Pretensje kucharki

Pretensje kucharki

ZAKAZANE MYŚLI KOBIET

Od czasu do czasu kobiety, którym udaje się zarobić na siebie, próbują coś załatwić kobietom, którym w ich mniemaniu się nie udało. I są to próby fatalne, wykonywane i przez feministki, i przez wielbicielki księdza Rydzyka. Łączy je przekonanie, że kobiecie za prace w domu należą się pieniądze. Nie wiadomo tylko, czy od męża, który ją wykorzystuje do prania i froterowania, czy od państwa, które powinno jej płacić za superoszczędne prowadzenie gospodarstwa domowego i wyżywienie męża.
Urszula Wachowska, posłanka AWS, właśnie wystąpiła z własną modyfikacją tego pomysłu. Płacić ma państwo, czyli my wszyscy, ale tylko kobietom, które nie pracują zawodowo, bo wychowują troje dzieci, w tym jedno do lat siedmiu. Zdaniem Wachowskiej, na tę propozycję czeka 300 tys. kobiet, a kolejne 100 tys. porzuci biurko i szefa, by zająć się wspomnianą trójką dzieci i dostać lepsze pieniądze, no i nie bać się bezrobocia.
Urok tego pomysłu jest smutny – nigdy nie wejdzie w życie, a tylko namiesza, bo gospodyni domowa będzie się cieszyć, że ma przedszkolaka albo złorzeczyć, że jakaś posłanka uznała bliźnięta w gimnazjum za lekki obowiązek. No, ale przecież Urszula Wachowska, choć kobieta i nauczycielka, tak naprawdę nie myśli o niedoli swojej płci. Robi to, co jej każą partyjni koledzy, którzy na resztkach polityki prorodzinnej chcą wjechać do parlamentu.
Ale o czym myślą feministki, które publikują całkiem poważne wyliczenia, że jeśli kobieta brałaby 5 zł za godzinę pracy w domu (mniej niż Ukrainka za sprzątanie), to po 23 latach małżeństwa mogłaby męża wykopać z mieszkania, bo je odpracowała?
5 zł za godzinę pracy to mniej niż 6 zł za godzinę blokowania Trasy Łazienkowskiej, a tyle mają zapłacić pielęgniarki, które na niej siedziały. One nie chcą dostawać pensji domowej, wywalczonej przez posłankę Wachowską. Chcą porządnej pensji za pracę w szpitalu. Szczególnie że są to kobiety odpowiedzialne i żadna z nich nie zdecydowała się na trójkę dzieci (w tym jedno do lat siedmiu), wiedząc, że w każdej chwili może stracić pracę.
Tak więc nie wiadomo, gdzie są te kobiety, o które walczą i feministki, i “ojcorydzystki”. Jest ich aż 6 mln. Potęga. A żony polityków? Irena Olechowska i Aleksandra Kalinowska nie chcą państwowych pensji, za to Danuta Wałęsowa – jak najbardziej. Donosi, że mąż “nie da zwolnienia”, a pracować trzeba piątek i świątek, a więc emerytura przydałaby się.
I tak co jakiś czas powraca temat – czy płacić kobietom za czekanie z obiadem? Tylko na taką dyskusję stać kobiety po zmianie ustroju. No, może jeszcze – jak damy z UW – domagają się obsesyjnie, żeby mężczyzna mógł pójść na urlop macierzyński. Jeśli to są tematy dla kobiet najważniejsze, nie dziwię się, że są dyskryminowane nie mniej niż w PRL. W nowym ustroju zachowują się jak kucharki z pretensjami.

Wydanie: 11/2001

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy