Polskie marzenie?

Polskie marzenie?

Znane francuskie powiedzenie głosi, że świat wyglądałby inaczej, gdyby młodzi wiedzieli, a starzy – mogli. No więc gdybym ja mogła, to znaczy gdyby siły mi dopisywały, napisałabym obszerny aneks do „Europejskiego marzenia” Jeremy’ego Rifkina, które właśnie – z opóźnieniem – przeczytałam, by się przekonać, jak bliska mi jest większość wyrażonych tam poglądów.
Rifkin to wybitny intelektualista amerykański, autor ok. 20 książek, wykładający na licznych uniwersytetach, urodzony i wychowany w USA, a zarazem znający Europę, głównie „starych członków” Unii. Na podstawie własnych obserwacji, wspartych imponującą erudycją, Rifkin doszedł do wniosku, że „amerykańskie marzenie” (american dream) traci na aktualności, nadzieje zaś na przyszłość należałoby wiązać z „marzeniem europejskim” (o ile Europejczycy nie wymrą, czego Rifkin się obawia…).
Współtłumacz książki, Andrzej Kostarczyk, w przedsłowiu „od wydawcy” tak streszcza zasadnicze tezy Rifkina.
„Europejskie marzenie w odróżnieniu od american dream przedkłada więzi wspólnotowe nad autonomię jednostki, pluralizm kulturowy nad asymilację, jakość życia nad gromadzenie bogactw, zrównoważony rozwój nad nieograniczony wzrost materialny, uniwersalne prawa człowieka i prawa natury nad prawo własności, wreszcie współpracę nad użycie siły”.
Zdaniem Rifkina, warunkiem takiej współpracy jest empatia, to znaczy, wczuwanie się nie tylko w innych ludzi, ale też w inne kultury.
Jeśli chodzi o użycie siły, różnice między USA a Unią Europejską zarysowały się wyraziście w sprawie Iraku. I tu nasuwa się pytanie, czy przyłączając się do interwencji zbrojnej w Iraku, Polska nie sprzeniewierzyła się własnym tradycjom kulturowym i jakie to były tradycje.
Rifkin uważa że „stara Europa” preferuje obecnie metody polityczne, a to dzięki doświadczeniom, jakimi były dwie wojny światowe. We Francji taka postawa zarysowała się już w okresie międzywojennym. Znalazło to wyraz w twórczości wybitnego dramaturga, kombatanta I wojny światowej, Jeana Giraudoux, autora m.in. sztuki pt. „Wojny trojańskiej nie będzie” (1935 r.). Otóż utwór ten wykazuje zdumiewające wręcz zbieżności z „Odprawą posłów greckich” Kochanowskiego. Nasz pierwszy wielki poeta, podobnie jak Giraudoux, jednoznacznie wypowiedział się przeciwko militaryzmowi (co nie jest jednoznaczne z pacyfizmem). Wynikałoby z tego, że Polacy za pośrednictwem Kochanowskiego opowiedzieli się za postawą, do której „stara Europa” dojść miała znacznie, znacznie później!
Moim zdaniem, Polacy byli „normalni”, to znaczy, byli naprawdę sobą w dobie, gdy Kochanowski tworzył swe dzieła poetyckie, a Kopernik działający w ramach polskiej kultury, dokonywał rewolucji w nauce. W tamtych czasach byliśmy otwarci na świat, a zarazem potrafiliśmy dbać o naszą tożsamość kulturową. „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają!”.
Powstanie Rzeczypospolitej Dwóch, a właściwie Trzech Narodów było poniekąd przymiarką do pokojowego tworzenia struktur ponadnarodowych. Warto jednak pamiętać, jakie były skutki spolonizowania się elit litewskich i małoruskich, które osierociły swe społeczeństwa. Nie popełnili tego błędu obywatele wielokulturowej konfederacji (nie federacji) szwajcarskiej.
Po naszym „złotym wieku” z powodów chyba nie do końca wyjaśnionych zaczęło się dziać coraz gorzej. W połowie XVII stulecia Krzysztof Opaliński zapisał nie tylko swoją opinię, że „Polska nierządem stoi”. Ze słabości, nie z siły zrodził się sarmatyzm ze swym polonocentryzmem, swoistą nabożnością, przekonaniem, że Polacy pozostają pod szczególną opieką niebios. Reakcją ówczesnych elit na sarmatyzm była „cudzoziemszczyzna” – propagowanie wzorców niekoniecznie zgodnych z naszymi rzeczywistymi predyspozycjami. Po utracie niepodległości, do czego doszło nie tylko i raczej nie przede wszystkim z winy zachłannych sąsiadów – Mickiewicz, genialny poeta, obciążony jednak mentalnością sarmacką, obwołał Polskę Chrystusem narodów. Równocześnie zaś (niezbyt konsekwentnie) głosił kult „Boga wojny”, Napoleona. Nota bene tego kultu nie podzielał uczestnik kampanii moskiewskiej, Fredro.
Dopiero po katartycznym wstrząsie, jakim dla części polskich elit stała się tragiczna klęska powstania styczniowego, nastąpił jakby „powrót do źródeł”, za jakie uważam czasy Kochanowskiego i Kopernika. O tej przemianie szczególnie wyraziście świadczą poglądy i twórczość beletrystyczna Prusa. W 1882 r. młody wówczas Aleksander Głowacki opublikował „Szkic programu w warunkach obecnego rozwoju społecznego”, zignorowany przez współczesnych i w rezultacie niefunkcjonujący w świadomości powszechnej. W „Szkicu” Prus opowiadał się przeciwko walce zbrojnej, „sprzeciwiającej się zasadniczemu prawu rozwoju”, jako iż „życie jest przewagą składu sił nad rozkładem”. Stwierdzał też, że „Narody są tym wyżej rozwinięte, im głębiej znają naturę, im więcej wywołują w niej zmian i dokładniej w stosunkach z nią pilnują się wymiany usług”. Prus jawi się tu jako prekursor takiego stosunku do wojny i do przyrody, w jakim Rifkin dopatruje się wyższości Europy nad USA.
Skądinąd Prus, „serce serc”, był chyba najbardziej empatycznym pisarzem polskim, a może w ogóle europejskim. Weźmy pierwszą jego wielką powieść, „Placówkę”. Autor, inteligent pochodzenia szlacheckiego, powstaniec z 1863 r., potrafił wczuć się w mentalność postpańszczyźnianego chłopa, jego żony, która jest tragiczną, lecz skuteczną obrończynią ojcowizny, a także w psychikę ubogiego Żyda, Jojne Niedoperza, walnie przyczyniającego się do ocalenia Ślimaka. Podobnie z punktu widzenia empatii można by skomentować inne utwory Prusa, zwłaszcza uniwersalną historiozoficzną przypowieść, jaką jest „Faraon”, ale taka analiza wykraczałaby za ramy, które wyznaczyłam sobie w tym tekście.
Ilu Polakom udało się – jak Prusowi – wyjść poza dwubiegunowy podział na „Sarmatów” i zdeklarowanych rzeczników „cudzoziemszczyzny”? Moim zdaniem, ten podział ciąży nad naszą obecną, jakże osobliwą sceną polityczną. W poczynaniach PiS i jego „koalicjantów parlamentarnych” łatwo by wykazać pozostałości sarmatyzmu. Ich antagoniści z kolei nierzadko ulegają urzeczeniu różnymi odmianami „cudzoziemszczyzny”. Czy uda nam się wyjść z błędnego koła, na jakie skazuje nas trwanie przy dwóch po równi ułomnych opcjach? Chcę wierzyć, że to nastąpi, ale moje „pokolenie Kolumbów” raczej tego nie doczeka…

Wydanie: 15/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy