Polski show case

Polski show case

Za rok Warszawskim Spotkaniom Teatralnym stuknie trzydziestka

Wieje, że głowę może urwać. Szalone wiatru wycie. Hałas niemożliwy. Na krawędzi jakiegoś stalowego okrętu pojawia się kilku panów. Rozwiewa im płaszcze, zrywa czapki. Jeden z nich to Agamemnon. Ten z mitu czekał w Aulidzie na pomyślny wiatr, ale nie mógł się doczekać, dopóki nie poświęcił córki. Ten ze Starego Teatru (Jan Peszek) czeka, aż przestanie duć. A duje, ile wlezie. Nadal nic nie słychać. Potem wielki wentylator na moment się zatrzymuje, ale za chwilę znowu rusza. Wtedy na kadłubie statku i na kilku prompterach pojawiają się blade napisy po polsku i po angielsku. Można sobie poczytać, jak żartują aktorzy – oni też tekst czytają. Przeróbka tekstu Racine’a spółki Demirski/Zadara, przyjęta przez część krytyki jako nowe słowo tragedii, to pomysł na kabaretowy skecz, techniczna sztuczka, która stroi się w szaty powagi, najwyraźniej przez organizatorów Warszawskich Spotkań Teatralnych przeceniona.
Doceniam

paradoksalny dowcip,

ale ze stawianiem na piedestał bym poczekał. Najwyraźniej na tym festiwalu zabrakło podziału na dwie półki: zdobywców i harcowników. Ci pierwsi wyznaczają poziom polskiego teatru, ci drudzy kopią pod nim dołki, ale w nich być może cała nadzieja.
Nazwa show case brzmi nie najlepiej, ale nie ma polskiego odpowiednika – tak się przyjęło mówić o pokazie najlepszych spektakli w sezonie. Do takiego miana aspirują Warszawskie Spotkania Teatralne, rok temu wznowione po kilku latach spędzonych w zamrażarce. Tej wiosny zorganizowane zostały po raz 29., a ponownie przez Instytut Teatralny.
To, że WST wróciły do życia, stanowi wartość samą w sobie, formuła jednak może i powinna budzić dyskusje. Skoro bowiem centrum przeglądu stanowi tzw. polski show case, pokazywany zagranicznym gościom Spotkań: producentom, reżyserom, krytykom, organizatorom innych festiwali, pytanie, co w nim się znajduje, przestaje być tylko sprawą instytutu czy też dyrektora Macieja Nowaka. To przecież wizytówka polskiego teatru. Ale mniejsza o to. Producenci czy organizatorzy międzynarodowych festiwali poradzą sobie i bez polskiego show case, jeśli naprawdę będą chcieli zaprosić jakiś polski spektakl. Rzecz w tym, że takie show case bardzo przydałoby się polskiemu teatrowi, niechby i niesprawiedliwe, pełne pomyłek, ale nieuciekające od wartościowania.
W wielu krajach są organizowane takie doroczne przeglądy: zapraszane są najlepsze przedstawienia, a potem jury nagradza najlepszych z najlepszych. Nominacjom towarzyszą wielkie

emocje i dyskusje,

a to zawsze sprzyja temperaturze życia teatralnego. Konkursy mają tam prestiż i zwykle przywiązane są do nich niemałe fundusze dla zwycięskich teatrów. Taka próbą przeglądu konkursowego był rok temu festiwal Boska Komedia, zorganizowany przez Bartosza Szydłowskiego w Krakowie. Próbą nie w pełni udaną; mimo że festiwal poprzedziły „eliminacje” – kandydatury do udziału w przeglądzie nadsyłało szerokie grono krytyków – to i tak o uczestnictwie w finale zadecydowały względy praktyczne, czyli możliwości, fundusze i terminy. Rezultat był taki, że w Krakowie odbył się skądinąd interesujący festiwal Boska Krakowska z nielicznym udziałem zaproszonych gości z kraju i zagranicy. Obraz polskiego teatru stał się więc w niemałym stopniu dziełem splotu okoliczności. Pierwsze koty za płoty, może w tym roku Boska Komedia w większym stopniu odzwierciedli wszystko to, co najlepsze w polskim teatrze. Tak czy owak, pomysł, aby nagrody na krakowskim przeglądzie polskim przedstawieniom przyznawało międzynarodowe jury, był przedni.
A co z Warszawą? Nowak powiada, że chciałby z WST zrobić festiwal pełną gębą, żeby w maju

Warszawa teatrem stała.

Pomysł godny wsparcia, zwłaszcza że i w tym roku atrakcji nie brakowało, publiczność dopisywała, a sporo przedstawień i spotkań wzbudziło emocje (nie tylko pozytywne). Dyrektor instytutu wziął chyba jednak na siebie za dużo. Prześlepił bowiem kilka znakomitych przedstawień, a kilka najwyraźniej przecenił. Ani rok temu, ani w tym roku nie znalazł uzasadnienia, aby zaprosić któryś ze spektakli Janusza Wiśniewskiego z Teatru Nowego. Piszę „któryś”, ponieważ Wiśniewski idzie od sukcesu do sukcesu, potwierdzając swoje osiągnięcia zagranicznymi tournée. Przy czym są to nie tylko prace doskonałe pod względem formalnym, ale mądre, drażniące, dotykające zagubienia człowieka współczesnego („Faust”, „Burza”, „Arka Noego”). Jeśli znalazło się miejsce w programie dla tak miernych produkcji jak „Ifigenia” Zadary/Demirskiego, to czuję się upoważniony, aby wytknąć także nieobecność perfekcyjnego „Makbeta” Teatru Pieśń Kozła z Wrocławia i przedstawienia, tym razem Grzegorza Wiśniewskiego, łódzkiego Teatru im. Stefana Jaracza „Zagłada ludu albo moja wątroba jest bez sensu” Wernera Schwaba. To prawdziwy koncert aktorski, przedstawienie zorkiestrowane, zgoła wzorcowe, a przy tym ostre jak brzytwa.
Pewnie tę listę życzeń i zażaleń można by ciągnąć długo, zwłaszcza że w polskim teatrze rzeczywiście dzieje się wiele. Rzecz jednak w koncepcji Warszawskich Spotkań. Jeśli przyjąć, że ma być to pokaz najlepszych potraw i najbardziej obiecujących realizacji, czyli połączenie wystawy z próbą, to można skonstruować taki program, który w kilku nurtach połączy zamysł konfrontacji najlepszych dokonań i najciekawszych nowości, które mogą zapowiadać przyszłe dokonania. Taki rodzaj

przepustki do przyszłych sukcesów,

program nadziei.
I w tej edycji nie zabrakło przedstawień, które na pewno powinny się w niej znaleźć, mam na myśli „Factory 2” czy obie „Sprawy Dantona”, także „Lwa w zimie” Grzegorza Jarzyny. Radość tego wyboru schładzały przedstawienia wyraźnie drugorzędne albo należące do produkcji offowych. To jednak dzisiaj ulubiona zabawa organizatorów festiwali: mieszanie rozmaitych form teatralnych. Może jest w tym jakaś metoda, łatwo jednak o pomieszanie kryteriów i oczekiwań widowni.
Byłoby dobrze, gdyby raz do roku sześć-siedem najlepszych przedstawień ścigało się o grand prix. Nie wiem, czy po takiej przerwie można liczyć na kredyt zaufania dla Warszawskich Spotkań Teatralnych, aby stały się one terenem takiej konfrontacji. Kto wie, czy takiej roli nie przejmie Boska Komedia, festiwal, który od razu ogłosił, że jest konkursem.

Wydanie: 25/2009

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy