Profesor na jednym etacie

Profesor na jednym etacie

Najpierw Uniwersytet Jagielloński, teraz Warszawski zażądały od pracowników, by zrezygnowali ze współpracy z uczelniami prywatnymi

Jedni mówią o etyce zawodu i zakazie współpracy z konkurencją, drudzy nie mają wątpliwości, że rzecz nie w moralności, ale w bezwzględnej walce z uczelniami niepublicznymi, które są przeciwnikami, gdy do szkół wyższych dociera niż. Argumentują – przez dziesięć lat praca na uczelni prywatnej nikomu nie przeszkadzała. Szum nieprzypadkowo zaczął się w momencie, gdy o młodych ludzi chcących zdobywać wyższe wykształcenie jest coraz trudniej. Walka toczy się nie o studentów dziennych, tych zawsze będzie w nadmiarze. Chodzi o tych, którzy coraz częściej zamiast zajęć wieczorowych lub zaocznych, a więc płatnych, ratujących budżet uczelni państwowych, wybierają prywatne.
Na razie szala zwycięstwa przechyla się na stronę rektorów uczelni państwowych, którzy kodeksami, oświadczeniami i deklaracjami zakazują pracownikom – szczególnie profesorom – pracy na uczelni niepublicznej. Sprzyja im pierwsza w III RP kompleksowa kontrola szkół wyższych prowadzona przez Państwową Komisję Akredytacyjną. Co kilka tygodni kolejny raport komisji dostarcza argumentów, że wieloetatowcy na uczelniach to chore zjawisko. Wielu „sklonowanych profesorów” znaleźć można tylko na liście płac. Studenci ich nie widzieli, ale władze uczelni są zadowolone, bo spełniają wymagania komisji co do liczby zatrudnionych pracowników naukowych. Rekordzista dojeżdżał z Warszawy na 17 prywatnych uczelni.

Profesor pod latarnią

Jako pierwszy przeciwko profesorom zdradzającym rodzimą uczelnię jeszcze w zeszłym roku wystąpił rektor UJ. – Ktoś musiał wreszcie powiedzieć, że król jest nagi. Nie można w nieskończoność tolerować wieloetatowości. Trzeba wreszcie przypomnieć podstawowe wartości etyczne – tłumaczy prof. Franciszek Ziejka i dodaje dosadnie: – Nie można stawać na rogu ulicy, przyjmując pozycję najstarszego zawodu świata. Najwyższy czas zacząć dyskusję na temat etyki zawodu. Ci z kilkunastoma etatami biedni ludzie, którzy zatracili poczucie przyzwoitości.
Natychmiast poparł go rektor AGH, prof. Ryszard Tadeusiewicz, podobne uchwały przyjął Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytet i Politechnika Białostocka. Ale przełomem jest niedawne poparcie rektora UW, prof. Piotra Węgleńskiego. Jeśli dwa potężne i najlepsze uniwersytety mówią jednym głosem, sprawa wydaje się przesądzona. Nadchodzi koniec podwójnego życia profesorów. Szczególnie że kolejne uczelnie ogłaszają swoje zasady.
Od połowy grudnia pracownicy Politechniki Łódzkiej nie mogą firmować innych uczelni, czyli nie mogą być na ich liście profesorskiej, co pozwala spełnić wymagania PKA. Poza tym jeśli prowadzą działalność gospodarczą, muszą poinformować o tym rektora. – Dowiem się, jaka jest skala uprawiania nieuczciwej konkurencji wobec macierzystej uczelni – tłumaczy prof. Jan Krysiński, rektor Politechniki Łódzkiej.
Władze Uniwersytetu Gdańskiego jesienią uznały, że naukowcy zatrudnieni na wysokich stanowiskach nie mogą pełnić podobnych funkcji na prywatnych uczelniach. Teraz tę zasadę narzucają wszystkim pracownikom. Z danych rektoratu wynika, że przed koniecznością wyboru stanie kilkudziesięciu pracowników, z których aż 11 jest rektorami innych uczelni. – Korzystając z dorobku UG, prowadzą wykłady w prywatnych szkołach. A to niedopuszczalne – komentuje rektor UG, prof. Andrzej Ceynowa.
– Na podstawie tej uchwały nie będę nikogo wyrzucał z pracy. Był to apel, żeby pracownicy się obudzili, żeby sobie przypomnieli, że pracują na Uniwersytecie Jagiellońskim. Winni są mu wierność. Nie powinni promować cudzych podmiotów, tylko poświęcić się nauce i pracy dydaktycznej na swojej uczelni – komentuje swoją decyzję prof. Ziejka. I przypomina, że wspomnianą uchwałę Senat UJ przyjął jednogłośnie.
Metody egzekucji są różne. W Łodzi trzeba wypełnić formularz i w ciągu pół roku zrezygnować z dodatkowej pracy. W Zielonej Górze składa się informacje o pracy na uczelni prywatnej i czeka na decyzję rektora. Poza tym profesorowie będą musieli być na uczelni przynajmniej cztery razy w tygodniu. Żeby studenci mogli skonsultować prace.
Konsekwencje też są różne. W Łodzi można stracić pracę, ale w Zielonej Górze raczej nie. Politechnika Krakowska ostrzega, że wieloetatowcy nie będą mogli zajmować kierowniczych stanowisk.
Największą wiedzę o podwójnym życiu profesorów ma rektor UJ. Termin składania oświadczeń przedłużano dwukrotnie, poskutkowała dopiero groźba skreślenia z listy podwyżek. Z analizy danych 69% nauczycieli akademickich wynika, że 79% naukowców pracuje tylko na UJ, 19% dorabia dodatkowo na innej uczelni, a 2% na dwóch lub więcej. A więc trzeba przyznać, że skala zjawiska nie jest porażająca. Rektor UJ, choć to on wypowiedział wojnę, zostawia wyjście. Można uczyć na prywatnej uczelni, byle nie krakowskiej. Podobny układ, chyba najzdrowszy w tej sytuacji, już od dawna łączy UW i Wyższą Szkołę Humanistyczną w Pułtusku. – Uważam, że nieetyczne byłoby tworzenie prywatnej uczelni na terenie stolicy, tam gdzie ma siedzibę Uniwersytet Warszawski – tłumaczy prof. Andrzej Bartnicki, rektor WSH.
Inną ugodę proponuje prof. Włodzimierz Roszczynalski z krakowskiej prywatnej Wyższej Szkoły Zarządzania i Bankowości. Uważa, że pracownicy naukowi winni mieć ograniczoną pracę do dwóch uczelni. Zasadę tę zastosowano już na nowo powstałej krakowskiej uczelni im. Tischnera.

Prywatni żądają wolności

Prywatni nie zgadzają się z ograniczeniami. Sprzeciw zgłaszają rektorzy zrzeszeni w Konferencji Rektorów Szkół Niepublicznych, której przewodzi prof. Józef Szabłowski. Jego postulat brzmi tak: dajcie wszystkim uczelniom niepaństwowym, magisterskim, prawo prowadzenia studiów doktoranckich. Wtedy sami sobie wyprodukujemy kadry. Dziś prawo to mają tylko nieliczne placówki, a skonstruowana pod okiem prezydenta nowa ustawa o szkolnictwie wyższym utwierdza uprzywilejowanie w tej sprawie uczelni państwowych. Tymczasem prywatni namawiają do współpracy profesorów ze szkół państwowych, bo nie ma innego miejsca (poza PAN), w którym można by ich znaleźć. Stan ten nie zmienia się od lat. – Skąd mamy brać kadrę, jeśli sami nie możemy jej kształcić? – pyta retorycznie prof. Szabłowski.
Ostatecznym uregulowaniem podwójnej pracy będzie właśnie wspomniana ustawa. W ustawie o szkolnictwie wyższym, firmowanej przez prezydenta, zapisana jest konieczność uzyskania zgody rektora macierzystej uczelni na pracę na innej. Trzeba też będzie przyjąć wariant pracy na różnych poziomach kształcenia, np. na jednej uczelni na kierunku licencjackim, na drugiej na magisterskim. Nie będzie wtedy dochodziło do absurdalnych sytuacji, o których mówi rektor jednej z publicznych uczelni: – Jak mam prowadzić negocjacje z rektorem uczelni niepublicznej, który jest zarazem moim podwładnym na uczelni publicznej?
Zniesione zostaną tzw. górne widełki. Dziś przeciętna płaca profesora (netto) to 2,5 tys. zł. – Jeżeli uczelnia szczególnie ceni pracownika, będzie mogła zaproponować mu lepsze warunki – tłumaczy prof. Jerzy Woźnicki, przewodniczący zespołu przygotowującego nową ustawę. I dodaje, że w 1990 r. mieliśmy zbyt wielu nauczycieli akademickich, dziś mamy ich zbyt mało. – Gdyby możliwość pracy na dwóch etatach została wyeliminowana, zagrożone byłyby nie tylko uczelnie niepubliczne, ale i niektóre państwowe – tłumaczy prof. Woźnicki. Ma także nadzieję, że większe pieniądze w jednym miejscu pohamują kadrę przed rozmienianiem się na drobne.
Do zdecydowanych przeciwników wszelkich uregulowań należy prof. Paweł Bożyk, rektor Wyższej Szkoły Ekonomiczno-Informatycznej, jednocześnie wykładowca SGH. – Ustawowe ograniczenia dodatkowej pracy są sprzeczne z konstytucją – tłumaczy. – O swoim dodatkowym zatrudnieniu powinien decydować sam zainteresowany i ten, kto mu proponuje pracę. Przecież wiadomo, że nikt nie chce mieć u siebie chałturników.
Zdaniem dwuetatowców, nagonkę rozpętali nieudacznicy, których nikt nie chciał dodatkowo zatrudnić.
Prof. Bożyk dodaje, że pracownicy naukowi są ludźmi poważnymi, którzy solidnie traktują swoją pracę. Gdy został rektorem prywatnej uczelni, zrezygnował z funkcji dziekana w SGH, choć rektor uczelni, prof. Marek Rocki, nie wprowadził żadnych ograniczeń. – Na moje wykłady w SGH przychodzi kilkuset studentów – mówi. – Mają wolny wybór i chcą mnie słuchać. A jeśli mój kolega jeździ z wykładami na prywatną uczelnię do tych młodych osób, które nie dostały się na państwową, też nie widzę w tym nic złego.
Poza tym, zdaniem prof. Bożyka, dorobek intelektualny jest własnością jego, nie uczelni.

Koniec fabryki dyplomów

Uczelniane zakazy ocenili prawnicy. Dr Ewa Gruza z Wydziału Prawa UW uważa, że są one zgodne z prawem. Tłumaczy, że pracownicy mianowani to nie tylko etatowcy, ale i osoby tworzące kapitał intelektualny, identyfikowane z marką uczelni. Wszystkich obowiązuje ustawa o konkurencji, stosowana na przykład w stosunku do dziennikarzy, którzy muszą przyjąć zakaz współpracy z innymi tytułami. Naukowca ten zakaz także dotyczy.
Prof. Jan Kopcewicz z UMK uważa, że kończy się bardzo długi okres pionierski, w którym prawo nie obowiązywało. Porządki będą bolesne, ale konieczne.
Jednak intelektualna wojna na górze nie musi być wyniszczająca. Na pewno dobrze będzie, gdy z rynku wyeliminowane zostaną fabryki dyplomów, zwane przez prof. Ziejkę „lotnymi brygadami uczonych”, przeważnie skrzykniętymi tylko po to, by zarobić. Scenariusz będzie następujący: z marnych uczelni szybko wycofają się profesorowie, tak by nie tracić etatu w państwowej, lepszej placówce. Komisja Akredytacyjna wystawi im ocenę negatywną, bo brakuje kadry. No i na koniec minister edukacji cofnie zgodę na prowadzenie nauczania. Znikną różne fałszywki, kryjące się pod zarządzaniem i marketingiem, a także bardzo modna ostatnio ochrona środowiska, tyle że bez chemii, bo nie miał kto jej wykładać.
Dla niektórych, także słabych, zawodowych uczelni państwowych ratunkiem będzie połączenie. – Muszą zniknąć te niepaństwowe uczelnie, które działają jako ośrodki szkoleniowe, korzystające z pożyczonej kadry – złośliwie ocenia prof. Mirosław Zdanowski, rektor warszawskiej Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości.
– Uchwały senatów uczelni, a także nowa ustawa uporządkują życie uczelni – tłumaczy prof. Woźnicki. – Profesorowie na wielu etatach łatwiej przepuszczali plagiaty, niezdyscyplinowani odwoływali zajęcia lub spóźniali się na nie. Zamiast wiedzy przekazywali kult bylejakości. Uczyli chałturzenia.
Ale dobre uczelnie niepaństwowe, te z czołówki rankingów, muszą się dogadać z państwowymi. Dopóki rynek kadry naukowej będzie w Polsce tak płytki, tak niewielu będzie profesorów, dopóty konieczna jest ugoda zawarta w projekcie ustawy: zgoda na pracę na tylko jednej dodatkowej uczelni. Oczywiście, pozostaje problem wynoszenia za mury uczelni państwowej jej dorobku naukowego. I tu niepaństwowi muszą się bronić faktami – stworzyć takie warunki, by uczelnia mogła prowadzić własne badania naukowe.
Prof. Franciszek Ziejka zauważa, że narzekanie na brak kadry na rynku jest niesłuszne. Rektor UJ proponuje, by niepubliczni zatrudnili część doktorantów u siebie, na pierwszym etacie. – Budujcie własne zespoły, prowadźcie badania – apeluje. Możliwe są także wspólne badania.
Gdy na początku lat 90. bujnie zaczęło rozkwitać szkolnictwo niepaństwowe, prof. Henryk Samsonowicz powtarzał chińską formułę: „Niech kwitnie sto kwiatów”. Dziś rektorzy uczelni, tracący dorobek i kadrę są zgodni, że rzędy kwiatów trzeba przetrzebić.

 

Wydanie: 2/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy