Predatory zamiast wiz

Predatory zamiast wiz

Marek Belka nie mógł załatwić tego, co niemożliwe, ale drążył skałę amerykańskiego „nie” w sprawach imigracyjnych i gospodarczych

Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Taką maksymę mógłby przytoczyć dziennikarzom po powrocie z USA premier Belka, gdyby nie zmęczenie po 12-godzinnej podróży. Zamiast niego o pobycie w Waszyngtonie opowiadał więc rzecznik rządu, Dariusz Jadowski, który szczególnie akcentował, że jego szef „bardzo twardo” stawiał wszystkie kwestie w rozmowach za oceanem, a szczególnie twardo walczył w Białym Domu w rozmowie z George’em Bushem o zniesienie wiz dla Polaków.
Akcent na twardość polskiego stanowiska nie był rzecz jasna przypadkowy. Jak każda wizyta przedstawicieli polskich władz w USA w ostatnich dwóch latach także obecna podróż premiera Belki ożywiła, z jednej strony, nadzieje na wyraźną zmianę relacji w polsko-amerykańskich stosunkach – w kierunku większego prawa głosu dla naszej strony w tych kontaktach, z drugiej zaś, obudziła krytyków sposobu działania polskiego rządu wobec Białego Domu i w ogóle Ameryki.
Wybił się zwłaszcza głos Lecha Wałęsy, „odkrywającego” m.in., że „trzeba z Amerykanami rozmawiać po amerykańsku, czyli zdecydowanie wystawiając rachunki”, a w wywiadzie radiowym głoszącego wręcz: „Dzisiaj krwią płacimy za błędy polityków amerykańskich, a oni nas traktują jak piąte koło u wozu. Źle rozmawiamy z Amerykanami. Amerykanie

szanują bogatych,

mądrych, silnych. A my wciąż jesteśmy gąską zakompleksioną”.
Odkładając na bok barwny i daleki od dyplomacji język Lecha Wałęsy, w jednym wypada się zgodzić. W ciągu minionych miesięcy, a zwłaszcza przed operacją wojskową USA przeciwko reżimowi Saddama Husajna, polscy politycy nie zawsze wykorzystywali w rozmowach z Waszyngtonem wszystkie atuty, jakie mieli i mają w rękach. Także „Przegląd” pisał już o tym, że rząd Leszka Millera mógł – mówiąc językiem politycznego cynizmu – sprzedać polską (potrzebną i nam, i Irakowi, i Ameryce!) obecność wojskową w Iraku za konkretne uzgodnienia dotyczące polskich kontraktów gospodarczych w tym kraju, a także np. za rzeczywisty transfer amerykańskich technologii w ramach offsetu związanego z zakupem przez Polskę myśliwców F-16. Mogliśmy być może nawet wynegocjować przekazanie nam amerykańskich samolotów

za symbolicznego dolara.

Marek Belka takich możliwości dzisiaj już nie miał, ale odwiedzając USA, wiedział, że musi coś zrobić, by – jak to określił pod koniec pobytu w Waszyngtonie – „Polska z konsumenta polityki Stanów Zjednoczonych stała się ich rzeczywistym partnerem”. Aby tak było, rząd polski musi jednak oczyścić przedpole, czyli załatwić cały katalog niezałatwionych spraw, począwszy od pomocy wojskowej USA dla Polski, przez wymuszenie na koncernie Lockheed Martin naprawdę korzystnego dla nas offsetu po uświadomienie Białemu Domowi, że USA muszą zrobić dla Polski więcej niż dotąd, jeśli dalej chcą liczyć na nasze sojusznicze wsparcie.
Polska opinia publiczna od miesięcy dodaje do tego wyliczenia sprawę zniesienia wiz amerykańskich dla Polaków i takie też oczekiwania ożywiały wielu z nas podczas wizyty premiera w Białym Domu. W tym jednak wypadku są to pragnienia – przynajmniej na dzisiaj – iluzoryczne i podsycane przez opozycyjnych polityków oraz część dziennikarzy bez żadnej możliwości ich pełnej realizacji. Przy czym

zagrożenie terroryzmem

jest – z punktu widzenia USA – przeciwwskazaniem mniej ważnym niż fakt nagminnego łamania prawa przez polskich przybyszów w Ameryce. Jak bowiem skomentował prof. Zbigniew Lewicki, dyrektor Ośrodka Studiów Amerykańskich, trudno uzyskać możliwość zniesienia wiz do USA dla Polaków, gdy wielu podróżujących do tego kraju, posiadając wizę turystyczną, podejmuje pracę zarobkową. „Nie można łamać amerykańskich przepisów i oczekiwać, że Amerykanie będą udawali, że tego nie widzą”, twierdzi słusznie Lewicki.
Zamiast zniesienia wiz Belka uzyskał więc to, co realne, czyli – w wypadku reżimu wizowego – obietnicę, że procedury imigracyjne Amerykanie będą realizować na polskich lotniskach, a także zapowiedź przekazania polskim żołnierzom bezzałogowych samolotów zwiadowczych Predator i (niestety wciąż mało konkretne) przysięgi, że na offsecie za F-16 skorzystamy technologicznie.
Nie jest to może Ameryka, ale na pewno realne drobne kroki na drodze do zdobycia lepszej niż dzisiaj pozycji wobec Amerykanów.

Od sierpnia każdy obywatel polski ubiegający się o wizę wjazdową do Stanów Zjednoczonych musi zostawić w ambasadzie USA w Warszawie lub w konsulacie amerykańskim w Krakowie swoje odciski palców. Odciski są skanowane, a następnie trafiają do elektronicznej bazy danych, do której dostęp będą mieli urzędnicy imigracyjni sprawdzający tożsamość podróżnych na lotniskach i innych przejściach granicznych w USA.
Program fotografowania i pobierania odcisków palców od obcokrajowców przekraczających granicę USA obejmuje zarówno wjazdy, jak i wyjazdy ze Stanów Zjednoczonych. Do 26 października Amerykanie wdrożą w innych niż Polska krajach procedurę pobierania odcisków palców od osób udających się do Stanów Zjednoczonych.
Obowiązek nie dotyczy dzieci do 14. roku życia i osób, które ukończyły 80 lat. Osoby, które nie zgodzą się na pobranie odcisków palców, nie będą mogły liczyć na rozpatrzenie wniosku wizowego.

Wydanie: 34/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy