Gra w Nike

Gra w Nike

Miała być nagrodą obiektywną, stała się środowiskową

Wśród kilkudziesięciu nagród literackich, przyznawanych w Polsce, największe zainteresowanie i emocje wzbudza ustanowiona cztery lata temu Nagroda Nike. Powody tego są dwa: niezwykła, jak na nasze obyczaje w sferze kultury, wysokość wygranej – w tym roku 80 tys. zł – oraz potężna akcja reklamowa, która zaczyna się już na wiosnę, gdy podczas Międzynarodowych Targów Książki ogłaszane są nominacje, a nasila się po ogłoszeniu werdyktu na początku października, kiedy telewizja i radio transmitują uroczystość. Trzeba przyznać, że akcja jest profesjonalnie przygotowana. W końcu trudno się dziwić: spiritus movens Nike jest “Gazeta Wyborcza”, która ma duże osiągnięcia, jeśli chodzi o promocję kultury i lansowanie jej twórców. Można rzec, jest na tym polu wręcz monopolistą – lansuje bowiem głównie twórców związanych z własnym środowiskiem. I robi to, trzeba przyznać, skutecznie. Nie ukrywa zresztą, że ma ambicje sprawowania “rządu dusz” w dziedzinie kultury, w czym nikt z nią specjalnie nie konkuruje. Niestety, na jej wyroki mają wpływ emocje politycznego i moralnego zabarwienia: wciąż dzieli twórców na bohaterów walki z “komuną” i jej stronników. Ci ostatni, nawet jeśli tworzą znakomite dzieła, są programowo pomijani, w myśl zasady, że o czym się nie mówi, tego nie ma. Ułaskawienia dostąpili tylko ci “stronnicy reżimu”, którzy jak np. Ernest Bryll czy Krzysztof Zanussi w porę uderzyli się w piersi.
Fakt, że największa polska gazeta wzięła na siebie odpowiedzialność za Nagrodę Nike, mającą aspirację być polskim Noblem, od początku budził obawy o rzetelność werdyktów. Środowisko literackie było podejrzliwe. Jednak pierwszy laur okazał się miłym zaskoczeniem: “Widnokrąg” Wiesława Myśliwskiego to powieść wybitna, chyba najlepsza w minionym dziesięcioleciu, zaś autor trzyma się z dala tak od polityki, jak i od salonów towarzyskich. Można więc było mieć nadzieję, że Nike stanie się obiektywną nagrodą, przekraczającą środowiskowe układy i animozje.
Tak się jednak nie stało. Rok później werdykt jury wprawił w osłupienie – nagrodzono Czesława Miłosza za “Pieska przydrożnego”. Niesmak wywołało już to, że laureat Nobla stanął do lokalnych zawodów, co wyglądało mniej więcej tak, jakby Einstein przystąpił do olimpiady fizycznej w Kielcach. Po drugie, “Piesek” – zbiór pośpiesznych szkiców, błahych spostrzeżeń i polemik – nie zajmuje w dorobku autora tak doniosłego miejsca, jak np. “Rodzinna Europa” czy “Widzenia nad Zatoką San Francisco”, by pozostać przy esejach. I podczas gdy w środowisku literackim od dawna mówiło się o obniżeniu lotów noblisty, jurorzy przyznali mu Nike. Zapachniało oportunizmem.

Pyrrusowe zwycięstwo

W zeszłym roku było jeszcze gorzej. Nagrodzony został Stanisław Barańczak za dość marny tomik “Chirurgiczna precyzja” – z którym przegrał genialny (tak!) tom wierszy Tadeusza Różewicza “Zawsze fragment. Recycling”, pełen refleksji historiozoficznej, prawdziwy rarytas. Wybuchła afera. Jerzy Lisowski, szef “Twórczości”, nazwał to skandalem, podobnie uznali inni krytycy. Swojej dezaprobaty nie ukrywali Zygmunt Kubiak i Gustaw Herling-Grudziński, zażenowani atmosferą narosłą wokół gry w Nike. Kazimierz Dejmek i Kazimierz Kutz w ankiecie “Przeglądu” podsumowującej coroczne perły i plewy w kulturze stwierdzili, że to największy skandal roku, choć skandali było wówczas co niemiara. – Nike nie jest nagrodą rzetelną, nigdy już nie będzie miała prestiżu literackiego. Mogła go mieć, gdy w pierwszym roku wyróżniła Myśliwskiego, ale zaprzepaściła tę szansę. Postawiła na koterię towarzyską – skomentował Kazimierz Dejmek. I trudno się z nim nie zgodzić.
Zdaje się, że niestosowność zeszłorocznej nagrody dostrzegli sami jurorzy. Przewodniczący, Jan Błoński, uzasadniając werdykt, powiedział, że “poeta ukazał przemijanie we wszystkich jego przejawach, w kruchości istnienia”, co w ustach tego konesera literatury zabrzmiało jak wyświechtany banał. Potem w kuluarach mówiło się, że jury nie było przekonane do tomiku Barańczaka, ale do jego osoby – w końcu to bardzo zasłużony działacz opozycji, współzałożyciel KOR, polityczny emigrant, w dodatku ciężko chory. No i zaprzyjaźniony ze środowiskiem pomysłodawcy nagrody, czego nie można powiedzieć o stojącym zawsze z boku, nie dbającym o rozgłos i koneksje Tadeuszu Różewiczu.

Kto następny

W tym roku do Nike kandyduje 20 książek: 7 prozatorskich, 7 poetyckich i 6 eseistycznych. Wydawcy głównie z kręgu jury: “Znak”, “Lampa i Iskra Boża”, “A5”, “W.A.B.”, “Twój Styl”… Część zainteresowanych pracuje w “GW”, jak Jacek Podsiadło, Stefan Bratkowski, współwłaścicielka wydawnictwa W.A.B. (dwie nominacje), czy jurorzy Piotr Bratkowski i Michał Cichy.
Wygląda na to, że wiele książek trafiło na listę ze względów towarzyskich, nie literackich. Rzućmy okiem na nominacje. Z esejem – nie najlepiej. Stefan Bratkowski pisze o Nowogródku, Ryszard Przybylski o Słowackim, Piotr Piotrowski o modernizmie, ponadto dwie wątpliwej głębi prace feministyczne Krystyny Kłosińskiej i Sławomiry Walczewskiej. W tym sąsiedztwie najbardziej interesujący jest tom Małgorzaty Baranowskiej “Prywatna lekcja poezji”. Z prozą – cienko. Z powieści – “Oksana” Włodzimierza Odojewskiego, nie dorównująca jednak poprzedniej – “Zasypie wszystko, zawieje…”. Dalej lansowani przez jurorów Wilhelm Dichter (“Szkoła bezbożników”), Zbigniew Kruszyński (“Na lądach i morzach”) i Marek Bieńczyk (“Tworki”) oraz pisząca o holokauście Irit Amiel (“Osmaleni”). Znakomitą, dojrzałą powieścią zaskoczył Andrzej Czcibor-Piotrowski (“Rzeczy nienasycone”), znany tłumacz z czeskiego i poeta, udany jest także debiut Wojciecha Kuczoka (“Opowieści słychane”).
W poezji – “zasłużeni”: Julia Hartwig, Jarosław M. Rymkiewicz, Adam Zagajewski, Tymoteusz Karpowicz, ponadto niezła Marzanna Kielar i Jacek Podsiadło. No i Tadeusz Różewicz, wielki pokrzywdzony poprzednich edycji, z książką “Matka odchodzi”. Nie jest to tom poezji, lecz coś w rodzaju kolażu poświęconego matce poety, złożonego z listów, wspomnień, zdjęć, zapisków z dziennika, autorstwa także samej Stefanii Różewicz i Stanisława, brata Tadeusza. Książka bardzo interesująca, pozostająca w pamięci, jednak nie dorównująca rangą nominowanej rok temu.
Wśród kandydujących do Nike zabrakło kilku ważkich tytułów, autorów zdecydowanie odcinających się od wpływowych salonów: Jerzego Adamskiego (“Samobójstwo Don Juana”), Andrzeja Lenartowskiego (“Święta Teresa z Lisiere”), Andrzeja Waśkiewicza (“Horyzont zdarzeń”), książek Dariusza Bitnera, Krzysztofa Gąsiorowskiego, Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego.
Kto będzie laureatem Nike, dowiemy się 1 października. Osobiście wahałabym się między książką Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego i Tadeusza Różewicza. Jakkolwiek się stanie, przegrać w tych zawodach nie jest wstydem, bo o wygranej nie decydują względy artystyczne.
Z drugiej strony… Mam za złe, że Nike nie jest nagrodą obiektywną, lecz środowiskową. Ale skoro wymyślili ją Adam Michnik wraz z Henryką Bochniarz i dają na nią pieniądze, to mogą ją wręczać, komu im się podoba. Ich prawo.
Szkoda jednak, że na innych salonach nie ma alternatywnej nagrody, promującej pisarzy.
Bo o nagrodzie obiektywnej, ponad salonami, można tylko pomarzyć.

 

Wydanie: 39/2000

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy