Kagańcowcy idą po władzę

Kagańcowcy idą po władzę

Prawicowa rewolucja w Polsce ma przeorać państwo na kolejne dziesięciolecia. Dlatego dokonuje się rękami młodych

Najbardziej medialne twarze rewolucji w wymiarze sprawiedliwości to dziś ekipa o średniej wieku typowej bardziej dla drużyny piłkarskiej niż dla ministerstwa. I tylko trochę w tym przesady. Jan Kanthak, poseł Solidarnej Polski, i Michał Woś, dziś minister w rządzie Mateusza Morawieckiego, a do niedawna jeden ze współpracowników Zbigniewa Ziobry, urodzili się w 1991 r. Sebastian Kaleta, sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości i były przewodniczący tzw. komisji reprywatyzacyjnej, jest od kolegów rok starszy, ma 30 lat. Wiceministrowie Marcin Warchoł i Michał Wójcik mają 40 i 48 lat. Nie można zapomnieć też o Patryku Jakim (rocznik 1985), który choć dziś jest już w Parlamencie Europejskim, przez kilka lat był frontowym żołnierzem ministra sprawiedliwości i jego prawą ręką we wszystkich medialnych potyczkach z opozycją. 50-latek Zbigniew Ziobro – od zawsze „młoda twarz” PiS – jest w tym gronie akurat najstarszy.

„Są burzą i słońcem przyszłości. Młode byczki wkraczają”, Tadeusz Cymański, inny poseł Solidarnej Polski, z uśmiechem komentuje kariery, jakie niedawni absolwenci wydziałów prawa porobili w resorcie sprawiedliwości. Szczególnie głośno o najmłodszych współpracownikach Ziobry i jednych z najmłodszych posłów w ogóle, Kanthaku, Kalecie i Jacku Ozdobie (28 lat, wiceminister klimatu), zrobiło się na początku tego roku, gdy zostali twarzami „ustawy kagańcowej”. Wszyscy kontynuują zwyczaj zapoczątkowany niegdyś przez samego Ziobrę – krytykują swoich wykładowców i nauczycieli ze studiów prawniczych, twierdząc, że to oni, a nie ich profesorowie, właściwie rozumieją prawo. Całkiem niedawno, gdy Rada Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego odrzuciła kandydaturę Jana Kanthaka na asystenta na tym wydziale, ten krzyczał w TVN o „dyskryminacji ze względu na to, że pracuje w Ministerstwie Sprawiedliwości”. Pytani o prawdziwe autorytety prawnicze i polityczne wszyscy zgodnie wymieniają Lecha i Jarosława Kaczyńskich oraz Zbigniewa Ziobrę. Jako student Sebastian Kaleta zapraszał na spotkania z młodzieżą na Uniwersytecie Warszawskim Jarosława Kaczyńskiego, Viktora Orbána i Andrzeja Dudę. Mieszkał wtedy w jednym pokoju z Piotrem Müllerem (31 lat), dziś rzecznikiem rządu.

Wiek ziobrystów to jeden z kluczy do zrozumienia tektonicznej zmiany, którą konsekwentnie wprowadza, najpierw w wymiarze sprawiedliwości, a docelowo w polskim życiu politycznym w ogóle, Zbigniew Ziobro.

Ideowe serce partii

Solidarna Polska teoretycznie jest na słabej pozycji. Ma 19 posłów, kilka tysięcy członków, jej losy zależą w wielkim stopniu od dwóch ludzi – Jarosława Kaczyńskiego, który jest suwerenem Ziobry, i premiera Morawieckiego, największego politycznego przeciwnika w koalicyjnym rządzie Zjednoczonej Prawicy. W praktyce, pomimo stosunkowo niewielkiego stanu posiadania, Solidarna Polska jest w awangardzie prawicowej rewolucji i umacnia się na pozycji gracza zdolnego do przejęcia największego „księstwa” po ewentualnym rozpadzie obozu Jarosława Kaczyńskiego.

Ostatnia, zorganizowana wręcz z dnia na dzień, konwencja Solidarnej Polski wyprzedziła oficjalny start kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy. W szczycie kryzysu sądowego i tuż po tym, jak marszałek Sejmu ogłosiła datę wyborów – trudno nie pomyśleć, że chodziło o wyprzedzenie prezydenta i wyznaczenie ostrego kursu.

Ziobro i jego ludzie postanowili – jak to dziś modnie się mówi – „przejąć narrację” w wojnie o sądy. Gdy Jarosław Gowin próbuje wyciszać spór, a Jarosław Kaczyński coraz częściej milczy, Solidarna Polska organizuje głośny polityczny spektakl. Na lutowej konwencji ogłaszano „walkę z sędziokracją” i „sędziowskim bizancjum” oraz powstrzymanie „zamachu stanu na ustrój demokratyczny RP”. To ostatnie zdanie to najnowszy spin Ministerstwa Sprawiedliwości – sędziowie Sądu Najwyższego i ich zwolennicy, kwestionując legalność posunięć rządu, dokonują właściwie zamachu stanu i, jak dodaje od siebie Patryk Jaki, „chcą wprowadzić quasi-totalitaryzm”. Działacz Solidarnej Polski i kontrowersyjny prawicowy bloger, Dariusz Matecki, pisał, że na konwencji jego partii widzom zaprezentowano „piękną orkę po krytykach reformy wymiaru sprawiedliwości”.

I tak rzeczywiście było – całe wydarzenie poświęcono zohydzaniu sędziów jako grupy zawodowej oraz wymiaru sprawiedliwości jako takiego i wykazywaniu, że właśnie partia Zbigniewa Ziobry wzięła kwestię sądownictwa w swoje ręce. Wystąpienia na konwencji zaplanowano dla – z wyjątkiem europosłanki Beaty Kempy – ludzi tak czy inaczej związanych z Ministerstwem Sprawiedliwości. Przemawiali Jaki, Warchoł, Kaleta, Wójcik i oczywiście sam „Szeryf”. Po przejściu Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza do Trybunału Konstytucyjnego to z ekipy Ziobry rekrutują się politycy najbardziej radykalni i bezkompromisowi, jeśli chodzi o sądownictwo – i tacy, co do których nie będzie wątpliwości, że z przekonaniem wdrożą każdy pomysł ministra, nie oglądając się nawet na koalicjantów.

„Pod groźbą wejścia bratnich wojsk nie zrezygnujemy z reformy”, zapowiadał na antenie Radia Plus Sebastian Kaleta. Z kolei w głośnej sprawie obniżenia wyroku dla sprawcy śmierci trzyletniego dziecka głos zabrał Michał Woś: „Myślę, że jest to bulwersujące orzeczenie, które pokazuje, że polski wymiar sprawiedliwości zapadł na głęboką chorobę, (…) to jest rażąca niesprawiedliwość i niewspółmierność kary. Pamiętajmy, że zostało zamordowane bezbronne trzyletnie dziecko”. Później okazało się, że sędzia, który wydał ten wyrok, awansował już za czasów Zbigniewa Ziobry i dostał powołanie na sędziego dyscyplinarnego od nowej, przejętej przez PiS, KRS. „Mieliśmy przykłady sędziów, którzy kradli kiełbasę, bili żonę, a dalej orzekali”, przypominał niedawno na antenie TVP 1 starą śpiewkę Jacek Ozdoba.

Konwencja Solidarnej Polski miała też pokazać – i to się udało – że w całym obozie Zjednoczonej Prawicy to ziobryści są prawdziwie oddani sprawie, a w ich rękach znajdują się i pochodnia ideowości, i najcięższe kije na opozycję. Tak zwany twardy elektorat – szczególnie na prowincji, wśród zwolenników prawicy w stylu Macierewicza i o. Rydzyka – ma dostać sygnał, że etos „prawdziwego PiS” dzierżą i przechowają na trudniejsze czasy właśnie Ziobro i jego ludzie. Członkowie ugrupowania ministra sprawiedliwości czule pielęgnują więzi z toruńskimi antenami – TV Trwam i Radiem Maryja – w których są regularnymi gośćmi, wygłaszając tam zazwyczaj poglądy bardziej radykalne niż w mediach głównego nurtu. „Solidarna Polska chce się bowiem jawić jako najbardziej dynamiczna i ideowa część obozu władzy. Ziobro przed laty pragnął rozbić PiS, dziś chce go ulepić na swoje podobieństwo”, podsumował ambicje tego środowiska Wojciech Szacki na łamach „Polityki”.

Akcje w górę

Już po październikowych wyborach czytelne były oznaki wzrastania w siłę ekipy Ziobry. Media donosiły, że oczekiwania wystrzeliły w górę dzięki zwiększeniu przez koalicjantów Kaczyńskiego stanu posiadania w Sejmie. Ziobro ze swoimi 17 (dzisiaj ma już 19) posłami i dwoma senatorami miał po wyborach zażądać pozycji wicepremiera dla siebie i dodatkowego resortu dla Solidarnej Polski. Ostatecznie „Szeryf” dostał mniej niż połowę tego, a i tak zyskał. Dziś „jego człowiekiem” w KPRM jest 29-letni Michał Woś – wprawdzie nie dostał własnego resortu, ale pozycja ministra członka Rady Ministrów daje mu pewnie więcej swobody niż planowane wcześniej dla niego Ministerstwo Środowiska. Woś nie próżnuje – dziennikarze, którzy śledzą komunikaty prasowe Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, doskonale wiedzą, że przez pewien czas konferencji i briefingów najmłodszego ministra było tyle, ile wystąpień samego premiera.

To właśnie przykład Wosia pokazuje, jak dynamiczną karierę można zrobić, trzymając się Ziobry. W jego przypadku droga od radnego w Raciborzu do członka rządu RP trwała zaledwie trzy lata – kluczowym jej etapem było objęcie funkcji doradcy ministra sprawiedliwości, a potem szefa jego gabinetu politycznego. Woś radnym w Raciborzu został w 2014 r., a w 2017 pilotował ważne wizerunkowo projekty, np. rejestr przestępców seksualnych, już jako podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości. Przy okazji „załatwił” środki z Funduszu Sprawiedliwości Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Raciborzu czy ochotniczej straży pożarnej i ściągnął na festyn Ziobrę oraz Cezarego Pazurę, co z pewnością nie zaszkodziło jego wyborczym szansom w mieście, gdzie – jak śmieją się media – zamienia w złoto wszystko, czego się dotknie.

Podobne kariery przy Ziobrze porobili wcześniej Jaki, Kanthak czy Kaleta. Minister Ziobro – niektórzy dodają, że przy pomocy swojego brata Witolda – konsekwentnie wynajduje młodych ludzi, którzy zwiążą z nim karierę i na lata umocują Ziobrową wizję państwa i prawa w instytucjach.

To esencja tego projektu. Przecież nawet gdy PiS straci kiedyś władzę, ci wychowankowie Ministerstwa Sprawiedliwości będą wykładać na uczelniach, zajmować stanowiska w Krajowej Radzie Sądownictwa, pracować w Sejmie lub kolejnych rządach, uprawiać zawody prawnicze.

Dzieci prawicowej rewolucji

Dlatego szczególnie ciekawa jest kwestia pokoleniowa. Kaleta, Kanthak czy Woś wychowali się w realiach, w których władzą wymieniają się dwa prawicowe ugrupowania, a największym złem dla milionów wyborców jest jeden z tych dwóch zwalczających się obozów. Jeśli ktoś dołączył do pisowskiej młodzieżówki około roku 2012, to prawdopodobnie jedyną rzeczywistością polityczną, jaką zna, jest konflikt schyłkowej, bezideowej PO i drapieżnego, populistycznego, idącego po władzę i szybko unowocześniającego się PiS. Co jeszcze kilka, a już na pewno kilkanaście lat temu było nie do pomyślenia, dziś jest jak najbardziej możliwe. Można związać się ze Zbigniewem Ziobrą i całą swoją zawodową karierę, wszystkie awanse oraz wartościowe znajomości i okazje do realizowania politycznych ambicji zawdzięczać temu jednemu politykowi i jego środowisku.

Tak właśnie wykuwa się kadry na wojnę czy rewolucję – i tak wychował je sobie minister sprawiedliwości. Podczas gdy niektórzy politycy Zjednoczonej Prawicy mogą bronić wojny z sądami z obowiązku lub cynizmu, pokolenie młodych działaczy rzeczywiście wierzy w, jak sami piszą, „całościową wizję reformy wymiaru sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry”, bo tą wizją i programem nasiąkali od wczesnych lat studenckich. Jak uczy historia, najgorliwszymi adeptami rewolucji i bezkrytycznymi wyznawcami jej doktryny zawsze są dwudziestokilkulatkowie, bo nie pamiętają faktycznej sytuacji za ancien régime’u, który tak namiętnie obalają.

Na ten pomysł jednak nie wpadł wyłącznie Zbigniew Ziobro. Podobnie zachował się choćby Donald Trump, który do realizacji swoich pomysłów potrzebuje ludzi nieliczących się ze zdaniem politycznego głównego nurtu i uważających się za wewnętrzną opozycję także wobec bardziej centrowych czy kompromisowych nurtów w Partii Republikańskiej. Zajmowanie się uważanymi za niekonstytucyjne i bezsensowne planami zakazywania wjazdu muzułmanom, budowy muru na granicy z Meksykiem czy deportowania i rozdzielania rodzin imigrantów Trump powierzył swojemu doradcy Stephenowi Millerowi, który w momencie wygranej Trumpa był 31-letnim działaczem skrajnego odłamu prawicy, z zerowym doświadczeniem w administracji rządowej.

Młodzi faktycznie mają mniej sentymentów. Dlatego niektórzy nazywają współpracowników Ziobry „ekipą na polexit”.

Głębokie kieszenie Temidy

Ktoś mógłby zapytać, jak i dlaczego ekipa pozornie najmniejszego z trzech koalicjantów, formalnie niestartująca nawet w wyborach jako osobna partia, miałaby urosnąć kiedyś do najważniejszej siły na prawicy. Tu trzeba pójść śladem pieniędzy.

Po wyborach w 2015 r. przynajmniej 17 osób z otoczenia Zbigniewa Ziobry znalazło zatrudnienie w spółkach skarbu państwa – donosiły o tym „Puls Biznesu” i TVN 24. Były to tak różne firmy jak Polska Grupa Zbrojeniowa, PKP i powiązana z PGNiG SA Geovita, zarządzająca ośrodkami wypoczynkowymi. W tej ostatniej dostał miejsce młody Sebastian Kaleta – gdy dziennikarze pytali go, jak będzie łączył pracę w ministerstwie, rolę rzecznika i funkcję w radzie nadzorczej firmy zajmującej się hotelarstwem, odpowiedział, że „prawo dopuszcza takie rozwiązanie”. Najwięcej ludzi kojarzonych z Ziobrą trafiło jednak do sektora ubezpieczeń: na liście firm, do których weszli ziobryści, były PZU, PZU Zdrowie, PZU Życie i Link4. W tej ostatniej pracuje żona Zbigniewa Ziobry, Patrycja Kotecka, a prawnik, który reprezentował Ziobrę w procesach, Bartłomiej Litwińczuk – wtedy 36-letni – trafił aż do czterech rad nadzorczych. Dziś jest m.in. członkiem zarządu w PZU Życie SA. Brat Zbigniewa Ziobry, Witold, został doradcą zarządu Banku Pekao SA. Do listopada 2019 r. prezesem Pekao był zaś Michał Krupiński, który przyjaźni się z Ziobrami. Na styku bankowości i Solidarnej Polski działy się ciekawe rzeczy – portal INNPoland po wystąpieniach posłów Krzysztofa Brejzy i Arkadiusza Myrchy pisał, że „osoby, które wpłacały hojne darowizny na Solidarną Polskę, po wyborach dostały stanowiska w instytucjach podległych rządowi” albo w prywatnych firmach, w których udziały miał np. państwowy PZU.

O ile jednak spółki skarbu państwa i ich obsadzanie to typowa historia, o tyle prawdziwa kreatywność i taktyczne myślenie ziobrystów ujawniły się na innym polu. W 2012 r. Ministerstwo Sprawiedliwości powołało do życia Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej. Pomysł w gruncie rzeczy był dość prosty. Pieniądze pochodzące z nawiązki zasądzanej sprawcom przestępstw Ministerstwo Sprawiedliwości rozdzielało w otwartym konkursie między organizacje społeczne, a te dzięki przyznanym dotacjom obejmowały opieką ofiary przestępstw i ich bliskich. O zmianach – nie tylko w nazwie, bo dziś to Fundusz Sprawiedliwości – zrobiło się głośno wkrótce po objęciu resortu przez ministra Ziobrę. Okazało się, że pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości nie otrzyma np. Centrum Praw Kobiet (rok wcześniej dotacja wyniosła 1,7 mln zł), bo zdaniem ministerstwa pomoc wyłącznie kobietom jest… dyskryminacją. Za rządów PiS Fundusz Sprawiedliwości rósł – z każdym kolejnym rokiem kwoty, które można było przeznaczyć na pomoc pokrzywdzonym, były większe. A jednak, jak wynikało z rozliczeń Ministerstwa Sprawiedliwości, pieniędzy do ofiar trafiało mniej.

„Tajemnica” Funduszu Sprawiedliwości okazała się prozaiczna. Dzięki alarmom organizacji społecznych, publikacjom Sebastiana Klauzińskiego w portalu OKO.press i kontrolom NIK wyszło na jaw, że pokaźne kwoty były wydawane na spektakularne działania społeczne, takie jak doposażanie szpitali w karetki czy remonty straży pożarnych – które są okazją do korzystnego przedstawiania w mediach ministra i jego zastępców, ale w żaden bezpośredni sposób nie realizują celu pomocy ofiarom przestępstw. Mogą jednak służyć czemu innemu – ceremonie „wręczania” tych pieniędzy, z udziałem kamer (w formule wcześniej nieznanej w przypadku przekazywania rządowych dotacji), organizują działacze i kandydaci Solidarnej Polski w swoich okręgach wyborczych. Politycy z bezpośredniego zaplecza Zbigniewa Ziobry chwalili się, jak „pomagają” szpitalom i strażakom. Gdyby pieniądze były rozdzielane na zasadach konkursu, jak powinno to się odbywać, nie byłoby czym się chwalić – odbiorcami dotacji byliby zwycięzcy konkursów. Ale ministerstwo zmieniło zasady przyznawania tych pieniędzy na bardziej uznaniowe – teraz minister ma większą swobodę decydowania, kto je dostanie.

Rzecznik praw obywatelskich pytał w 2018 i 2019 r. ministra Ziobrę, dlaczego środki przeznaczone na pomoc ofiarom przestępstw trafiają choćby do Fundacji Lux Veritatis o. Rydzyka czy do wspomnianej Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Raciborzu (patrz: kariera Michała Wosia). Wcześniejsza kontrola NIK stwierdziła, że pieniądze wydawane są niezgodnie z ustawą o finansach publicznych. Media informowały, że szczególne natężenie takich działań „społecznych” finansowanych ze środków podlegającego Zbigniewowi Ziobrze funduszu widać było w kampanii wyborczej w regionach, gdzie Solidarna Polska jest mocna.

A partia Ziobry, co być może w tym kontekście istotne, nie otrzymywała subwencji budżetowej. Co jednak równie ważne, jeśli nie ważniejsze, roczna subwencja dla partii z 19 posłami w Sejmie wyniosłaby nie więcej niż 10 mln zł. Wielkość Funduszu Sprawiedliwości to ok. 340 mln zł.

Marsz przez instytucje

Włoski filozof i marksista Antonio Gramsci sformułował prawie 100 lat temu idee, które zaistniały w szerokiej świadomości dzięki sloganowi o „marszu przez instytucje”. Gramsciemu chodziło – w największym skrócie – o to, że samo przejęcie władzy w państwie nie daje gwarancji powodzenia rewolucji. Należy również przejąć instytucje formujące autorytety, intelektualistów i standardy społeczne. Nie ma dziś wątpliwości, że trwający od kilku lat marsz PiS po całość władzy jest tym właśnie – „prawicowym gramscizmem”, długim marszem przez instytucje, który skończyć się może tylko ich przejęciem lub likwidacją.

Odkąd Zbigniew Ziobro został ministrem sprawiedliwości, powołano do życia, obsadzono jego współpracownikami lub „zrepolonizowano” wiele instytucji prawnych. Jest Pracownia Liderów Prawa, czyli „seminaria edukacyjne pod Honorowym Patronatem Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro”. Jest placówka badawcza – Instytut Wymiaru Sprawiedliwości, przejęty na początku kadencji przez Marcina Romanowskiego (jednego z bohaterów tekstu w PRZEGLĄDZIE o wpływach Opus Dei). Do tego dochodzi opisany szeroko powyżej Fundusz Sprawiedliwości, nad którym na przemian czuwali różni bliscy współpracownicy Ziobry. Są także sędziowie delegowani do Ministerstwa Sprawiedliwości – czyli tacy, którzy nie orzekają, tylko pracują w ministerstwie. Rok temu stowarzyszenie sędziowskie Iustitia ujawniło, że było ich ponad 160. Zdaniem niektórych prawników delegacja może być formą nagrody, bo – jak pisała „Gazeta Prawna” – „sędzia w resorcie ma lepiej”, choćby dzięki otrzymywanemu dodatkowi do pensji. Jednym z takich delegatów był zamieszany w hejtowanie innych sędziów w internecie Jakub Iwaniec – przypominał dziennik.

Także relacje z mediami pokazują bardziej dalekosiężne ambicje Solidarnej Polski – niedawno portal Oko.press ujawnił, że Ministerstwo Sprawiedliwości miało „wiele interesów” z Wirtualną Polską. Na portalu ukazywały się anonimowe, podpisane nazwiskiem fikcyjnego dziennikarza, teksty przychylne ministerstwu. Fundusz Sprawiedliwości – co wiemy ze sprawozdań i dzięki interpelacjom poselskim – ma olbrzymie, sięgające kilkunastu milionów na kampanię, budżety promocyjne, które wydaje w prywatnych mediach, również należących do międzynarodowych koncernów uznawanych oficjalnie przez PiS za wrogie. Żona ministra Ziobry, była dziennikarka, Patrycja Kotecka, znalazła zatrudnienie jako szefowa w Link4, spółce córce PZU. Gdy portal Wirtualnemedia.pl zapytał Kotecką – pracującą przecież jako szefowa marketingu, więc i z mediami – kto jest człowiekiem roku, wskazała prezesa TVP Jacka Kurskiego. A tak się też składa, że obecny szef TVP zakładał z Ziobrą Solidarną Polskę w 2012 r. i do dziś mają nie najgorsze relacje – ludzie Zbigniewa Ziobry mogą liczyć na dobry czas antenowy u państwowego nadawcy.

O ciepłych stosunkach z o. Rydzykiem była już mowa, ale oprócz tego przychylnie na „młodych byczków” z Ministerstwa Sprawiedliwości patrzą także media braci Karnowskich. W kampanii wyborczej na stronach wPolityce.pl można było przeczytać wzruszające laurki o Wosiu czy Kalecie – chodzą do kościoła, uprawiają sport, wychowani zostali na patriotów, lubią też gry komputerowe, ale nie mają na nie czasu, bo ciężko pracują dla Polski. Na pewno pracują ciężko – na swoją pozycję, i to na lata naprzód.

Ostatecznym efektem tego długiego marszu ma być to, że cokolwiek w najbliższych latach się stanie, kluczowe pozycje w instytucjach prawnych, wymiarze sprawiedliwości i zawodach prawniczych będą zajmowali ludzie „uznający całościową wizję reform pana ministra”. I jak mówił w rozmowie z tygodnikiem „Wprost” jeden z takich ludzi, „nigdy nie było nas tak dużo”. Jeśli Kaczyński straci władzę – ludzie Ziobry mają być gotowi; jeśli Polska znajdzie się na drodze bez odwrotu do unijnych sankcji – tak samo. Jeśli zaś prawica skręci w stronę jakiejś konserwatywnej technokracji – „korporacyjno-kapitalistycznego frankizmu”, jak ktoś niedawno nazwał tę wizję – i na tę okazję gotowi będą gorliwie katoliccy, uformowani przez studenckie korporacje i zaznajomieni z państwową biurokracją resortowi chłopcy.

Off the record prawicowcy mówią tak: władza się zmieni, ale zmiany dokonane przez tę władzę będą nieodwracalne.

Fot. Tomasz Jastrzębowski/REPORTER

Wydanie: 8/2020

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Radoslaw
    Radoslaw 20 lutego, 2020, 12:35

    „krytykują swoich wykładowców i nauczycieli ze studiów prawniczych, twierdząc, że to oni, a nie ich profesorowie, właściwie rozumieją prawo.”
    Zupełnie, jak Czerwona Gwardia Mao w czasie chińskiej rewolucji kulturalnej. Ekstremistów wszelkich ideologii łączy zawsze to samo – chcą „zniszczyć system”, przejąć władze a potem „sie zobaczy”. Za PRL-u, nawet w wczesnych, mocno zideologizowanych jego latach, realizowano jednak fundamentalne reformy społeczne i gospodarcze. A od czasu odwilży 1956 roku, pragmatyzm krok po kroku wypierał ideologiczny dogmatyzm.
    Natomiast prawicowa neobolszewia wiedzie państwo polskie w dokładnie przeciwnym kierunku.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy