W poszukiwaniu magicznej walizki

W poszukiwaniu magicznej walizki

Polacy nie oczekują od lewicy walki z Kościołem, ale sprzeciwu wobec praktyk urzędników Pana B.

Najbliższe miesiące w największej polskiej partii lewicowej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej, poświęcone będą kampanii przed czerwcowym kongresem partii. Kongres może stanowić nowe otwarcie na lewicy, ale może też zepchnąć lewicę na dłuższy czas do politycznej II ligi. Nowe otwarcie jest lewicy potrzebne. Czas zakończyć okres, w którym istotą funkcjonowania lewicowych formacji politycznych stały się spory niezrozumiałe dla postronnych. Bo czy przeciętny Polak rozumie coś ze sporu o to, gdzie ma powstać pomysł jednolitej formacji politycznej na lewicy? W czym gabinet przewodniczącego SLD jest gorszy od zebrania działaczy lewicy, dajmy na to, w Pcimiu? Dla mnie to pytania retoryczne, bo sądzę, że Polacy oczekują na lewicy

planu integracyjnego.

Zanim więc przejdę do tego, co jest potrzebne do realizacji tego planu, na chwilę wrócę do przeszłości.
Błysnęło, zagrzmiało i łubudu – październikowy akt wyborczy się odbył. Już było blisko, już Lewica i Demokraci byli ponownie na salonach, już wydawało się, że zły czas minął, a ministerialne limuzyny są w zasięgu ręki, a tu… tylko płacz i zgrzytanie zębów. Efekt wyborczy Lewicy i Demokratów był już wielokrotnie analizowany. Muszę jednak na wstępie krótko odpowiedzieć na pytanie, czy w elekcji parlamentarnej roku 2007 była dla nas inna możliwość niż koalicja Lewica i Demokraci. Otóż nie! Twierdzenie, że gdybyśmy poszli sami (tj. listą SLD), mielibyśmy przynajmniej tyle samo posłów, co poprzednio, a lista LiD tylko wypromowała SdPl, to wielkie złudzenie polityczne. Czy jest jakiś rozsądny powód, dla którego można twierdzić, że wszystkie głosy oddane na LiD w 2007 r. miałyby paść również na listę SLD? Przecież lista SdPl też by się pojawiła. Pewnie w Sejmie znaleźliby się tylko posłowie SLD, ale na pewno nie w takiej samej liczbie, co w poprzedniej, skróconej kadencji 2005-2007. Podzielona lewica nie mogłaby nawet zamarkować, że jest jakąkolwiek alternatywą dla PiS, a system liczenia głosów jeszcze bardziej premiowałby PO i nie w dwóch, lecz przynajmniej w 10-12 okręgach nie tylko nie byłoby posła z legitymacją SLD, ale w ogóle

jakiegokolwiek posła lewicy.

Tak więc dla pomysłu koalicji Lewica i Demokraci nie było alternatywy.
Czas więc, abyśmy na lewicy przestali żyć pamięcią minionej chwały i zaczęli przyjmować do wiadomości elementarne fakty. Byt polityczny pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej jest dla przyszłości lewicy w Polsce oczywiście niezwykle ważny, ale życie polityczne nie zna próżni i głosy oddane na lewicę to nie wartość, którą można zamknąć w walizce w szafie w budynku przy ulicy Rozbrat, a następnie wykorzystywać przy każdej nadarzającej się okazji. Piszę o tym w tak brutalny sposób, bo ta uwaga w gruncie rzeczy dotyczy wszystkich bytów politycznych na lewicy. Trzeba o tym pamiętać, bo potencjał organizacyjny nie zastąpi programu politycznego i może być łatwo roztrwoniony, jeśli nie pójdą za nim pomysły polityczne stanowiące jasne przesłanie dla Polaków. Dla wyborców, którzy zagłosowali w roku 2007 na LiD, i dla tych, którzy mogą w przyszłości to zrobić, aktywiści i struktury nie będą miały znaczenia, jeśli te narzędzia nie będą wykorzystywane do skutecznego przekazania pomysłu na Polskę. Oczywiście sam pomysł na Polskę to za mało. Musi się jeszcze pojawić u wyborców przekonanie, iż warto głosować na lewicę, bo jej posłowie i senatorowie mają szansę zrealizować swoje propozycje. Zeszłoroczne wybory pokazały, że nie wystarczy mieć dobre pomysły, trzeba jeszcze przekonać Polaków, że jest szansa na ich realizację.
Aby odbudować pozycję lewicy w Polsce, trzeba więc spełnić dwa podstawowe warunki. Pierwszy warunek to lewicowy pomysł na Polskę. Drugi to przekonanie Polaków, że możemy i chcemy go zrealizować.
Warunek pierwszy – lewicowy pomysł na Polskę powinien zawierać m.in. dwa elementy. Pierwszy element to coś, co na własny użytek nazwałem programem socjalnym. Nie chodzi w tym o to, aby politycy lewicy byli zawsze tam, gdzie ktoś się domaga

pieniędzy z budżetu.

Nieprzypadkowo jesteśmy krajem Unii Europejskiej z największym odsetkiem rencistów i najniższym średnim wiekiem odchodzenia na emeryturę. Program socjalny to zatem rządzący, którzy nie tylko pamiętają o gospodarce, lecz także o tym, iż państwo ma obowiązki wobec obywateli, pamiętają o łożeniu środków publicznych na instytucje realizujące np. publiczną edukację czy publiczną ochronę zdrowia. I te dwie przykładowe instytucje niekoniecznie muszą przynosić zysk przeliczony na złotówki. To banał, ale lewicowi politycy głośno wspomagając protestujących, jednocześnie często zapominają, iż np. prywatyzacja publicznych placówek służby zdrowia wynika z kształtu przyjętych w Polsce rozwiązań ustawowych dotyczących ochrony zdrowia. To samo zresztą dotyczy prywatyzacji publicznych przedszkoli i pojawiających się tu i ówdzie absurdalnych pomysłów prywatyzacji publicznych szkół, które to pomysły pośrednio wynikają z… dogmatycznego sprzeciwu związków zawodowych w sprawie wprowadzenia standardów oświatowych. Słowem program socjalny to nie rozdawnictwo, ale wydawanie publicznych pieniędzy w interesie obywateli.
Drugi element to tworzenie otwartego światopoglądowo, świeckiego państwa. Celowo nie piszę o tolerancji i liberalizmie światopoglądowym, bo nie o to mi chodzi. Państwo otwarte i świeckie to takie, w którym każdy, kto akceptuje zasady demokracji, ma prawo wypowiadać swoje zdanie i nikt nie zmusza go do nawet milczącej akceptacji światopoglądu, który mu nie odpowiada. Opinia każdego obywatela jest przez rządzących wysłuchana, a dialogu nie zastępuje pełen nienawiści monolog. Warto tę definicję przytoczyć, bo także w naszych szeregach często o niej zapominamy. Polacy nie oczekują od lewicy np. walki z Kościołem, ale oczekują sprzeciwu wobec praktyk urzędników Pana B., jak śpiewano kiedyś w kabareciku Olgi Lipińskiej. To drobna różnica, ale bardzo ważna.
Czas na warunek drugi. O ile pierwszy można nazwać strategicznym, drugi jest taktyczny. Działacze lewicy muszą przekonać Polaków, że po prostu opłaca się na lewicę głosować. Ubiegłoroczne wybory pokazały, że dla wielu Polaków

kartka do głosowania

bardziej niż wyborem ideologicznym była inwestycją. W tym przypadku inwestycją w obalenie PiS. Trzeba więc przekonać Polaków, że warto zainwestować w lewicę, bo nie tylko mamy dobre pomysły, lecz także potrafimy je zrealizować. Słowem kartka wyborcza z głosem na lewicę nie zostanie zmarnowana. Do tego potrzebna jest na lewicy w perspektywie wyborów parlamentarnych roku 2011 jednolita formacja polityczna, sprawnie reagująca na problemy nurtujące nasz kraj. Taka formacja nie powstanie, jeśli nadal będziemy się zajmować głównie sobą, jeśli mniejsze i większe formacje lewicowe nadal będą rozdzierane rachunkami minionych wzajemnych krzywd. Kierunek na plan integracji potwierdza także praktyka innych krajów demokratycznych. Znaczący wpływ na zarządzanie państwem mają te formacje socjalistyczne i socjaldemokratyczne, które tworzą jednolite struktury organizacyjne. Przykład włoskiego Drzewa Oliwnego to specyfika, która potwierdza regułę. Oczywiście jednolite struktury nie oznaczają jednolitego poglądu na każdą sprawę.
Czy te dwa warunki odbudowy da się zrealizować? Zapewne w końcu tak. Pytanie brzmi jednak – jak długo będzie to trwało? Jeśli wśród działaczy lewicy zwycięży wiara w magiczną walizkę z głosami, którą wystarczy wyjąć z szafy w gabinecie aktualnego przewodniczącego, to odbudowa trwać będzie długo. Wtedy zrealizuje się alternatywa w postaci trwałej marginalizacji lewicy w coraz bardziej zmniejszającej się niszy wyborczej. Być może taka sytuacja niektórym działaczom lewicy odpowiada. Mnie nie.

Autor jest członkiem Rady Krajowej SLD

Wydanie: 3/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy