Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Sejmowa Komisja Spraw Zagranicznych zatwierdziła trzech kolejnych ambasadorów. O dwóch pisaliśmy tydzień temu: artysta-malarz, Sławomir Ratajski, jedzie do Argentyny, a Jan Tombiński, dyrektor-koordynator Departamentu Europy Zachodniej, do Paryża. Trzeci, Tomasz Kozłowski, zawodowy dyplomata, orientalista, pojedzie na ambasadora do Pakistanu.
W Sejmie było spokojnie. W głosowaniu nad kandydaturą Ratajskiego SLD-owcy się wstrzymali, za Kozłowskim byli wszyscy, podobnie jak i za Tombińskim. A tu akurat mogliby wykazać więcej refleksu. Otóż specyfika polsko-francuskich stosunków polegała na tym, że do Paryża, na ambasadora, wysyłaliśmy zawsze kogoś. Czyli osobę albo dobrze usytuowaną w establishmencie władzy, albo też znającą doskonale język i kulturę Francji. Poprzednik Tombińskiego, Stefan Meller, pojechał do Paryża ze stanowiska wiceministra jako osoba posiadająca mocne koneksje w Unii Wolności, przy tym znająca świetnie francuski. Języka Moliera nauczył się w Paryżu, gdzie spędził kilka lat jako dziecko PRL-owskiego dyplomaty.
Natomiast Tombiński nawet w MSZ jest osobą mało znaną. Germanista, przyszedł do MSZ w latach 90. z biblioteki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Potem był na placówce w Pradze i jako ambasador w Słowenii. Tyle. Niby dobrze, ale jak na Francję trochę za mało. Albo też zinterpretujmy to inaczej: fakt, że wysyłamy do Paryża Jana Tombińskiego, świadczy o tym, że Francja w optyce polskiego MSZ zeszła na daleki plan.
I jeszcze jedno: ta nominacja świadczy też o tym, że siła pionu administracyjno-finansowego również nie jest wielka. Bo pobyt nowego ambasadora nad Sekwaną będzie sporo kosztował. Owszem, ambasador RP ma w Paryżu swoją rezydencję, ale pomieścić może ona średniej wielkości rodzinę. Tymczasem Tombiński ma siedmioro dzieci…
Jeżeli już wspomnieliśmy Mellera – otóż obserwując obrazki z moskiewskiej wizyty Władysława Bartoszewskiego, mogliśmy zobaczyć jego twarz w otoczeniu ministra. Co tam robił? Odpowiedź na to pytanie jest prosta, zwłaszcza dla tych, którzy pamiętają o zamiłowaniu ministra Bartoszewskiego do dyplomacji niekonwencjonalnej.
Tę dyplomację zaprezentował Bartoszewski podczas wizyty szefa rosyjskiego MSZ w Warszawie, kiedy to jemu pierwszemu przedstawił Marka Ziółkowskiego jako swojego kandydata na ambasadora w Kijowie. Teraz powtórzył manewr. Oficjalnie Meller był w Rosji w charakterze doradcy. Nieoficjalnie jako przyszły ambasador RP.
Ta sprawa jest już zamknięta. Jeszcze kilka miesięcy temu Meller nie wiedział, co będzie robił po powrocie do kraju, bo w MSZ jako zaprzysięgłego unity go nie chciano. Teraz wróci na stanowisko wiceministra. I z niego – żeby podkreślić wagę placówki – pojedzie na ambasadora do Moskwy. Tak chce prezydent. I pewnie ma ku temu własne kalkulacje. Jakie? Nie dywagujmy. Jedno jest pewne, język rosyjski Meller zna dobrze. Też nauczył się go w dzieciństwie.

Wydanie: 8/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy