Prawo ognia

Prawo ognia

Wszystko wyglądało jak tragiczny w skutkach wypadek. Takich zdarzeń na polskich drogach są tysiące. Jednak ogień, który wszystko niszczy, tym razem odsłonił tajemnicę perfidnej zbrodni

„Mamy 17 dzień czerwca 2004 roku. W całej Polsce niebo jest bezchmurne, świeci słońce. Zbliża się godzina 17, zapraszam na serwis informacyjny”. Kierowca granatowego opla, podróżujący w stronę Sieradza, po tych słowach wyłącza radio. – Daliby ludziom odpocząć trochę od tej polityki. Ileż można gadać o tym samym – mówi do siebie.
Mężczyzna pogwizduje ulubioną melodię, mija miejscowość Wodzierady. Z daleka widzi słup ognia i czarnego dymu wysoki na cztery metry. Jeśli to wywrócona cysterna, to do nocy nie da się przejechać. Lepiej od razu zawrócić – decyduje.
Kilkaset metrów za nim jedzie szwaczka z pobliskiego Dobruchowa. Widzi dym i błąkającego się po drodze mężczyznę z osmalonymi włosami, który dziwnie się zachowuje, mówi, że bardzo mu się spieszy, że musi się dostać do Aleksandrowa Wielkiego, ale nie wyjaśnia, co się stało. Bez zaproszenia pcha się do samochodu. Szwaczka nie ufa obcym. Dlatego odmawia i skręca z głównej drogi.
Zaraz nadjeżdża kolejny samochód. Kierowca widzi roztrzaskanego poloneza trucka porzuconego na poboczu. Na bagażniku stoją dwie butle z płynnym gazem. Obok pali się seat toledo. Trzeba wiać, bo jak ogień się rozejdzie, to butle z gazem wybuchną – przychodzi mu na myśl. Już chce naciskać pedał gazu, gdy kilka metrów dalej widzi leżącą na trawie kobietę. Jest przytomna, ale sił ma niewiele.
– Niech pan ratuje mojego męża. On jest w środku – prosi słabym głosem. Kierowca błyskawicznie dochodzi do wniosku, że na gaszenie pożaru jest już za późno, bo seat stoi w płomieniach.
Kobieta ma nie więcej niż 30 lat, jest cała poparzona, oby wyszła z tego cało.

Ludzie w maskach

Kilka chwil wcześniej jej mąż wydostał się z auta, ale ona tego nie widziała – straciła przytomność. Mężczyzna ruszył przed siebie, w stronę zabudowań. Właśnie wchodzi do pustego biura lecznicy weterynaryjnej, tuż przy drodze, szuka telefonu, pewnie dzwoni po pomoc. Po krótkiej rozmowie odkłada słuchawkę i wychodzi. Słania się na nogach, czoło ma lepkie od krwi.
Mijają go wezwani do wypadku policjanci z Łaska. Radiowóz zatrzymuje się z piskiem opon, mężczyzna wchodzi do środka. Chyba jest w szoku, cały się trzęsie.
– Mieliśmy wypadek… Ktoś chciał nas zabić… – przerywa i zanosi się kaszlem. Na rękawie kurtki ma coraz więcej krwi, chyba cieknie mu z ucha.
– Jak pan się czuje? Może pan rozmawiać? – wypytuje policjant.
– Moja żona… Tam jest moja żona – mężczyzna zaczyna płakać.
– Karetka jest w drodze, za chwilę tu dotrze. Proszę się okryć kocem, tu jest ciepła herbata, niech się pan napije – podaje mu termos i kubek.
Strażacy dotarli pierwsi, już walczą z ogniem. Na miejscu wypadku są też ratownicy, pomagają poparzonej kobiecie, rozkładają nosze. Jej mąż jest blady jak papier. Lekarz robi mu zastrzyk przeciwbólowy.
– Mam na imię Gabriel, mam 32 lata… To jest moja żona Eliza… – mówi bardziej do siebie niż do lekarza.
– Proszę odpocząć, zdąży pan jeszcze wszystko opowiedzieć.
– Jesteśmy małżeństwem od trzech lat… Właśnie szukaliśmy terenów na działkę rekreacyjną…
– Panie komisarzu! Proszę tu podejść, ten człowiek chce opowiedzieć o wypadku – lekarz wzywa policjanta.
– …znaleźliśmy w gazecie ciekawą ofertę, jechaliśmy obejrzeć ziemię na sprzedaż.
– Pan prowadził? – funkcjonariusz wyjmuje notes.
– Nie, moja żona – mężczyzna znów płacze.
Eliza opowiadała jakąś historię z biura, żywo gestykulowała, śmiała się. Gabriel zasłuchał się w jej opowieść. Żadne z nich nie zwróciło uwagi na stojący na poboczu dostawczy polonez. Zobaczyli go dopiero wtedy, gdy auto ruszyło po skosie w ich stronę. Eliza wpadła w panikę, odruchowo zahamowała, zamiast zrobić manewr wymijający. Straciła panowanie nad kierownicą. Doszło do zderzenia, polonez był jak czołg, staranował seata. Szczęk wyginających się blach słychać było w promieniu kilkudziesięciu metrów.
– Chyba na chwilę straciłem przytomność… Przynajmniej tak mi się wydaje. Kiedy się ocknąłem, zobaczyłem, że Eliza ma zamknięte oczy – Gabriel powoli odzyskuje siły.
– Przestraszyłem się, bo wyglądała na martwą, chociaż nie było widać żadnych obrażeń.
On sam nie czuł bólu, szarpnął za klamkę, ale zdeformowana karoseria zablokowała drzwi. Trochę trwało, zanim sforsował przeszkodę. Wreszcie wypadł na zewnątrz, razem z drzwiami. Poczuł w powietrzu dziwny zapach, jakby coś się paliło. Natychmiast ruszył po żonę. Drzwi od strony kierowcy otworzyły się bez problemu. Spod maski samochodu, chyba z silnika, wydobywał się dym. Gabriel na chwiejnych nogach odciągnął żonę na pobocze. W samą porę, bo seat właśnie zaczął się palić.
– A co z tym polonezem, odjechał? – Policjant notuje każde słowo Gabriela.
– Zostawiłem Elizę na trawie, w bezpiecznej odległości, a sam podbiegłem do tego trucka, żeby przyłożyć kierowcy. Przecież mało brakowało, a oboje z żoną spłonęlibyśmy żywcem!
– I co, przyłożył mu pan?
– W środku byli dwaj pijani mężczyźni – opowiada Gabriel. – Mieli na twarzach jakieś osłony czy kominiarki. Rozbiłem przednią szybę, zacząłem się z nimi szarpać, ale oni uciekli.
– Zapamiętał pan numery rejestracyjne?
– Nie mieli tablic! Musieli je wcześniej zerwać.
Ciekawe, po co im były te maski. Trudno przypuszczać, żeby chodziło o zwykłą maskaradę. Może – tak jak się dzieje podczas napadu na bank – mężczyźni w polonezie chcieli ukryć swoje twarze? W takim razie przygotowali się do popełnienia przestępstwa.
„Dziwną maskę” kierowcy widział także ogrodnik, który w pobliżu kosił trawę.
– Od tej maski odbijały się promienie słoneczne, dlatego zacząłem patrzeć w tamtą stronę – opowiada policjantom wyraźnie podekscytowany.

Pierwszy podejrzany

Pogotowie zabiera rannych do szpitala. Poza obrażeniami twarzy Gabriel ma poparzone drogi oddechowe. Jego żona jest w stanie krytycznym. Lekarze dają jej niewielkie szanse na przeżycie.
Tymczasem na miejsce wypadku przyjeżdżają kolejne radiowozy z komendy w Łasku. Rozpoczyna się pościg za zbiegami. Policjanci wchodzą w las, przemierzają go wzdłuż i wszerz, ale zbiry z poloneza mają nad nimi przewagę. Nikt ich nie widział, nie wiadomo więc, w którym kierunku pobiegli. Akcja w lesie trwa kilka godzin. Jej efektem jest wyłącznie zadyszka.
W tym czasie technik kryminalistyki zabezpiecza ślady w polonezie. Znajduje okulary, a w nich wplątany włos. Jest też maska ochronna używana przy spawaniu. Pewnie o niej mówili Gabriel i ogrodnik. Technik pobiera ślad zapachowy, który podobnie jak włos trafi do laboratorium. To mogą być najważniejsze dowody w sprawie.
Jarosława Koziluka z dochodzeniówki w Łasku intrygują butle gazowe na skrzyni poloneza. Dokładnie im się przygląda, spisuje numery seryjne oraz adres producenta widoczny na plakietce. Koziluk sądzi, że dzięki tym butlom będzie można dotrzeć do kierowców trucka. W końcu to nie szczoteczki do zębów, nie każdy takie rzeczy sprzedaje i kupuje. Policjant odnajduje przedstawiciela firmy, która rozprowadza butle w tej części Polski. Człowiek ten mówi, że chętnie pomógłby policji, ale nie prowadzi ewidencji sprzedaży. Poza tym ma słabą pamięć i nie przypomina sobie ani twarzy, ani nazwisk stałych klientów.
Trzeba więc ustalić, kto w okolicy rozwozi butle z płynnym gazem. Mieszkańcy wskazują na Bartka B. z pobliskiego Konstantynowa. Szwaczka z Dobruchowa rozpoznaje w nim mężczyznę, który chwilę po wypadku błąkał się po drodze z osmalonymi włosami i wpychał się do jej auta.
– Jak Boga kocham, to on! – Szwaczka bije się w pierś. – Mały, gruby, krótko ścięty…
Bartek B. to lokalny rozrabiaka. Ludzie plotkują, że niezłe z niego ziółko. Kiedy w okolicy dochodzi do bójki, on dziwnym trafem zawsze jest w pobliżu. Może tym razem poniosła go fantazja i postanowił „zapolować” na przypadkowych podróżnych? Takim jak on różne rzeczy przychodzą do głowy, szczególnie gdy popiją, a Bartek B. za kołnierz nie wylewa.
Rozrabiakę z Konstantynowa przesłuchuje Bogumił Przybysz, który nie da się nabrać nawet na najlepiej spreparowane alibi. Rozmawia z Bartkiem B. całą noc. Może z niego i jest rozrabiaka, ale nie zabijaka. Poza bijatykami w remizie nie ma nic na sumieniu. Rano Bartek B. opuszcza areszt.
Pijacy zerwali z poloneza tablice, ale zapomnieli zdrapać z szyby plakietkę z numerami rejestracyjnymi. Dzięki nim będzie można dotrzeć do właściciela poloneza.
Samochód należał do Krzysztofa z Żaglin. Należał, bo dzień przed wypadkiem mężczyzna sprzedał go klientowi z Łodzi. Kupiec przyszedł w towarzystwie kolegi, zatem było ich dwóch – tylu, ilu sprawców wypadku.
Krzysztof nie ma powodu, by kłamać. Chciał sprzedać auto, stosowne ogłoszenie zamieścił w lokalnej prasie, a należny podatek od wzbogacenia oddał fiskusowi.
– Mężczyzna, który przyjechał z Łodzi, był mocno zbudowany, nosił okulary. Powiedział, że auto jest mu potrzebne do przewożenia dżinsów do pralni. Nazywa się Piotr Ząbczyński. Spisaliśmy umowę, ale nie sprawdziłem dowodu. Nie uważałem tego za konieczne – opowiada były właściciel auta.
Śledczy próbują ustalić adres Piotra Ząbczyńskiego, ale taki człowiek nie istnieje, dane na umowie są fałszywe. Owszem, numer PESEL widnieje w systemie, ale należy do kogoś zupełnie innego. Ten człowiek mieszka na drugim końcu Polski i nigdy nie był w Wodzieradach. Poza tym absolutnie nie pasuje do rysopisu „Piotra Ząbczyńskiego”.
Tak oto sprawa, która początkowo wyglądała jak zwykły wypadek drogowy, zaczyna się nieoczekiwanie gmatwać. Co naprawdę się zdarzyło na drodze w Wodzieradach?

Coraz więcej pytań

Gabriel i Eliza uchodzą za udane małżeństwo, są w siebie zapatrzeni i wciąż zakochani. Zawsze trzymają się za ręce, w ciągu dnia telefonują do siebie wiele razy. Do pełni szczęścia brakuje im tylko dziecka, ale podobno wszystko jest na dobrej drodze.
Finansowo powodzi im się nieźle. Gabriel jest właścicielem firmy handlującej urządzeniami grzewczymi, Eliza pracuje w księgowości. Prowadzą dość wystawne życie. Śledczy zastanawiają się, czy przypadkiem stan majątkowy małżonków nie był dla kogoś solą w oku. Nie wykluczają, że chciano ich najpierw nastraszyć, a następnie zażądać okupu „za spokój”. Znajomi Gabriela i Elizy przekonują, że to niemożliwe: „Nikt im nie groził, nikogo się nie obawiali. Zresztą nie byli na tyle bogaci, żeby interesowali się nimi gangsterzy”.
Ale prawdę znają tylko sami małżonkowie. Policjanci mają do nich wiele pytań, jednak na odpowiedzi muszą poczekać. Eliza od wielu dni jest nieprzytomna, a Gabriel leczy poparzenia w klinice chirurgii plastycznej w Łodzi. Żadne z nich nie złożyło jeszcze zeznań.
Niestety, stan Elizy gwałtownie się pogarsza. Trzy tygodnie po wypadku kobieta umiera. Zadanie ustalenia sprawców nabiera nowego wymiaru.
Dla lokalnej policji jest to teraz sprawa priorytetowa, chociaż chwilowo śledztwo tkwi w martwym punkcie. Wszyscy jednak wierzą, że po przesłuchaniu Gabriela sytuacja się zmieni. Policjanci muszą go spytać o przeszłość – czasami stare znajomości dają o sobie znać w najmniej spodziewanym momencie, a grzechy sprzed lat rujnują szczęśliwe związki. Poza tym pojawiło się kilka wątpliwości, które należy wyjaśnić. Po wypadku Gabriel mówił, że dwaj pijacy z poloneza odkręcili tablice rejestracyjne już po zderzeniu. Tymczasem ogrodnik z Wodzieradów, ten sam, który mówił o „dziwnej masce” na twarzy kierowcy, zeznał, że widział poloneza bez tablic jeszcze przed wypadkiem. Śledczy ustalili ponadto, że to Gabriel (a nie Bartek B., ten od butli) zatrzymywał na drodze samochód szwaczki z Dobruchowa. Ciekawe, dlaczego prosił ją o podwiezienie do Aleksandrowa Wielkiego, a nie na policję lub pogotowie, i dlaczego chciał się oddalić z miejsca wypadku, zostawiając na poboczu poparzoną Elizę.
Policjanci współczują Gabrielowi. Przecież stracił żonę, którą bardzo kochał. No i sam wygląda kiepsko. Ale wątpliwości trzeba wyjaśnić. Tym bardziej że rysopis mężczyzny z Łodzi, który kupił poloneza, jak ulał do niego pasuje. Jest coraz więcej znaków zapytania.
Długo oczekiwany dzień nadchodzi, Gabriel opuszcza klinikę i przyjeżdża na przesłuchanie. Nie jest sam. Towarzyszy mu dwóch adwokatów. Ich obecność zaskakuje policjantów. Zastanawiają się, po co mu prawnicy. Przecież jest pokrzywdzonym, nie podejrzanym.

Ludzie w czarnych workach

Do Łaska przyjeżdża także, wezwany w charakterze świadka, Krzysztof, poprzedni właściciel poloneza. Ma za zadanie rozpoznać człowieka, któremu sprzedał auto. W pokoju, w którym przeprowadzany jest eksperyment, staje przed nim kilku mężczyzn. Jest wśród nich Gabriel.
Wszyscy mają na sobie czarne plastikowe worki i bandaże na uszach. „Po co ten cyrk? – zastanawia się świadek. – Przecież ci ludzie wyglądają komicznie, a to jest poważna sprawa”. Charakteryzacja jest konieczna z uwagi na opatrunki, które ma na głowie Gabriel – pozostałych mężczyzn trzeba było do niego upodobnić.
– Od razu rozpoznałem tego „Piotra Ząbczyńskiego”, któremu sprzedałem auto – opowiada po latach bezcenny świadek.
– Patrzył na mnie spode łba. Był wyraźnie zdziwiony, że go wskazałem. Oczywiście wszystkiemu zaprzeczał. Twierdził, że musiałem się pomylić.
– A pomylił się pan? – pytam.
– Skądże! Moja żona też była przy okazaniu i nie miała żadnych wątpliwości.
Krzysztof i jego żona zeznali tamtego dnia, że za „Piotra Ząbczyńskiego” podawał się mąż Elizy.

Pismo prawdę ci powie

To całkowity zwrot w śledztwie. I odpowiedni moment na powołanie grafologa. Renata Hryciuk – ekspert kryminalistyczny z zakresu analizy pisma (biegła Sądu Okręgowego w Łodzi) – porównuje pismo męża Elizy z podpisem złożonym na umowie zawartej przy sprzedaży poloneza.
– Gabriel S. ma bardzo silnie wyrobiony charakter pisma – ocenia biegła. – Podpis na umowie z całą pewnością został złożony przez niego.
Podejrzany wszystkiemu zaprzecza, lecz wkrótce pojawiają się nowe, pogrążające go dowody. W laboratorium kryminalistycznym, gdzie trafiły okulary i maska znalezione w polonezie, przeprowadzono ekspertyzę osmologiczną. Wykazała ona, że to Gabriel zostawił swój zapach na obu przedmiotach. A jeśli miał z nimi kontakt, musiał być w polonezie. Zatem on kierował samochodem, który uderzył w seata, a potem wymyślił historię o zamaskowanych mężczyznach. Ale dlaczego, na Boga, miałby to zrobić? Eliza była całym jego światem. Tylko potwór chciałby śmierci ukochanej osoby.
Prokurator nie zaprząta sobie głowy takimi dylematami. Stawia Gabrielowi zarzut spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Grozi mu za to 12 lat więzienia.
Właśnie wtedy wdowiec zaczyna mówić prawdę.

Ubezpieczenie na życie

– Moja firma popadła w kłopoty finansowe – zeznaje w prokuraturze. – Skrzętnie ukrywałem ten fakt przed światem, żeby nie rujnować sobie reputacji. Oboje z żoną zastanawialiśmy się, jak wybrnąć z problemów. Wymyśliliśmy w końcu, że jeśli jedno z nas ucierpi w wypadku – najlepiej drogowym, żeby nie wzbudzić podejrzeń – to firma ubezpieczeniowa wypłaci wysokie odszkodowanie. Wtedy starczy nam na spłacenie długów.
W tym celu Gabriel kupił starego poloneza. Wybrał odpowiednie miejsce na trasie do Sieradza, obmyślił plan, posadził Elizę za kierownicą seata, a sam wsiadł do drugiego auta.
– Wszystko jednak wymknęło się spod kontroli – zeznaje dalej. – Zaraz po stłuczce zapalił się silnik i seat stanął w ogniu. Cudem wyciągnąłem żonę z płomieni i ruszyłem po pomoc.
– Jeśli rzeczywiście tak było, jak pan mówi, to dlaczego nikogo pan o tę pomoc nie poprosił? – zastanawia się głośno prokurator. – Przecież nie zadzwonił pan ani na policję, ani na pogotowie. Zgłoszenie o wypadku przyjęto od kogoś innego, a pan chciał uciec z miejsca zdarzenia.
Podczas przeszukania policjanci znajdują w mieszkaniu Gabriela polisy z ubezpieczeniem na życie wystawione na oboje małżonków. Na niektórych widnieją świeże daty. „Szczególny wypadek komunikacyjny” wyceniony jest bardzo wysoko. Biegła grafolog znów analizuje dokument.
– Autografy na kilku polisach Elizy zostały podrobione przez tę samą osobę, która podpisała się fałszywym imieniem i nazwiskiem na umowie kupna samochodu – zapewnia Renata Hryciuk.
Najwyższe, warte pół miliona złotych odszkodowanie przewidywano w przypadku śmierci żony.
– Byłby to wiarygodny, wręcz książkowy motyw zbrodni – ocenia jeden ze śledczych – ale rodzina i przyjaciele Elizy kategorycznie odrzucają nasze podejrzenia. „To było wzorowe małżeństwo. Oni naprawdę się kochali”, zapewniają. Są oburzeni, że komuś taka myśl w ogóle przyszła do głowy.
I pewnie nawet sąd by w to uwierzył, gdyby nie prawa fizyki.

Słaby student

Gabriel konsekwentnie twierdzi, że samochód Elizy zapalił się po zderzeniu z polonezem. Jednak nie mówi prawdy. Seat był zasilany gazem, nie mógł się zapalić sam z siebie. W silniku, gdzie rzekomo wzniecił się pożar, pozostały nienaruszone przez ogień kable i przewody.
– To było podpalenie. Gwałtowne źródło ognia nie mogło powstać od rozlanego pod autem paliwa. Ogień rządzi się swoimi prawami. To jest fizyka. Tutaj niczego nie da się oszukać – komentuje doktor Sławomir Kuberski, biegły Sądu Okręgowego w Łodzi do spraw materiałów wybuchowych, skażeń nadzwyczajnych i zagrożeń.
Kuberski jest cenionym w całej Polsce ekspertem, dla którego ogień nie ma tajemnic. Na wraku spalonego auta zobaczył charakterystyczne „języki”, czyli wyraźne ślady polewania karoserii płynem łatwopalnym. Dlatego jest przekonany, że samochód oblano benzyną i podpalono.
Prokurator nie ma wątpliwości, że nie mógł tego zrobić nikt inny jak Gabriel. To w jego głowie zrodził się morderczy plan. Zaślepiony perspektywą pewnego – jak mu się zdawało – zarobku, gotów był poświęcić najbliższą mu osobę, by móc prowadzić nadal wygodne życie zamożnego biznesmena.
Szokująca prawda o podpaleniu wychodzi na jaw w Katedrze Systemów Inżynierii i Środowiska Politechniki Łódzkiej. Właśnie tam studiował Gabriel. Gdyby nie opuszczał wykładów, zabójstwo, które tak dokładnie zaplanował, byłoby zbrodnią doskonałą.

Cała prawda o Gabrielu

Śledczy znają już wszystkie elementy przerażającej układanki, prokurator pisze akt oskarżenia. Oto wersja wydarzeń, którą wkrótce przedstawi w sądzie.
Kilka tygodni przed wypadkiem Gabriel wpada na pomysł, żeby zarobić na śmierci Elizy. Podrabia jej podpisy na polisach ubezpieczeniowych. W zbrodniczy plan wciąga znajomego, ale nie mówi mu, że chce zabić żonę. Twierdzi, że chodzi jedynie o wyłudzenie odszkodowania za wypadek komunikacyjny. Kolega idzie na układ, po zderzeniu aut ma zabrać Gabriela do swojego samochodu i odjechać niezauważony. Policja uzna, że sprawca uciekł z miejsca wypadku. Za fatygę kolega dostanie samochód.
Gabriel obmyśla swój plan w najdrobniejszych szczegółach, zapewnia sobie alibi, w tajemnicy przed Elizą kupuje poloneza. Następnego dnia dzwoni do żony, prosi, aby wcześniej wyszła z pracy. Właśnie znalazł atrakcyjną działkę rekreacyjną i proponuje, żeby wspólnie ją obejrzeli. Eliza jest zachwycona, umawiają się na stacji benzynowej koło Wodzieradów.
Kobieta wsiada do seata. Mąż czeka na nią w polonezie, na poboczu. Nakłada maskę, żeby nikt go nie rozpoznał – zwłaszcza żona, na wypadek gdyby przeżyła. Kiedy seat nadjeżdża – taranuje go i polewa benzyną.
W tym momencie nadjeżdża kolega, który miał być wciągnięty w podstępny plan. „Nie tak miało być! Po co ten kanister?”, zastanawia się przerażony. Błyskawicznie ocenia sytuację i ucieka, zostawiając Gabriela na poboczu. Ten jednak realizuje swój plan do końca. Podpala auto żony, a potem idzie przed siebie, rzekomo szukając pomocy.
Ranna kobieta na chwilę traci przytomność. Nie widzi więc, że mąż chce spalić ją żywcem. Aż do śmierci pozostanie nieświadoma tego, co jej zrobił.

Epilog

Sprawa przeciwko Gabrielowi S. toczyła się przed Sądem Okręgowym w Sieradzu. Oskarżony zarzekał się, że jest niewinny, ale nikt mu nie uwierzył.
W kwietniu 2006 roku skazano go na dożywocie.


Zbrodnie bez ciał, 13-letni gwałciciel, poszukiwania cygańskich skarbów, ciało w skrzyni, morderstwa z namiętności – wszystkie były wyrzutem sumienia polskiej policji, bezsilnej wobec nieuchwytnych sprawców. Wyzwaniem rzuconym ekipom kryminalnym przez zabójców. Spędzały sen z powiek nawet najbardziej doświadczonym dochodzeniowcom. Na przełom w śledztwie trzeba było czekać niekiedy latami. O rozwikłaniu tajemnicy zbrodni decydował niewiarygodny splot wydarzeń, łut szczęścia lub coś tak błahego jak wiejska plotka albo zwykły szyld reklamowy, a także rozwój technik kryminalistycznych. Ewa Ornacka, dziennikarka śledcza, m.in. autorka reportaży telewizyjnych o przestępczości zorganizowanej, szukała takich spraw po całej Polsce, przygotowując scenariusze do serialu dokumentalnego „Zbrodnie niedoskonałe”. Mimo upływu lat te najbardziej zagadkowe morderstwa śledczy pracujący przy nich pamiętają ze szczegółami. Książka, zawierająca reportaż „Prawo ognia”, jest fabularyzowaną rekonstrukcją pracy zespołów śledczych, których wysiłki i determinacja pomogły zatriumfować sprawiedliwości.

Ewa Ornacka, Tajemnice zbrodni, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Wydanie: 6/2011

Kategorie: Książki
Tagi: Ewa Ornacka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy