Specjaliści od wciskania kitu

Specjaliści od wciskania kitu

Już nie fakty mają wpływ na decyzje ludzi, ale macherzy od manipulowania społeczeństwem

Mamy czas kłamstwa. A co z prawdą? Jeszcze nigdy nie była tak mało szanowana jak w dzisiejszych czasach. Fakty? Są potrzebne o tyle, o ile wspomagają daną „narrację”. Czyli opowieść o świecie jednej lub drugiej strony. Jeżeli nie wspomagają – tym gorzej dla nich. Albo się je pomija, albo zniekształca. A jak to wygląda w praktyce?

Telewizja Jacka

Niemiecki dziennikarz Thomas Dudek między 10 a 17 sierpnia przeprowadził eksperyment – oglądał tylko media publiczne. Opowiedział o tym dziennikarzowi miesięcznika „Press”. Oto fragment rozmowy:

– I co, stałeś się mądrzejszy po tym tygodniu?

– Nie, głupszy. W ogóle nie wiedziałem, co się dzieje na świecie. W Polsce ogólnie macie mało relacji z zagranicy, za to wielką obsesję na temat tego, co zagraniczne media piszą o Polsce.

W Genui zawalił się most, a w TVP Info najważniejszą informacją nie było to, jak do tego doszło i stan rannych, ale że kondolencje przesłał Andrzej Duda. Nie wiedziałem, co się dzieje w Ameryce. W tym czasie wyszła na jaw historia romansu Trumpa z byłą aktorką porno. Przeczytałem o tym dopiero po zakończeniu eksperymentu. Dowiedziałem się za to, że w Polsce są upały i susze, jak na całym Zachodzie, ale w Polsce rolnicy nie muszą się obawiać, bo polski rząd otworzył nowy urząd, który reklamuje polskie rolnictwo i produkty rolno-spożywcze za granicą, dlatego polski rolnik może spać spokojnie.

– Czyli tylko treść Ci się nie podobała, nie forma?

– Na temat formy mam świetną historię z „Wiadomości”. Jednego dnia zrobili materiał o doskonałej polityce społecznej rządu PiS. Następnego dnia temat o tym, jakim superprezydentem był Lech Kaczyński. (…) Ciekawy był też pretekst do tego materiału. Był w specjalnym wydaniu w 10. rocznicę wojny w Gruzji. Z początku się ucieszyłem, bo w niemieckich mediach jest mało informacji o Gruzji. Byłem jednak zdziwiony, jak bardzo skrótowo podeszli do obecnej sytuacji w Gruzji, by zaraz potem bardzo długo wspominać Lecha Kaczyńskiego. Zatem wcale nie chodziło o Gruzję, a o wewnętrzną rozgrywkę w Polsce…

Eksperyment niemieckiego dziennikarza nie był wyjątkiem. Telewizję publiczną oglądają medioznawcy, językoznawcy, inni dziennikarze – ich wrażenia są podobne. A jednocześnie wszyscy oni są w jakiś sposób telewizją Jacka Kurskiego zafascynowani – że w Europie, w XXI w., można prezentować taki program. Bez żadnego wstydu.

Można ludziom wmawiać, że Lech Kaczyński – przepraszam, świętej pamięci profesor Lech Kaczyński – był wybitnym politykiem, choć tak naprawdę był miernym. Że nauczyciele, którzy chcą więcej zarabiać, choćby średnią krajową, to terroryści. Że bandyci, którzy po II wojnie światowej palili wsie, mordowali kobiety i dzieci, to bohaterowie. Że Polska do roku 2015 była w ruinie, a już parę tygodni później była krajem, którego zazdrościli nam na całym świecie…

Na tle paździerzowych mediów publicznych te komercyjne mogą błyszczeć. Ale tylko na tle. Bo też bardziej zajmują się swoją narracją, pokazywaniem, kto jest dobry, a kto zły, niż opisem świata. Owszem, ta ich narracja jest ładniej podana, nieco mniej nachalna, ale przecież widać, że jest ważniejsza od faktów.

TVP ma swoich komentatorów, a telewizje komercyjne – swoich. Prezentują różne Polski. A jak nasz kraj wygląda naprawdę, z żadnej się nie dowiemy.

Wielki Pinokio

Symbolem naszych czasów, tego, że gdy słuchamy polityków, to ich słuchamy, ale broń Boże nie możemy im wierzyć, jest premier Mateusz Morawiecki.

III RP różnych miała premierów. Był pomnikowy Tadeusz Mazowiecki, prawdomówny do bólu („trzeba było się ubezpieczyć”) Włodzimierz Cimoszewicz, nijaki Jerzy Buzek, spec od balów i studniówek Kazimierz Marcinkiewicz, specjalista od ciepłej wody w kranie Donald Tusk itd. Byli różni, ale każdy z nich pilnował się, by czegoś nie przekręcić, każdy rozumiał powagę swojego urzędu.

Z Morawieckim jest inaczej. Świat rzeczywisty i ten, o którym on opowiada, to dwie różne galaktyki. Na dobrą sprawę, gdy Morawiecki przemawia, obok w telewizyjnym okienku, tak jak tłumacz języka migowego, powinien stać ktoś, kto objaśniałby nam, kiedy premier kłamie, a kiedy trzyma się faktów.

Jest już zresztą strona internetowa dokumentująca jego kłamstwa i kłamstewka. Przypomnę tylko niektóre. Premier opowiadał, że bank, którym kierował, nie udzielał kredytów we frankach szwajcarskich. Potem się okazało, że udzielał, i to jak! Premier zapewniał, że to PSL posprzedawało zagranicznym inwestorom zakłady przetwórstwa owocowo-warzywnego. Okazało się, że wcale nie PSL, lecz AWS. Kłamał też, opowiadając, że za rządów PO-PSL nie budowano dróg ani mostów. I że Polska była w ruinie. Mówił, że 80% mediów jest w rękach przeciwników politycznych. Że Polska jest europejskim czempionem i że jeśli chodzi o całą Unię Europejską, to dwie trzecie nowych miejsc pracy w przemyśle powstało w Polsce. Fantazjował, jak walczył z PRL, prowadząc działalność konspiracyjną, i jak w III RP negocjował warunki wstąpienia Polski do Unii. Strzelał kulą w płot, twierdząc, że nauczyciele i ZNP nie domagali się wyższych płac za rządów PO. Mijał się z prawdą, opowiadając w Brukseli o Sądzie Najwyższym. Do tego pokazywał tam zdjęcie przedstawiające Edwarda Gierka w rozmowie z trójką działaczy Socjalistycznego Związku Studentów Polskich: Aleksandrem Kwaśniewskim, Jerzym Koźmińskim i – jak głosił – Małgorzatą Gersdorf, obecną prezes Sądu Najwyższego. Tymczasem na fotografii była nie Gersdorf, tylko zupełnie inna dziewczyna. Incydent ten wiele mówi – Morawiecki nie sprawdza faktów, liczy się dla niego efekt, prawda jest czymś względnym.

Nasuwa się więc pytanie, gdzie nauczył się tak kłamać. W banku? Bardzo prawdopodobne, korporacje to dobre środowisko dla tych, którzy potrafią wciskać kit. A może już w życiu politycznym? To również niewykluczone. Ale o tym za chwilę.

Bo jest jeszcze jedna odpowiedź – otóż Morawiecki po prostu dostosowuje się do otaczającego go świata, do naszych czasów. Jeżeli w tym świecie prawda stała się pojęciem względnym, to on właśnie tak ją traktuje.

Czas kłamstw

Społeczeństwo masowe, w którym żyjemy, rządzi się innymi prawami, niż to się śniło oświeceniowym filozofom. Zostało to zresztą opisane już wiele lat temu. José Ortega y Gasset w „Buncie mas” przekonywał, że masy kierują się nie rozumem, tylko emocjami. I to przeważnie negatywnymi. „Masa – któż by to pomyślał, mając przed oczami ów ciasno zbity tłum? – nie pragnie współżycia z nikim, kto do niej nie należy. Masa śmiertelnie nienawidzi wszystkiego, co nie jest nią samą”. Będąc w tym stanie wrzenia, masy uważają, że kierują się „ideami”, tymczasem są to frazesy i hasła, rozbudzające różne instynkty. Tłum – wyjaśnia Ortega y Gasset – „chce wydawać sądy, ale nie chce uznawać warunków i założeń koniecznych do ich wydawania. Stąd też, praktycznie rzecz biorąc, jego idee nie są niczym innym, jak pragnieniami ujętymi w słowa”.

Podobnie tłumaczy Elias Canetti w pracy „Masa i władza”: „Jedną z najbardziej widocznych cech masy jest coś, co można by określić jako uczucie prześladowania: szczególna, gniewna drażliwość i nerwowość wobec wszystkich, których raz na zawsze uznano za wrogów. Niezależnie od tego, co tamci robią, czy postępują przyjaźnie, czy nieprzychylnie, twardo lub łagodnie, współczują lub pozostają obojętni – wszystko zostanie zrozumiane tak, jakby wynikało z niezmiennej złośliwości, z wrogiego stosunku do masy, z zamiaru zniszczenia jej, jawnie lub podstępem”.

Masy, tłum, kierując się emocjami, domagają się więc nie prawdy, lecz informacji, które zaspokoją te emocje. Tak wygląda dziś komunikowanie. Język debaty mędrców został zastąpiony językiem reklamy bądź językiem psychoterapii. Twierdzi tak np. Alasdair MacIntyre w pracy „Dziedzictwo cnoty”. Że mamy do czynienia z zastępowaniem prawdy przez psychologiczną skuteczność: „Słownictwo typowe dla działań terapeutycznych dokonało niezwykle skutecznej inwazji na sferę edukacji i religii”.

Innymi słowy, te rozmaite narracje, moda na nie, nie wzięły się znikąd. To historyczna prawidłowość. Społeczeństwo masowe nie jest zainteresowane spokojną refleksją, analizą; przeciwnie, chce przeżywać emocje, nowe emocje i jeszcze raz emocje. Chce mieć wrogów, chce z nimi wygrywać, chce być zapewniane, że ma rację, że odkrywa jakieś tajemnice, że pozostaje w stanie moralnej wyższości. W tym samym przedstawieniu jesteśmy widzami i aktorami zarazem.

Wielki reżyser

Procesy społeczne to jedno, a rozmaici inżynierowie dusz, którzy chcą je wykorzystać do swoich celów, to drugie. Mogą oni wyciszać emocje, mogą je także podgrzewać. Mieliśmy w Polsce polityków, którzy potrafili budować emocje pozytywne, łączyli, a nie dzielili. Na pewno taki był Aleksander Kwaśniewski. Ale teraz główną rolę odgrywa ktoś inny – Jarosław Kaczyński, który nie potrafi prowadzić polityki inaczej niż poprzez szukanie wrogów i mobilizowanie zwolenników. Wtedy zarządza kryzysem. Wtedy toczy swoje wojny. A w każdej wojnie jej pierwszą ofiarą jest prawda.

Jeżeli więc mówimy, że Polska pogrąża się w różnych narracjach, które prawdę traktują instrumentalnie, że rowy między różnymi obozami politycznymi są już nie do przejścia, to ten stan rzeczy ma swojego architekta.

Wiele się mówi, że gazeta jest taka jak jej redaktor naczelny, że firmy działają tak, jak działa ich szef… PiS też działa tak, jak chce prezes tej partii. Dlatego taki, a nie inny kształt telewizji publicznej nie jest przypadkiem. Tak jak Maciej Szczepański był ulubionym prezesem Edwarda Gierka, Jacek Kurski jest ulubionym prezesem Jarosława Kaczyńskiego. Bo on najlepiej potrafi odgadnąć jego mniej lub bardziej skrywane gusta. I tylko on może wpaść na pomysł, by transmitować mszę w rocznicę śmierci Jadwigi Kaczyńskiej. Jeżeli więc ktoś zżyma się na telewizję publiczną, na Jacka Kurskiego, to zupełnie niepotrzebnie. Kto inny przecież jest tu cesarzem. Ta telewizja jest dokładnie taka, jaką chce mieć Jarosław Kaczyński, ona mu się podoba. Jeśli byłoby inaczej, już dawno inny prezes by nią zawiadywał.

Podobnie jak z Jackiem Kurskim jest z resztą partii rządzącej. Jej politycy zapraszani do mediów nie wysilają się specjalnie, tylko recytują przesłane im przekazy dnia. Są jednakowo nieprzejednani, twardzi. Tak jak linia PiS. Najwyraźniej tego wymaga od nich prezes.

Nie ma więc wątpliwości, że to on jest architektem jeszcze innego wielkiego przedsięwzięcia, które określiło kształt polskiej polityki – kłamstwa smoleńskiego. Pisaliśmy o tym wielokrotnie – żałoba narodowa po katastrofie smoleńskiej, tłumy przed Pałacem Prezydenckim, atmosfera szoku i niedowierzania, to wszystko okazało się znakomitym wehikułem budowy nowego PiS i nowych narracji. „Na trumnach smoleńskich po władzę” – to tytuł z jednego z numerów PRZEGLĄDU. Profetyczny.

Przegrane wybory z 2010 r. przekonały Jarosława Kaczyńskiego, że smoleńskie emocje to potężny kapitał, po który warto sięgnąć. To wtedy pozbył się Joanny Kluzik-Rostkowskiej, szefowej kampanii prezydenckiej. Bo postawił na Smoleńsk. Na kolejne wersje zamachu. W prezydenckim TU-154 miały wybuchać bomby, piloci mieli być dezorientowani przez sztuczną mgłę, pasażerowie, którzy przeżyli katastrofę, mieli być dobijani, ku radości Tuska i Putina. Tych kłamstw wyprodukowano całe tony. I okazały się skuteczne, bo w pewnym momencie w teorię zamachu wierzyło ponad 25% Polaków.

Jeżeli kłamstwo w sprawie katastrofy smoleńskiej przyniosło takie korzyści polityczne, dlaczego miałoby nie dać efektów w innych sprawach? Kaczyński zaczął więc podgrzewać atmosferę.

W ten sposób krok po kroku Polska pogrążyła się w zimnej wojnie domowej i w wojnie narracji. I tu jesteśmy. W niewoli PO i PiS. W sytuacji, w której nie liczą się dokonania danych polityków. Liczy się wyłącznie atmosfera wojny. I szantaż moralny. Jeżeli nie jesteś z nami, wspomagasz Kaczyńskiego – przekonują różni naganiacze Grzegorza Schetyny. PiS mówi podobnym tonem: tylko my obronimy wasze dzieci przed homoseksualistami i ich propagandą, a Polskę przed Niemcami i wielkim kapitałem, których obrońcą jest PO.

Dokąd prowadzi nas kłamstwo

Ostatnią odsłoną tej wojny narracji była sprawa karty LGBT+, którą podpisał prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. To już nieważne, jakie zobowiązania karta zawiera, bo Jarosław Kaczyński krzyczy: ręce precz od naszych dzieci, a jego podwładni opowiadają jednym głosem, że Trzaskowski chce uczyć czteroletnie dzieci masturbacji.

Jest więc awantura, która przykryła sprawy niewygodne dla Kaczyńskiego i PiS, tylko z rzeczywistością nie ma to nic wspólnego. Ale nikt tego nie sprawdza, zresztą ci, którzy sprawdzili i chcieli coś mówić, zostali zlekceważeni.

Każdy mówi zatem swoje i nikogo nie interesuje stan faktyczny. Bo na pewno jest mniej ciekawy niż opowieść o zgrozie masturbacji. Tak oto pogrążamy się w świecie nieprawdziwym, zakłamanym.

Ma to konsekwencje. Bo brak prawdy w życiu publicznym niszczy demokrację, niszczy wspólnotę. Wyobraźmy sobie, że wędrujemy z opaską na oczach. Nic nie widzimy, tymczasem jedni wołają: ani kroku do przodu, bo przepaść! A drudzy: śmiało, właśnie wychodzisz na piękną plażę! Jak postąpić? Komu ufać?

Jeżeli w życiu publicznym prawda staje się nieistotna, jeżeli musimy wybierać między różnymi narracjami, czyli różnymi rodzajami kłamstwa, to jako społeczeństwo stajemy się bezradni. Ubezwłasnowolnieni. Bo już nie decydujemy rozumem, namysłem, ale musimy zgadywać. Co więc się dzieje w takiej sytuacji? Kto ma wpływ na decyzje obywateli? Wpływ mają ci, którzy lepiej opanowali sztukę propagandy, są bardziej przekonujący. Głośniej krzyczą, skuteczniej podsuwają swoją narrację. Już nie fakty mają wpływ na decyzje ludzi, nie zastanowienie, ale macherzy od manipulowania społeczeństwem. Specjaliści od wciskania kitu. Takich czasów dożyliśmy.

Fot. Beata Zawrzel/REPORTER

Wydanie: 13/2019

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy