcyjni i wiadomo, że w innych układach dużo młodsze kobiety nigdy by się nimi nie zainteresowały. Stosują więc rodzaj wymuszania: – Im mniej rozgarnięci i inteligentni, tym chętniej uciekają się do wykorzystywania układów, zależności. Nie zdarzyło się, by ten, który ma lepszą pozycję społeczną i władzę, nie mógł też łatwiej sięgać po młode kobiety.
Nie sięgaliby po nie tylko wtedy, gdyby żyli w związku absolutnie satysfakcjonującym, co jednak rzadko się zdarza.
– Ci „rozbuchani” mężczyźni mają niewielkie doświadczenie seksualne, te ich biedne żony też. Jakaż jest jakość ich życia erotycznego, co oni wiedzą, jakich zachowań zostali nauczeni? – pyta Zbigniew Liber. Uważają więc, że im więcej będą mieli dziewcząt, tym więcej przeżyją ciekawych doznań. Do agencji nie chodzą, bo tam trzeba płacić, a poza tym, do agencji może iść każdy i każdy może mieć ich poprzednią partnerkę.

Czy facet musi?
Czy rzeczywiście mężczyzna musi sięgać po wiele kobiet? Prof. Maria Beisert twierdzi, że w każdym społeczeństwie istnieje grupa ludzi z tendencją do wykorzystywania swojej przewagi, poprawiania samooceny, żerowania na tym, że inna osoba jest w gorszej sytuacji. – Ci mężczyźni robią z kobiet swoje ofiary, wykorzystując fakt, że znajdują się one w potrzebie. Bardzo smutne są tu komentarze polityków, także kobiet, które deprecjonują ofiary, utrwalając istnienie społeczeństwa androcentrycznego.
A dlaczego kobiety godzą się na wymuszanie seksu? Zdaniem prof. Beisert, to nie jest związane z kobiecością czy męskością.
– Niezależnie od płci są ludzie, którzy np. wolą umrzeć, niż ukraść i nigdy nie zgodzą się na taki układ zależności. Osoby, które na to się godzą, nie traktują swego ciała zbyt wysoko w hierarchii wartości. Jeśli uważamy je za mniej ważny element, godzimy się, by naruszeniem nietykalności ciała płacić za inne wartości. Dylemat: nietykalność ciała czy zaspokojenie różnych potrzeb rozstrzygamy na niekorzyść ciała. Kobiety, które za użyczenie swego ciała przyjmują określone korzyści, oddzielają ciało od reszty osoby. Traktują swe ciało instrumentalnie, użyczają je tak, jakby pożyczały komuś torebkę – mówi Maria Beisert.

Na każdym szczeblu
Prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog i pedagog, wskazuje, że takie sprawy w Polsce zdarzają się od góry do dołu, od najważniejszych polityków do poziomu gmin. Zwłaszcza że wielu naszych obecnych „mężów stanu” to właśnie co najwyżej działacze gminnego szczebla, którzy w wyniku pseudoawansu społecznego zaszli za wysoko.
– To także kwestia bardzo niskiej kultury politycznej i słabego wykształcenia. Ci ludzie niewiele wiedzą i niewiele umieją. Naszym pożal się Boże „elitom” brakuje edukacji, wiedzy o tym, co wolno, a czego nie. Biologiczne uwarunkowanie powoduje, że mężczyzna jest z natury poligamiczny. Ale istnieje też socjalizacja zachowań seksualnych, mężczyźni na świeczniku powinni hamować swe zachowania, zamiast uważać, że na wszystko mogą sobie pozwolić – mówi prof. Izdebski. Jego zdaniem, niewykluczone jednak, że najnowsza afera jest w pewnym stopniu manipulowana.
Ale przede wszystkim stanowi ona triumf kobiecości. Jeszcze kilka lat temu podobne rewelacje zostałyby wyśmiane. Teraz, niezależnie od tego, dlaczego Aneta Krawczyk akurat mówi to, co mówi i ile prawdy jest w jej słowach, takich oskarżeń nikt nie śmie traktować niepoważnie.
Niektórych „bohaterów” działań rozporkowo-politycznych prezentujemy na naszych łamach. Łatwo zauważyć, że raczej nie są to amanci w rodzaju Rudolfa Valentino, Cary’ego Granta czy Antonia Banderasa. Ich zalety intelektualne dość często odpowiadają wyglądowi i nieraz wypada wydać okrzyk zgrozy: Mój Boże, to są właśnie nasi reprezentanci, takich ludzi wybraliśmy, chyba coś nas opętało, zgłupieliśmy!

Jan Bestry, wujek samo dobro
To człowiek, który wie, czego paniom potrzeba najbardziej. Gdy więc przyszły reprezentant narodu pracujący jeszcze jako konduktor w pociągu nalał po buzi kobietę, uczynił to w zasadzie dla jej dobra, by rozładować atmosferę, która to atmosfera, jak przypominał Bestry, była wówczas na kolei bardzo napięta, ponieważ działo się to w ponurej nocy stanu wojennego. Policzki wymierzane przez Bestrego miały tę noc rozjaśnić. „Zdarzyła się wówczas również sytuacja, w której kobieta została przeze mnie uderzona”, tłumaczył z wysiłkiem Bestry, zaprzeczając jednak, by uczynił to w trakcie gwałcenia pasażerki. Półtora roku z zawieszeniem dostał więc wtedy nie za próbę gwałtu, ale jedynie za „spowodowanie naruszenia czynności narządów ciała”.
Co do molestowania dziewczynek, którego Bestry miał się dopuścić jako nauczyciel zajęć technicznych w szkole podstawowej im. Króla Maciusia I i wychowawca kolonijny („Organizował dodatkowe lekcje, tylko dla dziewcząt. Posadził mnie na kolanach, masował ręką po udzie i całował w usta (…). Pytał, czy mamy zdjęte majteczki do snu. Podnosił kołdrę i przez koszule nocne masował ciało, sprawdzając, czy na pewno nie mamy majtek”, wspominają na łamach „Super Expressu” ówczesne uczennice), to poseł twierdzi, iż źle odebrano jego opiekuńcze intencje, wyrażające się w tym, że dziewczynki sadzał na kolanach, patrzył im prosto w oczy, przytulał i całował. Taki wujek samo dobro. „Kiedyś stosunki między uczniem a nauczycielem wyglądały inaczej niż obecnie. Przytuliło się dziecko, posadziło na kolanach, pogłaskało. A dziś w szkołach tylko przemoc, przemoc, przemoc”, wspomina.
W towarzystwie żony poseł tzw. Ruchu Ludowo-Narodowego, oświadczył, że wprawdzie miewał romanse, ale nigdy z dziećmi, które tylko głaskał. Ze szkoły został zaś wyrzucony niesłusznie, w wyniku konfliktu emocjonalnego, jaki zaistniał między nim a dyrektorką szkoły, z którą łączyły go „osobiste stosunki” – elegancko stwierdził poseł. No cóż, w te stosunki trudno uwierzyć. W każdym razie wymagałyby one sporo samozaparcia ze strony damy.

Ludwik Dorn, rewolucyjny moralista
Wiecepremier, minister spraw wewnętrznych, poseł PiS, z powodzeniem łączy prawicową działalność polityczną i surowość (wobec innych) w służbie państwowej z rewolucyjnym wręcz luzem obyczajowym na niwie prywatnej. Wicepremier miał dotychczas dwie żony, niedawno pojął trzecią, dużo młodszą od siebie, którą poznał, gdy poprawiała jego wizerunek przed wejściem na antenę telewizyjną. Być może w drodze jest też czwarte już dziecko wicepremiera. Marsowa mina i surowy wygląd w połączeniu z władzą nad całym aparatem przymusu mocno działają na kobiety. Nieoficjalnie wiadomo, że bracia Kaczyńscy rozpatrywali przed Kazimierzem Marcinkiewiczem kandydaturę Dorna na premiera, ale przeszkodziło w tym jego „nieuregulowane życie osobiste”. Sam Marcinkiewicz stwierdził zaś:
– Mam nadzieję, że Ludwik Dorn ułoży swoje życie osobiste, ale nie widzę powodu, żebym miał w nie wkraczać.
To ułożenie życia nie nastąpi zapewne szybko, gdyż znajomi Dorna twierdzą, iż bardzo często przeżywa on stany zauroczenia płcią piękną. – Sercowe zawirowania jakoś nie przeszkadzają mu w moralizowaniu – mówi senator PO, Stefan Niesiołowski. Ba! Nawet pomagają! Któż łatwiej trafi do serc i ciał kobiet niż smutny, mocny mężczyzna opowiadający o moralności i uczuciach. W dodatku wicepremier uchodzi za człowieka niegardzącego przywilejami płynącymi z władzy, czego przykłady wcześniej już dawał i co stanowi dodatkową zachętę dla pań. Gdy za granicą zwichnął nogę na rolkach, posłano po niego sejmową limuzynę z dwoma kierowcami. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, bo wprawdzie rozmaici przywódcy rewolucyjni często stroją się w szaty ludzi nadzwyczaj skromnych, ale ich ministrowie spraw wewnętrznych z reguły są sybarytami.

Bogdan Golik, nadzieja europejskiego parlamentaryzmu
Polska rzadko bywa w czymś pierwsza, ale tym razem Bogdan Golik, weterynarz i były działacz Samoobrony, może przejść do historii i stać się pierwszym europarlamentarzystą skazanym za gwałt na prostytutce. A nadzieje na to epokowe osiągnięcie są duże, bo poseł nie ma już immunitetu i trwa postępowanie przygotowawcze. „Wszystko działo się normalnie, aż zdjął prezerwatywę i mnie zgwałcił. Krzyczałam, żeby przestał, ale nie mógł nad sobą zapanować”, opowiadała prostytutka, dodając, że doznała tak olbrzymiego szoku spowodowanego nietypowym zachowaniem, że z brukselskiego mieszkania europosła zapomniała zabrać swoją bluzkę, a w dodatku nawet nie zainkasowała należności na usługę.
W obronie Golika wystąpiła posłanka Renata Beger, partyjna specjalistka od seksu i prostytucji. „Towarem była prostytutka. Ten towar jest określony, jak wygląda i czy to ma być taka miłość, czy taka miłość. Jeżeli się chcą zabezpieczyć, mówią o tym w chwili zamawiania, a nie w momencie, kiedy już mężczyzna ma ją posiąść”, stwierdziła, uznając, iż prostytutka nie powinna mieć żadnych pretensji do Golika za to, że współżył z nią bez prezerwatywy.
Europoseł Golik, który z prostytutką spotkał się zapewne po to, by ukoić tęsknotę za narzeczoną (właśnie mieli brać ślub), stopniowo modyfikował swe wyznania. Najpierw twierdził, że w ogóle nie wie, o co chodzi, że to jakaś pomyłka, bo tego dnia nie spotykał się z żadną kobietą i nie wie, jakim cudem w posiadaniu prostytutki znalazł się jego telefon komórkowy; później okazało się, że może i się spotkał, ale niczego nie zdejmował, a jeśli nawet coś zostało zdjęte, to na pewno nie było żadnego gwałtu. O bliższe ustalenia trudno, bo poseł unika mediów, a jego obecność w europarlamencie zaznacza się głównie w podpisywaniu listy obecności, bez czego przepadłyby mu eurodiety.

Stanisław Łyżwiński, oblech
Nie chcemy urazić Pana Posła, ale nie da się ukryć, że właśnie to słowo, określające wśród młodszej części społeczeństwa osobnika mocno dojrzałego i ogromnie zainteresowanego młodymi kobietami, ale nieposiadającego walorów ani wewnętrznych, ani zewnętrznych przydatnych do nawiązania z nimi relacji intymnych, używane jest często, gdy oblicze Pana Posła pojawia się w mediach. Wicelider Samoobrony doskonale zresztą zdawał sobie sprawę, że z wyglądem jak z książki Lombrosa „Człowiek-zbrodniarz wobec antropologii” oraz z niewielkimi przymiotami ducha i intelektu marne miał szanse na zdobycie względów atrakcyjnych pań, a agencje towarzyskie kosztują i co gorsza, płacić trzeba z własnej kieszeni. Wygląda więc na to, że wymyślił, jak płacić za prywatny seks z publicznych pieniędzy. Młoda dziewczyna dostawała zatem pracę w poselskich biurach posła Łyżwińskiego, opłacanych z naszych podatków, a w zamian za to musiała być stale w pełnej gotowości seksualnej. A jak ciąża – to do weterynarza, by zrobił zwierzęcy zastrzyk na wywołanie poronienia. Trudno dziś przesądzać o prawdziwości drastycznych wyznań Anety Krawczyk, ale relacje o wymuszaniu przez posła Łyżwińskiego seksu napływają ze wszystkich stron, a przykłady jego zachowania wobec swych, jak mówi, „Cyganeczek” oraz innych dziewczyn w jego otoczeniu są powszechnie znane. Andrzej Lepper najpierw stwierdził, że Łyżwiński ma taki styl bycia, potem uznał całą sprawę za prowokację wobec Samoobrony i dezawuował główną oskarżycielkę, zarzucając, że każde z trójki dzieci ma z innym mężczyzną, by wreszcie z udawanymi łzami w oczach przeprosić na konferencji prasowej. Ale w obronie Stanisława Łyżwińskiego wystąpiła posłanka Renata Beger, stwierdzając, że Łyżwiński to po prostu wesoły człowiek i ani on, ani nikt inny w partii nie składał jej propozycji erotycznych. No, jej nie… A Łyżwiński nie chce samotnie iść na dno i wzywa Krzysztofa Filipka, innego „amanta” z Samoobrony, by też zawiesił członkostwo w partii. „A dlaczego? Przecież mnie nie ma na liście oskarżonych”, rezolutnie odpowiada Filipek. Jeszcze nie ma?

Cezary Michalski, konserwatywny kochanek
Obecny wicenaczelny „Dziennika” to jeden z głównych liderów dawnego środowiska pampersów, grupy dziennikarzy i działaczy katolickich, którzy to, jak piszą poważni pampersolodzy, postanowili „walczyć z zepsuciem i promować konserwatywne wartości w sferze obyczajowej”. Cezary Michalski z zepsuciem walczył nieco przewrotnie, bo konserwatywne wartości obyczajowe promował, nawiązując ognisty romans pozamałżenski. Wywołało to oburzenie jednego z bardziej ideowych pampersów (byli i tacy), a może po prostu mającego mniejsze niż Michalski powodzenie u kobiet, który napisał doń list otwarty: „Drogi Czarku! Zdradziłeś swoich najbliższych, okazując się czułym bawidamkiem (…). Porzucając rodzinę i wybierając swobodne życie florenckiego kochanka, zdradziłeś nie tylko najbliższych, ale nas wszystkich, a w dodatku siebie samego. Wytykając lewakom ich duchowe i intelektualne mielizny, cały czas uporczywie tkwiłeś w grzechu. Jeśli ktoś pyta, czy można wierzyć w Boga, leżąc w objęciach kochanki, musi odpowiedzieć sobie: nie”.
Cezary Michalski oczywiście z „leżenia w objęciach kochanki” nie zrezygnował, a pretensje uznał za bzdurę i publicznie odparł, iż rozwodnicy często tworzyli większe dzieła niż „młodzieńcy o wyglądzie zatrzymanych w rozwoju ministrantów”. Jak widać, nie przepada on za Kościołem i jego sługami. Na walkę o wartości, takie czy inne, Michalski nie ma zresztą specjalnie ochoty. Służba u niemieckiego kapitału skutecznie wyklucza bowiem zaangażowanie ideowe, co akurat Michalskiemu nie przeszkadza, bo idee głoszone wcześniej traktował oczywiście wyłącznie użytkowo.

Leszek Miller, kanclerz cynik
Marzena Domaros wystawiła mu bardzo dobre oceny w swych „Erotycznych immunitetach”, podkreślając jedynie, że trochę się spieszył. Przyznajmy jednak, że nie było to niczym dziwnym w przypadku człowieka zabieganego, startującego do dużej kariery politycznej. I są to jedyne przelane na papier doniesienia o erotycznych podbojach Leszka Millera. Media, które szukały na niego haków znacznie bardziej skrupulatnie niż dziś na braci Kaczyńskich, jakoś niczego nie mogły znaleźć, a kobietą, w której towarzystwie Millera widziano najczęściej, była jego wnuczka. W kuluarach sejmowych i rządowych ciągle krążyły jednak legendy o kohortach młodych dam, które, zafascynowane cynicznym image’em i ironicznym uśmiechem przyszłego „kanclerza”, lgnęły doń jak pszczoły do miodu. Jak widać, żadna z nich nie doznała takiego zawodu, by swe przeżycia prezentować dziennikarzom. Maksyma, iż prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy, dobrze więc sprawdzała się w praktyce. Były to często drobne acz istotne szczegóły – jak choćby to, że dama, która przebywała w jego towarzystwie, nie musiała tułać się do domu środkami komunikacji miejskiej, lecz zawsze otrzymywała stosowne środki na taksówkę. Wprawdzie w chwilach szczerości panie chwalące się swymi domniemanymi związkami z Millerem żaliły się, że kwoty te były dość skrupulatnie wyliczane i ledwo ledwo pokrywały koszt przejazdu, a one znacznie chętniej wróciłyby przecież samochodem z kierowcą, ale to tylko wystawiało dobre świadectwo oszczędności przyszłego premiera. Powodów do narzekań jednak nie miały, zwłaszcza że często trafiały na niezłe posady, na przykład do biur prasowych w licznych ministerstwach i ważnych urzędach. W połowie lat 90. pojawiło się tam wiele atrakcyjnych młodych kobiet, co uznać trzeba za nie najmniejszą zasługę publiczną Leszka Millera.

Waldemar Pawlak, cyborg uwodziciel
Wydawałoby się, że lider PSL i były premier, odznaczający się kamienną twarzą i małomównością, określany niekiedy jako cyborg lub robot, to marny materiał na uwodziciela. Ale kiedy w Polsce toczyła się dyskusja, czy Jarucka spała z Cimoszewiczem, to ogromna większość pań, z którymi rozmawialiśmy, uznała, że w wydaniu Cimoszewicza to niemożliwe. A w czyim możliwe? – spytaliśmy. I o dziwo, nader często padało nazwisko Pawlaka. Podobno chodzi o to, że w jego nieruchomych oczach kryje się jakiś demon szaleństwa, na który reagują kobiety. Podoba im się też, gdy występuje w przebraniu strażaka (jest szefem Związku Ochotniczych Straży Pożarnych), bo któż lepiej niż strażak ugasi pożar zmysłów (nic dziwnego, że jedną z partnerek poznał na imprezie w remizie strażackiej). Tak naprawdę jednak to największe znaczenie w erotycznym uroku Waldemara Pawlaka mają jego niemałe środki, które skrzętnie gromadził jako poseł, biznesmen i szef rozmaitych giełd towarowych. Partyjni koledzy go bronią, twierdząc, że wielu posłów ma romanse, ale gdy tylko chodzi o Pawlaka, to od razu robi się wielkie halo. Łatwo to jednak zrozumieć, bo Waldemar Pawlak podobno nie jest zbyt chętny do łożenia na swe pozamałżeńskie dziecko, a jego była kochanka, oczywiście dużo od niego młodsza, macha ręką, uważając, że to już zamknięta sprawa. Warto więc ostrzec kolejne panie, mogące być ewentualnie zainteresowane nawiązaniem owocnej znajomości z byłym premierem, by nie liczyły na zbyt wiele.

Krzysztof Rutkowski, rozkoszny twardziel
Były poseł i najsłynniejszy polski detektyw, główny bohater oraz aktor filmów fabularnych emitowanych w TVN, opisujących jego rzekome akcje, to najbardziej typowy w naszym panopticum wyznawca idei, że liczy się fura, skóra i komóra. Wprawdzie krępa sylwetka (przydatna może podczas dawnej służby Rutkowskiego w oddziałach ZOMO) i nieprzesadnie skomplikowana piastowska twarz nie są jego atutami, ale od czego przebojowość (nieco zachwiana w wyniku pobytu za kratkami pod zarzutem poświadczania nieprawdy, prania brudnych pieniędzy i powoływania się na wpływy w instytucjach państwowych w zamian za korzyści materialne), dobre auto i dyskretne popisywanie się bronią. To wystarczy, by wzbudzić zainteresowanie mediów i pań. Na łamach brukowców Rutkowski, człowiek żonaty i ojciec dwójki dzieci, chwali się więc, jak to z jedną młodą narzeczoną Kasią chodził, ale z drugą, Anią, miał w tym samym czasie ognisty romans, w związku z tym tę pierwszą postanowił via gazety publicznie przeprosić: „Kasiu, zawiodłem ciebie i twoich rodziców, którzy obdarzyli mnie ciepłymi uczuciami. Wiem też, że naraziłem cię na wielki wstyd przed znajomymi, sąsiadami. Ale chcę to naprawić. Przyznaję, uległem, zdradziłem, bo wtedy nagle Ania okazała się lepsza. Ale tylko chwilowo!”. To naprawdę wzruszające wyznanie. Potem z trzecią, Magdą, nawiązał szybki romans, oświadczył się jej i wyjechał z nią do Łeby, ale w Łebie podobno natychmiast związał się z Moniką, a gdy wrócił, to natychmiast z piątą pojechał do Międzyzdrojów, chociaż zaraz… może to była ta pierwsza, z którą w międzyczasie się przeprosił? Trudno się w tym połapać, ale jedno jest pewne – szatan nie mężczyzna. A prawdy o tych jego rzekomych romansach jest tyle, co „Fakt” napłakał.

Wiesław Walendziak, piewca wartości rodzinnych
„Jak bronić tego, co tradycyjne w świecie na wskroś modernistycznym, gdzie celem głównym nie jest już poznanie prawdy, ale zaznanie przyjemności? Co to właściwie znaczy, etyczny cel życia społecznego?”, pytał w jednym ze swych sztandarowych tekstów Wiesław Walendziak, działacz katolicki i konserwatywny. Etyczny cel życia, zwłaszcza poczętego, był mu tak bliski, że zadbał o to, by niemal jednocześnie i jego żona, i kochanka znalazły się w błogosławionym stanie. I oczywiście nie chodziło mu o zaznanie przyjemności.
Wiesław Walendziak jako działacz Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, twórca Telewizji Familijnej mającej krzewić wartości rodzinne (ówczesna władza, mimo wywierania rozmaitych nacisków, nie zdołała jednak zmusić naszych przedsiębiorstw do wyłożenia kolejnych odpowiednich sum na ten projekt) i prezes TVP, do której wprowadził grono pampersów, czyli młodych działaczy i dziennikarzy katolickich, od dawna walczył o odnowę moralną w Polsce. Jest to przecież jeden z najważniejszych celów Prawa i Sprawiedliwości, które to ugrupowanie Walendziak reprezentował w Sejmie. A ponieważ poseł był mocno zapracowany w staraniach o dokonanie przełomu moralnego w Polsce, partnerki nie szukał daleko. Skorzystał z pani, która pracowała w biurze poselskim. W 2004 r. Wiesław Walendziak zrezygnował z mandatu poselskiego – dieta poselska nie bardzo bowiem wystarczała na utrzymanie dwóch kobiet i piątki dzieci pana posła – i zajął się biznesem, podejmując pracę w firmach należących do Ryszarda Krauzego. Jego znajomi twierdzą, że jest świetnym ojcem i dba o to, by jego dzieciom z obu związków nie brakowało ptasiego mleka.

 

współpraca Weronika Woronowska

 

Wydanie: 50/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy