Propaganda sukcesu kontra klęski

Propaganda sukcesu kontra klęski

Debata o polityce zagranicznej: od tego, co powiedział Sikorski, ciekawsze jest to, co pominął

Tak naprawdę w ubiegłym tygodniu mieliśmy dwie debaty na temat polskiej polityki zagranicznej i dwa exposé. Oficjalne wygłosił szef MSZ Radosław Sikorski w polskim Sejmie. A to drugie dzień wcześniej zaprezentował w Parlamencie Europejskim w Brukseli Jarosław Kaczyński, gdy połączony telemostem z uczestnikami specjalnego wysłuchania mówił o katastrofie smoleńskiej.
Te dwa wystąpienia to były dwa światy, jeśli chodzi o postrzeganie Polski, o wyznaczanie celów jej działania. Dwa światy zupełnie różne, a jednocześnie nierozerwalnie ze sobą splecione – bo w każdym wystąpieniu Kaczyńskiego jest polemika z obecną Polską, tą kierowaną przez Donalda Tuska. A większa część exposé Sikorskiego była polemiką z eurosceptykami i pisowskim sposobem widzenia kraju.

Dla największej partii opozycyjnej katastrofa smoleńska jest dziś rodzajem religii, wokół której kręci się wszystko inne. Jej punktem wyjścia jest stwierdzenie, że samolot nie spadł na ziemię w wyniku błędu pilota. „Coraz więcej faktów świadczy o tym, że to był zamach”, przekonuje Jarosław Kaczyński. „Na pokładzie były dwa wybuchy”, mówi były rzecznik Lecha Kaczyńskiego Maciej Łopiński. PiS głosi też teorie, że Rosjanie celowo wprowadzili TU-154 na ścieżkę śmierci.

ZAMACH DOWODEM

„Zamach” na TU-154 to dowód na to, że Polska jest otoczona złymi sąsiadami, którzy chcą ją podporządkować. To także dowód na to, że mamy zły rząd – uległy wobec Moskwy lub wręcz z Moskwą współpracujący. Rząd, według PiS, jest także uległy wobec Niemiec, a poza tym wobec międzynarodowego kapitału, który drenuje kieszenie Polaków. Polska jest krajem postkolonialnym – woła Kaczyński. Wniosek więc jest jeden – trzeba zerwać łańcuchy zniewolenia.
Diametralnie inną opowieść prezentuje Radosław Sikorski. Jeżeli PiS opowiada o zdradzie („zdradzeni o świcie”) i przegranych ostatnich 20 latach, to on mówi o sukcesie. „Współczesna Polska jest najlepszą, jaką mieliśmy”, przekonywał w Sejmie. „Nasza prezydencji w Unii była najlepsza od czasów szczytu w Lizbonie”, „Dziś kojarzymy się z nowoczesnością, skutecznym zarządzaniem”.
Sikorski przypomina: w 1989 r. Polska była chorym człowiekiem Europy. Dziś zaufanie do jej finansów jest na poziomie najsilniejszych państw Unii. „W 1994 r., aby znaleźć nabywców na nasze trzyletnie obligacje, musieliśmy oferować odsetki w wysokości 16%. W 2000 r. spadły one o połowę, do nieco ponad 8%. Kolejną dekadę później inwestorzy zadowalali się już nieco ponad 5%”, ilustrował. I wywodził: „walka o wiarygodność finansową jest dziś batalią o siłę naszego państwa i dobrobyt obywateli. Ale jest czymś jeszcze ważniejszym. Jest także walką o naszą praktyczną suwerenność. Bo patriotyzm dzisiaj to nie wdawanie się w utarczki słowne z potężniejszymi sąsiadami. To konsekwentne budowanie podwalin siły Polski”.
Mamy więc dwie opowieści o Polsce: jedną – klęski i zdrady, drugą – sukcesu i współpracy.

SZKIELET SYMBOLEM?

A gdzie miejsce na realną ocenę sytuacji? Szczęście Radosława Sikorskiego polega na tym, że opozycja nie zmusiła go do wysiłku. Mógł jej odpowiedzieć paroma ogólnie słusznymi zdaniami i to wystarczyło.
Gdy więc Sikorski mówi, że naszym głównym partnerem są Niemcy i że pomyślność Polski zależy w wielkim stopniu od pomyślności UE, tego, jak poradzi sobie z obecnym kryzysem, i że jesteśmy zdeterminowani, by bronić europejskiej konstrukcji, to – na tle opowieści Kaczyńskiego – brzmi to świeżo, ale w gruncie rzeczy jest stwierdzeniem banalnym. Dopiero początkiem prawdziwej dyskusji. Bo w bardziej skomplikowane sprawy minister się nie wgłębiał – z jego exposé nie dowiedzieliśmy się, jak Polska zamierza ułożyć stosunki z RFN i jakie mamy tu pole manewru. Dowiedzieliśmy się wprawdzie, że przyszłość Unii jest naszą przyszłością, ale minister nie powiedział, jak zamierza zwiększać naszą efektywność w unijnych strukturach. Umknął też przed narysowaniem mapy stosunków Polska-Wschód. Bo sam fakt, że rosną obroty handlowe z Rosją, to za mało.
Tak czy inaczej – warto docenić exposé szefa MSZ, a zwłaszcza porównać je z podobnymi sprzed 5, 10, 15 lat. Które opowiadały o naszej drodze do NATO i Unii, odwoływały się do dziedzictwa „Solidarności”, podkreślały sojusz z USA, wiarę w tarczę antyrakietową i wojnę z terroryzmem… Dziś tamta gra, często naiwna, zastępowana jest wyliczaniem, ile daje europejska współpraca. To pokazuje, że wiele się zmieniło. Oczywiście, z wyjątkiem szkieletu ambasady w Berlinie, której rudera straszy od lat.

Wydanie: 14/2012

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy