Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Ledwie pan Herman Van Rompuy został wybrany na przewodniczącego Rady Europejskiej, a już polski premier Donald Tusk ogłosił, że to wybór „mało ambitny”.
Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by wyobrazić sobie, co pan Van Rompuy pomyślał, gdy usłyszał takie rzeczy o sobie. Nie trzeba też wielkiej przenikliwości, by przewidzieć, jak przez najbliższe miesiące będzie reagował na dźwięk słów Polska i Donald Tusk. Za to trzeba przenikliwości nieziemskiej, by zrozumieć, po co premier mówił to, co mówił. Czy coś tymi słowami zmienił? Czy wzmocnił polską pozycję? Chyba nie. Ot, głośno ponarzekał i obraził ważnego (od 19 listopada to już na pewno) europejskiego polityka. Ba, skonfundował przy tym wszystkich swoich potencjalnych i rzeczywistych sojuszników – bo głupio zawierać sojusze z kimś, kto nie panuje nad emocjami i językiem.
Tak wygląda polska dyplomacja – nie dość, że niewiele ugrywa, to jeszcze sama strzela sobie w stopę.
Zamiłowanie do rejwachu, do scen głośnych i efektownych, za to mało efektywnych, to polskie specialité de la maison ostatnich lat.
Oto mamy wciąż niewygasłą kłótnię rządu i prezydenta o ambasadorów.
Obóz rządowy wciąż ma ochotę stawiać prezydenta przed faktami dokonanymi, a prezydent wciąż ma ochotę z tego powodu wojować. Więc mamy pat. A to kosztuje.
Bo kto jest ofiarą takiej sytuacji? Nie żołnierze PiS czy PO, bo o nich oba obozy twardo się biją, tylko ci bez pleców, przeważnie spokojni, kompetentni urzędnicy.
To przecież nie przypadek, że wraca sprawa Anny Fotygi, której MSZ szuka posady. To też nie przypadek, że ta posada za każdym podejściem jest coraz mniej atrakcyjna. Cóż, stanowisko ambasadora przy ONZ jest na pewno czymś większym niż stanowisko ambasadora przy jednej z agend ONZ, czyli przy FAO. A to na pewno ma większą wagę niż stanowisko przedstawiciela MOP w Gruzji. A pani Fotyga pewnie je weźmie, bo ryzykuje, że za rok, po wyborach prezydenckich, nikt już za nią się nie ujmie, i nigdzie nie pojedzie.
Tyle kosztują awantury.
Za to zupełnie inną taktykę prezentuje Andrzej Sadoś, były rzecznik pani Fotygi. On załatwiał sobie stanowisko ambasadora w Wiedniu, przy OBWE. Ale minister Sikorski go zastopował. Potem miał być konsulem w Chinach – też został zatrzymany. Wziął więc, co było do wzięcia – stanowisko w naszej ambasadzie w Bernie. No i proszę – teraz Sadoś jest już zastępcą Zdzisława Rapackiego w Genewie. Krok po kroku się rozpycha. Tisze jediesz, dalsze budiesz.
Jeśli jesteśmy już przy tej poetyce, to warto wspomnieć o Zenonie Kosiniaku-Kamyszu (rocznik 1958).
W swej karierze był on już dyrektorem departamentu w MSZ, dyrektorem w MWGzZ, wiceministrem w MSWiA oraz wiceministrem w MON, ambasadorem w Bratysławie i kierownikiem wydziału promocji i handlu ambasady RP w Berlinie.
Zawsze wysoko i bez jakiejkolwiek kontynuacji.
Jego kariera to ilustracja kadrowych wpływów PSL, z którym jest związany. Kosiniak-Kamysz zawsze jest na górze, bo zawsze PSL trochę może, a grupę ludzi, których bez wstydu może w różne miejsca posyłać, ma ograniczoną. Rzucają więc swoim synem raz tu, raz tam.
Teraz Kosiniak-Kamysz ma jechać na ambasadora do Kanady.
W sumie – czy kogoś to dziwi?
Attaché

Wydanie: 47/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy