Prawdziwki na szosie

Prawdziwki na szosie

Kiedy zatrzymuje się auto, zamierają w nadziei, że może teraz ktoś kupi wiaderko grzybów. Za 20 złotych

Andrzej Krzus jak co dzień wstał o czwartej rano. Zbierał do południa. Przyniósł do skupu ponad cztery kilogramy grzybów.
– Nachodziłem się dzisiaj tak, że nóg nie czuję. Jestem bez pracy i bez zasiłku. W domu troje dzieci. Przecież nie będę siedział w chałupie bezczynnie. Dzisiaj zarobiłem 50 złotych, ale jutro nie ma już po co do lasu chodzić. Wszystko powyrywane razem z grzybnią. Mam swoje stałe miejsca.
Żeby uzbierać wiaderko, trzeba chodzić od czwartej rano do wieczora. Na grzyby chodzą całe wsie. Rozwinęły się nawet małe przedsiębiorstwa transportowe powołane jedynie na lato. Zarabiają kierowca, właściciel punktu skupu i oczywiście grzybiarze.
W samych tylko Szwaderkach koło Olsztynka są trzy punkty skupu runa leśnego. W powiecie jest ich kilkadziesiąt, a w województwie warmińsko-mazurskim kilka tysięcy.
Rodzina Kwiatkowskich prowadzi interes od 30 lat. Rok temu skup przejął Sebastian, uczeń czwartej klasy liceum wieczorowego.
– Jestem spokojny o sprzedaż surowca. Mam podpisaną umowę z odbiorcą. Nic się nie zmarnuje. Skupujemy głównie grzyby. Za kilogram kurek płacę 13 zł, ale gdy jest wysyp, mogę dać tylko 5, góra 10 zł.
Grzybiarze to głównie bezrobotni. – Zbierają, bo muszą. Mamy stałych klientów – mówi Sebastian – przychodzą nawet dwa razy dziennie. Skup otwieramy o ósmej. Teraz jest dziesiąta, a ja mam już na wadze ponad dziesięć kilogramów kurek. Ludzie z popegeerowskich wsi po prostu z tego żyją.
W domu po drugiej stronie ulicy skup prowadzi Jolanta Wiśniewska. Potwierdza słowa Sebastiana.
– Dla bezrobotnych to jedyny dochód. Jak się rodzina dobrze uwinie, dziennie może zarobić od 20 do 40 zł. Płacę tak jak wszędzie. Za kilogram kurek 13 zł, podgrzybki i maślaki 2 zł, prawdziwki 6 zł. Skup będziemy prowadzić do późnej jesieni. Średnio na jednego zbieracza przypada dwa i pół kilograma grzybów dziennie.

«««
Dzieci z biednych rodzin również zbierają grzyby. Ale w skupach pojawiają się sporadycznie. Za to pobocza wylotowej szosy z Olsztyna na Warszawę są ich pełne. Pracują na zmiany, bo zawsze ktoś musi być w domu przy najmłodszych.
– Razem z rodzicami jest nas dziesięcioro – liczy 17-letnia Ania. – Kiedyś tata pracował w PGR-ze w Szkotowie. Ale to się skończyło. Teraz wszyscy chodzimy na grzyby i sprzedajemy je na szosie.
Ania skończyła tylko szkołę podstawową. Dalej już nie mogła się uczyć.
– Nie było warunków. Ani pieniędzy na dojazdy, ani na książki. Ja jestem najstarsza. Musiałam pomagać rodzicom. Już cztery lata zbieram i sprzedaję grzyby. Wszystkie pieniądze oddaję mamie na jedzenie. Są dni, że i 50 zł zarobię, ale dużo jest takich, że wracam do domu z pełnymi koszykami. Rzadko udaje się coś z tych pieniędzy odłożyć, a jeśli już, to pójdą na zeszyty dla dzieciaków.
Na piaszczystym poboczu równiutko poustawiane miseczki i wiaderka pełne grzybów. Prawdziwki, podgrzybki… Tu nie sprzedaje się na kilogramy. Wiaderko prawdziwków kosztuje 20 złotych.
– Ludzie uważają, że to za drogo. Targują się. Żeby nie stracić dnia, opuszczamy i do dziesięciu.
Ania nigdy nie miała prawdziwych wakacji. – Wyjeżdżałam – opowiada – jedynie na zarobek. Teraz szukam pracy. Ale bez zawodu trudno coś znaleźć.
Chwilę rozmawiamy o gatunkach grzybów. Wszyscy deklarują znajomość rzeczy. Zbierają przecież zawodowo. Nie może być pomyłki. Jak na razie nikt ich nie przegania, nie grozi mandatem. Siedzą więc w rowie, gazetami chroniąc głowy przed słońcem. Spoglądają z nadzieją na nadjeżdżające samochody.
Jest wśród nich kobieta w średnim wieku, Krystyna Jomak.
16 lat przepracowała w szkodliwych warunkach nidzickiej Izolacji.
– Myśli pani, że to tak przyjemnie siedzieć na szosie i błagać o parę groszy? Renty mam 330 zł. Mąż choruje na raka. Cała jego renta idzie na leki. Mamy na utrzymaniu dorosłego syna. Skończył szkołę specjalną, ale pracy nigdzie nie dostanie. Gdybym nie dorabiała na grzybach, pewnie bym z głodu umarła. A tu zaraz zima. Brakuje opału.
Wreszcie zatrzymuje się autobus. Turyści wysiadają, oglądają, pytają.
– Po ile prawdziwki?
– A nie robaczywe?
– Po 15 zł? Bardzo drogo. Kurek nie macie? To pewnie przyjemnie tak od rana po lesie chodzić, a potem jeszcze na tym zarobić.
Przesypują grzyby do swoich woreczków. Płacą i odjeżdżają. Dzieci liczą pieniądze. Dzisiaj zarobiły.


Śmiertelny zjazd po grzyby

Przydrożny handel grzybami może stanowić realne zagrożenie dla ruchu drogowego. Zanotowano nawet wypadek śmiertelny, gdy koło oderwane od gwałtownie hamującego samochodu zabiło stojącego przy drodze grzybiarza.
– Największe niebezpieczeństwo stwarzają nie handlujący, ale kierowcy, którzy chcąc kupić grzyby, zatrzymują się w miejscach niedozwolonych – ostrzega Bożena Przyborowska, rzecznik biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. – Dlatego najbardziej ruchliwe drogi, a więc także wylotowa na Warszawę, są przez nas wciąż monitorowane. W sierpniu przeprowadziliśmy akcję “Prędkość”. Zwracaliśmy uwagę nie tylko na kierowców przekraczających dozwoloną prędkość, ale także na tych, którzy zatrzymywali się na poboczach. W naszym województwie nie było dotąd wypadku, którego bezpośrednią przyczyną byliby grzybiarze handlujący przy drogach.

Wydanie: 35/2001

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy