Nominacja w cieniu SB

Nominacja w cieniu SB

Odwołujący się do odnowy moralnej senatorowie muszą dociec, czy Janusz Kurtyka przyczynił się do eliminacji kandydatury Andrzeja Przewoźnika na szefa IPN

Czy Janusz Kurtyka zostanie szefem Instytutu Pamięci Narodowej?
Kilkanaście dni temu dotychczasowy dyrektor krakowskiego oddziału IPN, głosami Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej, uzyskał poparcie sejmowej większości. Jednak zaraz potem w mediach pojawiły się informacje, których ciężar gatunkowy podważał zasadność jego nominacji. Kurtyka miał bowiem w nieuczciwy sposób wyeliminować z walki o fotel prezesa IPN najpoważniejszego kandydata, jakim swego czasu był Andrzej Przewoźnik, szef Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.
– Nadal będziemy popierać kandydaturę Janusza Kurtyki na stanowisko prezesa IPN – zapowiedział pod koniec ubiegłego tygodnia szef klubu PiS, Przemysław Gosiewski. Tę deklarację ogłosił po rozmowie z Kurtyką, który medialnym doniesieniom zdecydowanie zaprzeczył.
– Ale to nie jest totalne poparcie… – dodał wiceszef klubu, Tadeusz Cymański.
Ostatecznego rozstrzygnięcia należy się zatem spodziewać w tym tygodniu, po czekających Kurtykę przesłuchaniach przed zdominowanym przez polityków PiS Senatem.

Notatka Kosiby

Co zarzuca się Januszowi Kurtyce?
Kilka miesięcy temu Zbigniew Fijak, były działacz opozycji, a obecnie poseł Platformy, przekazał dziennikarce „Rzeczpospolitej” informacje, w których sugerował związki Andrzeja Przewoźnika ze Służbą Bezpieczeństwa. Ich podstawą była notatka Pawła Kosiby, byłego podoficera SB, według której Przewoźnik był agentem tajnej policji. Po opublikowaniu tych informacji w „Rzeczpospolitej” Przewoźnik został wyeliminowany z konkursu na prezesa IPN, a Kurtyka uzyskał rekomendację Kolegium IPN na to stanowisko. I zdobyłby je bez większych kłopotów, gdyby nie fakt, że w listopadzie Sąd Lustracyjny oczyścił Andrzeja Przewoźnika z zarzutów.
Dotychczasowy pewniak na fotel prezesa znalazł się w niewygodnej sytuacji – Fijak, znany krakowski „lustrator”, otrzymał wspomnianą notatkę w oddziale podległym Kurtyce. Przypadek? Jeszcze przed głosowaniem w liście do posłów Kurtyka przekonywał, że mimo szefowania krakowskiej filii IPN nie miał wpływu na wydanie Fijakowi dokumentu.
Sejmowa większość, jak się wydawało, uwierzyła i zaakceptowała kandydaturę Kurtyki, lecz wkrótce potem w prasie pojawiły się informacje podważające jego zapewnienia. Najpierw jeden z tygodników napisał, że dotarł do dokumentów, według których zgodę na udostępnienie Fijakowi akt krakowski IPN wydał nie w grudniu 2004 r. – jak utrzymywał Kurtyka – ale 21 czerwca 2005 r., czyli miesiąc po deklaracji Przewoźnika o udziale w konkursie. Tego samego dnia Fijak miał poświadczyć odbiór materiałów archiwalnych.
Z kolei dzień później „Gazeta Wyborcza”, w poświęconym sprawie materiale, zawarła mocną konkluzję – że Kurtyka „wiedział, iż dokument przekazany z kierowanego przez niego krakowskiego oddziału Instytutu wyeliminuje jego konkurenta Andrzeja Przewoźnika z konkursu na prezesa IPN”. Na potwierdzenie swojej tezy dziennik powołał się na wypowiedź obecnego prezesa Instytutu, Leona Kieresa. Profesor przyznał, że jeszcze przed publikacją w „Rzeczpospolitej” odbył rozmowę telefoniczną z Kurtyką. W jej trakcie szef krakowskiego oddziału poinformował przełożonego o możliwości wybuchu „skandalu wokół Przewoźnika”, po przekazaniu notatki Kosiby Fijakowi. Kurtyka mówił wówczas, że prawdopodobnie działacz Platformy ujawni treść dokumentu, on jednak nie ma z tym nic wspólnego…
Resztę już znamy. Najpierw zapewnienia polityków PiS – w tym premiera Kazimierza Marcinkiewicza – o konieczności zbadania sprawy, a potem deklaracja Gosiewskiego (Kurtyka miał przedstawić władzom PiS dokumenty, z których wynikało, że „nie podejmował żadnych decyzji w zakresie przekazania materiału grupie historyków, w wyniku którego potem nastąpił przeciek”).
Co na to wszystko sam Kurtyka? Tak jak wcześniej znów powtarzał, że nie mógł zablokować udostępnienia akt Fijakowi. A w wywiadzie udzielonym TVN 24 zapowiedział, że nie zrezygnuje z kandydowania. Dodał przy tym, że obecna kampania „jest inspirowana, a dokumenty do niej dostarcza część struktur IPN”, co – jego zdaniem – „trzeba będzie w przyszłości wyjaśnić”.

Szeroka kwerenda

W krakowskiej filii IPN nie brakuje osób przeciwnych objęciu funkcji szefa instytutu przez Janusza Kurtykę. To z tego grona pochodzą informacje, na które powoływały się gazety piszące o Kurtyce, a do jakich dotarła również redakcja „Przeglądu”. Sugerują one m.in., że Fijak odebrał kserokopię notatki Kosiby w archiwum oddziału w Wieliczce nie tylko nie wbrew woli Kurtyki, ale wręcz w jego obecności, mimo iż normalnie dyrektor oddziału urzęduje na ul. Reformackiej w Krakowie.
Wewnątrzipeenowska wojna? Nawet jeśli tak, Kurtyka ma w niej także swoich zwolenników. Z informacji, jakie uzyskaliśmy, wynika bowiem, że w krakowskim archiwum trwała do niedawna (a być może nadal trwa) szeroko zakrojona kwerenda na temat Andrzeja Przewoźnika. Dokumenty miały być poszukiwane z nadzieją na znalezienie kolejnych poszlak dotyczących rzekomej współpracy Przewoźnika z SB. Po co? By zabezpieczyć się przed następującym scenariuszem: po oczyszczeniu Przewoźnika przez sąd i odpadnięciu Kurtyki ten pierwszy startuje w kolejnym konkursie, zostaje prezesem IPN i wyciąga konsekwencje wobec tych, którzy niezgodnie z prawem doprowadzili do przecieku na jego temat.
Trudno stwierdzić, czy te działania odbywały się z inicjatywy Janusza Kurtyki czy nawet za jego wiedzą. Jest to jednak kolejna kwestia, którą powinni wyjaśnić senatorowie, nim zadecydują o losach kandydata na fotel prezesa IPN.


Historia notatki
Na początku lipca br. „Rzeczpospolita” podała, że w archiwach IPN w Krakowie odnalazło się oświadczenie byłego kaprala SB, Pawła Kosiby. W czasie procesów weryfikacyjnych ów funkcjonariusz – nadal chcący pracować w służbach specjalnych lub policji, tyle że już III RP – napisał oświadczenie, w którym ujawnił prowadzonych przez siebie agentów. W datowanej na 4 października 1990 r. notatce Kosiba podał nazwisko Andrzeja Przewoźnika. Znalazły się tam również jego rzekomy pseudonim („Łukasz”) oraz numer ewidencyjny (33 592). Już po publikacji Kosiba odwołał swoje rewelacje, mówiąc, że Przewoźnik nie był jego agentem. Z kolei sam Przewoźnik zwrócił się do sądu o postępowanie lustracyjne. Zapisy rejestracyjne w dokumentach SB miały charakter „życzeniowy” i były efektem „prognozy”, a nie rzeczywistego stanu – argumentował pełnomocnik Przewoźnika. Sąd uznał tę argumentację.

 

Wydanie: 51-52/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy