Premier kontra karykaturzyści

Premier kontra karykaturzyści

Wyszydzanie szefa rządu kosztuje tureckich dziennikarzy bardzo drogo

Premier Turcji, Recep Tayyip Erdogan, nie lubi karykatur. A może po prostu nie lubi zwierząt? Możliwe też, że pies zjadł jego poczucie humoru – zastanawiają się międzynarodowi komentatorzy. W każdym razie szef rządu w Ankarze oskarża przed sądem zbyt zuchwałych rysowników, którzy przedstawiają go najchętniej pod postacią kota, konika czy innego stworzenia. Trybunały zazwyczaj skazują karykaturzystów na zapłatę wysokiego odszkodowania, tak że Erdogan systematycznie powiększa stan swego konta. Obrońcy praw człowieka i niektórzy deputowani do Parlamentu Europejskiego krytykują go za tłumienie swobód prasowych. A przecież długo uchodził za szermierza wolności słowa. W 1999 r. wyrecytował islamski wiersz, który został uznany przez władze za „podburzający”. Przyszły szef rządu spędził

cztery miesiące za kratami.

„Tak naprawdę premier broni swobody wypowiedzi tylko wtedy, gdy wypowiedź mu się podoba”, drwi publicysta Burak Bekdil. Na początku 2004 r. Erdogan podał do sądu lewicową gazetę „Evrensel”. Przedstawiła ona szefa rządu jako konia, którego prowadzi jeden z doradców. Ta „zniewaga” kosztowała redakcję 10 tys. lirów (7,4 tys. dol.). Obecnie premier domaga się od „Evrensel” 15 tys. lirów odszkodowania, ponieważ dziennik ośmielił się opublikować hasła, które wznosili demonstrujący przeciw rządowi robotnicy. Kolejną ofiarą stał się 79-letni Fikret Otyam, jeden z czołowych tureckich reporterów. Skrytykował on szefa gabinetu za pomysł wprowadzenia kary za cudzołóstwo. Erdogan musiał porzucić te plany częściowej islamizacji prawa na skutek protestów opinii publicznej, a zwłaszcza stanowczego ostrzeżenia z Brukseli. Unia Europejska dała do zrozumienia, że z paragrafem o cudzołóstwie w kodeksie karnym Ankarzea będzie bardzo trudno wejść do Wspólnoty. We wrześniu ub.r. Otyam napisał, że ideał członkostwa w UE premier obniżył do poziomu bioder kobiet i mężczyzn. Rozsierdzony Erdogan złożył skargę. 5 kwietnia br. sędziwy dziennikarz został skazany na zapłatę „odszkodowania za zniewagę” w wysokości 5 tys. lirów. Gniew szefa gabinetu ściągnął na siebie także karykaturzysta Musa Kart. Na łamach dziennika „Cumhuriyet” przedstawił on Erdogana jako kota beznadziejnie zaplątanego w wełnę z kłębka. Kocur, bynajmniej nie narysowany złośliwie, wypowiada kwestię: „Przestańcie stwarzać napięcia. Obiecałem, że to rozwiążę”. Rysunek był aluzją do daremnych prób rządu wprowadzenia prawa ułatwiającego absolwentom szkół religijnych wstępowanie na uniwersytety. Ustawę zawetował prezydent Ahmet Necdet Sezer, uważający się za strażnika świeckiego charakteru państwa.
Premier poczuł się „publicznie upokorzony” karykaturą i podał sprawę do sądu. Dziennikarz musiał zapłacić Erdoganowi 5 tys. lirów. Rysunek Musy Karta przedrukowała mała lokalna gazeta „Sakarya”. Turecki przywódca także od niej usiłował uzyskać finansową rekompensatę za „straty moralne”. Tym razem jednak

poniósł porażkę.

Sędzia Mithat Ali Kabaali okazał się nonkonformistą i oświadczył: „Osoby znajdujące się w centrum uwagi opinii publicznej muszą znosić krytykę w ten sam sposób, w jaki przyjmują aplauz. Premier, który spędził wiele czasu w więzieniu za wygłoszenie wiersza, powinien okazać więcej tolerancji”. Były parlamentarzysta Aydin Menderes, syn nieżyjącego już szefa rządu Adnana Menderesa, przypomniał, jak Erdogan, gdy był w opozycji, bezpardonowo krytykował władze. „Mojego ojca narysowano jako tancerkę wykonującą taniec brzucha, on jednak nie wniósł oskarżenia”, mówił Menderes.
Tureccy karykaturzyści i dziennikarze poczuli się oburzeni wyrokiem na Musę Karta. Satyryczny magazyn „Penguen” w ramach solidarności pokazał na pierwszej stronie osiem podgatunków „gatunku Tayyip”. Zespół karykaturzystów przedstawił szefa rządu pod postacią żyrafy, małpy, słonia, wielbłąda, żaby, węża, krowy i kaczki. Wydawca „Penguena”, Erdil Yasaroglu, oświadczył, że zwierzęta są czysto symboliczne, z rysunku zaś wynika przesłanie: wszyscy za jednego. „Bronimy wszystkich humorystów, prasy, a nawet wolności słowa całego narodu tureckiego”, rzekł z patosem Yasargolu. Ta obrona zapewne będzie drogo kosztować redakcję, gdyż premier Erdogan swoim zwyczajem wystąpił do sądu i domaga się od magazynu 40 tys. lirów odszkodowania. Proces jest w toku. Cała sprawa może się skończyć bankructwem satyrycznego pisma. Dziennikarze „Penguena” nie dali się bowiem zastraszyć i kiedy tylko wpłynął akt oskarżenia, znów umieścili na stronie tytułowej wizerunek szefa rządu, tym razem w ludzkiej postaci. Narysowany premier mówi: „Gratulacje, potraficie przecież pokazać mnie jako człowieka”. Niestety, z ubrania Erdogana wystaje z tyłu koci ogon…
Spór usiłował załagodzić inny rysownik, Salih Memecan. Na pierwszej stronie gazety „Sabah” pokazał tureckiego lidera jako lwa.

„Każda karykatura jest przesadą.

Premier Erdogan jest postacią publiczną. Ja jestem karykaturzystą. On nie powinien się przejmować takimi rzeczami”, argumentował Memecan, najwidoczniej jednak nie przekonał szefa rządu. Niemiecki dziennik „Die Welt” napisał, że ongiś sułtan Abdulhamid zabronił prasie używania słowa nos, ponieważ natura obdarzyła go ogromnym organem powonienia. „Erdogan może pozować na demokratę, w rzeczywistości jest tureckim sułtanem”, konkluduje gazeta.
Turcja ma długą tradycję satyry społecznej i politycznej. Takie magazyny jak „Limon”, „Girgir”, „Penguen” w sposób ostry, niekiedy anarchiczny, niemal szalony, ale zawsze bardzo dowcipny wyszydzały wszystkie aspekty życia w kraju, także religię, politykę i seks. Erdogan powinien więc być przyzwyczajony do karykatur. Obserwatorzy tureckiej sceny politycznej zastanawiają się, dlaczego szef rządu i lider konserwatywnej, mającej islamskie korzenie Partii Sprawiedliwości i Rozwoju wszczął wojnę z mediami. Kiedy w Dzień Kobiet policja brutalnie rozpędziła manifestację Turczynek w Istambule, bijąc i kopiąc uczestniczki, potępił dziennikarzy, którzy jakoby nagłośnili ten incydent. Zdaniem premiera, to właśnie z winy reporterów policyjną akcję potępiła UE. Rząd w Ankarze usiłował też wprowadzić znowelizowany kodeks karny, przewidujący dla dziennikarzy kary więzienia m.in. za „obrazę państwa”. Komentatorzy zwracają uwagę, że Erdogan, który stoi na czele rządu od 2002 r., jest przyzwyczajony do zwycięstw, natomiast nie potrafi przyjmować porażek. W polityce zagranicznej i wewnętrznej kroczył od sukcesu do sukcesu. Największy triumf odniósł w grudniu 2004 r., kiedy Unia Europejska zgodziła się na rozpoczęcie rozmów akcesyjnych z Turcja (datę pierwszych negocjacji wyznaczono na październik br.). W Istambule wystrzeliwano fajerwerki, fetowano Erdogana jako „zdobywcę Europy”. Ale od tego czasu entuzjazm znacznie osłabł. Wielu Turków doszło do wniosku, że ich kraj poszedł na zbyt wielkie ustępstwa wobec UE, zwłaszcza w kwestiach cypryjskiej i kurdyjskiej. „Bruksela narzuca nam dyktat swoich praw, Amerykanie faworyzują Kurdów w Iraku. Po co nam to wszystko?”, pytają nacjonaliści nad Bosforem. W końcu ubiegłego roku ponad 70% obywateli Turcji popierało przystąpienie do UE, obecnie – tylko 63%. Premier musi lawirować między liberałami, islamistami, armią a kemalistami, czuwającymi, aby sekularystyczne oblicze państwa zostało zachowane. Prezydent Sezer wetuje liczne projekty ustaw. Proces reform, rozpoczęty z wielkim rozmachem, obecnie przebiega bardzo powoli. Poirytowany tym wszystkim Erdogan nie potrafi znosić dziennikarskiej krytyki. Procesy, które wytacza karykaturzystom, nie ułatwią jednak i tak bardzo trudnego marszu Turcji do UE.

 

Wydanie: 16/2005

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy