Jak przeżyć samotne święta

Jak przeżyć samotne święta

Samotność najbardziej odczuwają ludzie młodzi, w wieku 18-24 lata

Dr hab. Łukasz Okruszek – profesor Instytutu Psychologii PAN, kierownik Pracowni Neuronauki Społecznej IP PAN, wykładowca na Wydziale Psychologii UW. W ramach Projektu Samotność (www.projekt-samotnosc.pl) analizuje neuronalne, fizjologiczne i psychologiczne mechanizmy wpływu samotności na zdrowie psychiczne i fizyczne.

Mamy drugą falę pandemii. Wiele osób jest na kwarantannie, szkoły wciąż zamknięte, izolujemy się. Mówi się nam, że święta też powinniśmy spędzić w samotności. Wszyscy martwimy się, jak to wpłynie na naszą kondycję psychiczną.
– Nas jako osoby zajmujące się neuronauką społeczną interesuje przede wszystkim to, jak samotność wpływa na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne. Od prawie dwóch dekad badania eksperymentalne pokazują nam, że różne formy wykluczenia społecznego prowadzą na poziomie neuronalnym do bardzo specyficznej reakcji. Przypomina ona to, co widzimy w mózgu osób, którym zadawany jest fizyczny ból. Ból społeczny jest więc również dość wymierny.

Jednak zanim przejdziemy dalej, małe zastrzeżenie – w psychologii samotność, czyli coś, co możemy określić jako subiektywną izolację społeczną, nie jest oczywiście tożsama z izolacją społeczną w sensie obiektywnym, którą dziś nam się nakazuje ze względu na pandemię.

Samotność z punktu widzenia psychologii jest nieprzyjemnym stanem psychicznym, związanym z subiektywnie odczuwaną rozbieżnością między tym, jak wyglądają te relacje społeczne, które mamy, a tym, jakie chcielibyśmy mieć. Oczywiście to nieprzyjemne uczucie może się wiązać z izolacją społeczną – jedna i druga stanowią zagrożenie dla naszego zdrowia psychicznego i fizycznego.

Czyli może być tak, że mimo izolacji wcale nie czujemy się samotni.
– Tak. Ktoś może odczuwać samotność, nawet jeśli ma dużo różnych relacji społecznych – z drugiej strony można nie czuć się samotnym, mając jedną czy dwie bliskie osoby. To subiektywne odczuwanie może wynikać z różnych czynników, np. naszych przekonań co do tego, jak powinny wyglądać relacje społeczne, lub z osobistego zapotrzebowania na kontakt społeczny.

My jako neuronaukowcy badamy subiektywny stan samotności i jej wpływ na nasz organizm – reakcję tę można w pewnym sensie przyrównać do takich stanów jak głód czy pragnienie. W tym sensie samotność jest sygnałem organizmu, poprzez który informuje on nas o tym, że czegoś istotnego brakuje nam do przetrwania. Mechanizm, który każe nam mieć relacje społeczne, pochodzi oczywiście z tych czasów w historii naszego gatunku, gdy ich posiadanie było niezbędne do przeżycia. Aby zmotywować nas do wzmocnienia istotnych dla nas relacji, stan samotności jest nam sygnalizowany przez organizm jako nieprzyjemny.

Zmusza nas, byśmy o te relacje zadbali – tak jak głód zmusza nas, byśmy coś zjedli.
– Tak. Niestety, wiemy już, że ten mechanizm nie zawsze prowadzi do pożądanych skutków, czasem jest wręcz odwrotnie. Większe wyczulenie na sygnały społeczne oznacza też, że mocniej odbieramy sygnały zagrażające, np. częściej dopatrujemy się u innych wrogich intencji. Z drugiej strony, z uwagi na skupienie na naszym dobrostanie, więcej wymagamy od osób, z którymi chcemy być w interakcji. Poczucie osamotnienia może nas więc paradoksalnie jeszcze bardziej alienować. Wpadamy wtedy w błędne koło samotności.

Bywa jednak i tak, że mówimy: „Co ja bym dał, by posiedzieć gdzieś samemu i zrobić coś bez rodziny na głowie”. Tu trzeba zaznaczyć różnicę między dwoma rodzajami samotności, mającymi dwa różne określenia w języku angielskim, ale w języku polskim już nie. Po angielsku ta „zła” samotność, czyli nie z wyboru, to loneliness, a samotność pożądana, gdy idziemy sobie do lasu pomedytować, to solitude. Bardzo mi w naszym języku tego rozróżnienia brakuje.

Wróćmy jednak do tej negatywnej samotności, na którą teraz jesteśmy szczególnie narażeni na skutek izolacji.
– Nas, badaczy, najbardziej interesuje trwała, chroniczna samotność, o której wiemy, że ma bardzo negatywne skutki. Z dużej metaanalizy ponad 70 różnych badań, dotyczących łącznie ok. 3 mln osób, wynika, że zarówno izolacja społeczna – ta obiektywna – jak i samotność mają podobne przełożenie na ryzyko śmiertelności. U osób odczuwających samotność jest ono o prawie 26% większe w porównaniu z osobami, które jej nie doświadczają. To efekt porównywalny np. z paleniem papierosów, otyłością czy nadciśnieniem. Tyle że konsekwencji samotności zwykle nie jesteśmy tak świadomi jak skutków tamtych czynników.

Samotność podczas pandemii może więc znacząco wpłynąć nie tylko na nasze zdrowie psychiczne.
– Tak, choć o epidemii samotności mówiliśmy jeszcze przed pandemią covidu. Wiemy już, że istnieją mechanizmy, w których stan samotności przekłada się na stany zapalne w organizmie, przyśpieszone starzenie komórek, zmiany w układzie sercowo-naczyniowym, zwiększone ryzyko udaru i otępienia – jest tego bardzo, bardzo dużo. Poczucie samotności to nie coś, co jest tylko w naszej głowie. U osób, które czują się samotne, obserwujemy mniejszą zmienność rytmu serca – i nie jest to, niestety, korzystny efekt. W naszych badaniach skupiamy się głównie na powiązaniu między mózgiem a układem sercowo-naczyniowym.

Pierwsze takie badanie miało miejsce wiosną.
– Tak. W marcowym badaniu wzięło udział ok. 500 osób. Już wtedy zauważyliśmy istotną korelację między nasileniem lęku i depresji a poczuciem samotności u osób, które przestrzegają zasad izolacji. Pandemia przerwała nam wprawdzie laboratoryjne eksperymenty dotyczące tego zjawiska, ale jako że wiosenny lockdown był w zasadzie wielkim naturalistycznym eksperymentem, narzucającym izolację społeczną, postanowiliśmy sprawdzić związek między samotnością podczas pandemii a lękiem i depresją.

Czy teraz, gdy minęło pół roku, czujemy się jeszcze bardziej osamotnieni?
– Jesienią chcieliśmy kontynuować nasze badania. Niestety, tylko co piąty badany z grupy, która zgodziła się na dalszy kontakt, wziął w nich udział. Tak zwane dane podłużne (pochodzące od tych samych osób, jednak nie uzyskiwane jednorazowo, lecz zbierane przez dłuższy czas) mamy więc z małej grupy, ok. 50 osób, dlatego zastrzegam, że nie jest to grupa w żaden sposób reprezentatywna. Mogę natomiast powiedzieć, że zauważyliśmy u tych osób istotny wzrost poczucia samotności. Wynik ten, choć obarczony ograniczeniami metodologicznymi związanymi z pandemią, jest zgodny z wnioskami z badań z innych krajów.

W Stanach Zjednoczonych grupa badaczy przez sześć miesięcy badała natężenie poczucia samotności w grupie reprezentatywnej dla populacji amerykańskiej. Między kwietniem a wrześniem 2020 r. u osób badanych zaobserwowano istotny wzrost poczucia samotności. Co więcej, we wrześniu ponad 64% osób poddanych różnym obostrzeniom związanym z lockdownem – czyli mieszkających w tych stanach, gdzie był on rekomendowany lub narzucony – kwalifikowało się do grupy, która ma wysokie lub bardzo wysokie nasilenie poczucia samotności. Z kolei u osób, które nie zostały objęte restrykcjami, niemal połowa (48%) też czuła się samotna lub bardzo samotna. Widzimy więc różnicę między tymi, którzy byli poddani restrykcjom, a tymi, którzy nie byli, ale także dużą skalę problemu niezależnie od obostrzeń. Co ciekawe, dane te kontrastują z efektami obserwowanymi w pierwszych miesiącach pandemii – w badaniach przeprowadzonych przez inną grupę w okresie styczeń-kwiecień na grupie reprezentatywnej dla społeczeństwa USA nie zanotowano wzrostu poczucia samotności. Zauważono za to wzrost poczucia wsparcia społecznego w tym okresie.

Skąd taka różnica między wnioskami?
– Podobny mechanizm opisuje się w badaniach nad katastrofami naturalnymi, takimi jak huragany czy powodzie. Wynika z nich, że często po fali doraźnej mobilizacji społecznej, którą obserwuje się tuż po katastrofie, następuje rozluźnienie i osłabienie więzi. W Polsce o fali mobilizacji na początku pandemii świadczyć mogą choćby oddolne inicjatywy typu „Widzialna ręka”. Teraz, pół roku później, dostrzegamy jednak wzrost poczucia samotności, który sugeruje, że mamy do czynienia z mechanizmem deterioracji (osłabienia, popsucia się – przyp. red.) wsparcia społecznego, opisywanym właśnie w badaniach nad katastrofami naturalnymi. Jeden z wybitnych badaczy mechanizmów psychologicznych towarzyszących katastrofom naturalnym, prof. Krzysztof Kaniasty, nazwał go „wzlotem i upadkiem utopii”.

A skoro jesteśmy przy katastrofach naturalnych, czytałam ostatnio, że w ich przypadku wzrasta np. liczba rozwodów. Z kolei kryzysy ekonomiczne – czy w ogóle te wywołane przez człowieka, np. związane z atakami terrorystycznymi – zbliżają ludzi do siebie. Ale były to wyniki lokalnie przeprowadzonych analiz, więc nie wiem, na ile to mocna teza.
– To ciekawy wątek. Patrząc na społeczną mobilizację, możemy porównywać wiosenny okres pandemii – jako nagły stresor – do katastrofy naturalnej. Teraz jednak trudno o niej mówić z pominięciem takich aspektów jak narastający kryzys ekonomiczny, na który w Polsce nakłada się kryzys polityczny. Z perspektywy badacza coraz trudniej jest porównywać to, co działo się wiosną, z obecną sytuacją. Wtedy wprowadzono nagle dojmujące restrykcje – teraz przez długi czas mieliśmy sytuację niedookreśloną, niejasną, zwaną lockdownem pełzającym. Przekaz otrzymywany od rządzących jest obecnie dużo mniej spójny i czytelny niż wiosną. Bo zobaczmy: w jednym tygodniu mamy zapowiedź narodowej kwarantanny – ale nawet nie wiemy, czym ona ma być. Potem pojawia się informacja, że mamy sukces w walce z pandemią – jednocześnie dowiadujemy się z mediów, że wynika on ze zbyt małej liczby testów. Co więcej, o tym, że podawane liczby zakażonych trzeba zwielokrotnić, mówi głośno nawet jeden z głównych doradców premiera.

Czujemy się jeszcze bardziej pogubieni.
– A na to nakłada się szerszy kontekst psychospołeczny. Ten, kto wpadł na pomysł, by w środku pandemii zająć się wyłączaniem kolejnych przesłanek legalności aborcji – w sytuacji gdy młodzież, studenci i duża część klasy średniej od długiego czasu siedzą zamknięci w domach, wygłodniali relacji międzyludzkich – najwyraźniej mało wiedział o mechanizmach działania tzw. mózgu społecznego.

Co naukowcy wiedzą na ten temat?
– Niedawno ukazał się raport dr Katarzyny Jaśko z UJ z badania z udziałem ponad 3 tys. osób zaangażowanych w protesty, pokazujący, że dla znakomitej większości – ponad 90% – walka z decyzją Trybunału Konstytucyjnego jest równie ważna jak walka z pandemią lub nawet ważniejsza.

Jeśli popatrzymy na to z perspektywy wywoływanych emocji, dla wielu osób protesty Strajku Kobiet były pierwszą sytuacją od ponad pół roku, która realnie przykryła wszystkie tematy covidowe i dała im emocje inne niż strach czy osamotnienie. Co więcej, ten raport pokazuje, że osoby zaangażowane w protesty przeciwko TK przeżywały przede wszystkim pozytywne emocje, takie jak duma, poczucie znaczenia, siły, przekonanie, że uczestniczy się w czymś ważnym.

Moja intuicja badawcza mówi mi, że jeśli mielibyśmy myśleć o relacji między tym zjawiskiem społecznym a pandemią, mogłoby się okazać, że protesty rozwijają się nie wbrew pandemii, ale dzięki niej, dzięki pełzającemu lockdownowi i restrykcjom pandemicznym. Protesty mogły pomóc zmniejszyć poczucie osamotnienia wśród uczestników „spacerów”. W tym sensie hasło „Nigdy nie będziesz szła sama” zyskuje dodatkowe znaczenie.

Teraz jednak protesty przygasły. I znów zostaliśmy ze swoją samotnością. Jak to jeszcze na nas wpływa?
– W niedawnym sondażu na reprezentatywnej dla polskiego społeczeństwa próbie pokazano, że 47% Polaków obawia się, że przez drugą falę pandemii ich zdrowie psychiczne się pogorszy – i nie jest to obawa nieuzasadniona. Wspomniane badania ze Stanów pokazały, że nasilenie odczucia samotności związane jest z nasileniem depresji i myśli samobójczych. Również raport amerykańskiego CDC (Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom) z końca czerwca pokazał, że prawie 41% respondentów zgłasza przynajmniej jeden istotny klinicznie problem ze zdrowiem psychicznym. Najczęściej były to depresje i zaburzenia lękowe (31% badanych). Najbardziej zatrważające było jednak to, że aż 11% poważnie rozważało samobójstwo w okresie 30 dni przed badaniem. Wszystkie te współczynniki wyraźnie podniosły się w porównaniu z tymi sprzed pandemii – jeśli chodzi np. o objawy lękowe, występowały one trzykrotnie częściej niż w 2019 r. Depresja – czterokrotnie częściej.

Z kolei badania walijskie pokazały, że niemal połowa uczestników odczuwa istotny klinicznie stres, co stanowiło ponadtrzykrotny wzrost w porównaniu z ubiegłym rokiem. W metaanalizie uwzględniającej 60 różnych badań z udziałem 227 tys. osób wykazano, że w „świecie covidu” łącznie ok. 24% osób cierpi z powodu objawów depresyjnych, a 21% z powodu objawów lękowych. I teraz kolejna ciekawa rzecz: kogo pani zdaniem najbardziej dotyka pandemia?

Powiedziałabym, że seniorów. Najbardziej odizolowanych, samotnych. My mamy chociaż Facebooka, mejle itd.
– Zgodzę się, że ich wykluczenie z sieci może powodować pogłębienie poczucia osamotnienia, choć oczywiście nie dotyczy to wszystkich. Stereotypowo wydaje się, że dostęp do internetu sprawia, że pandemia najmniej dotyka młodzież. Ale jeśli zastanowimy się nad jej odroczonymi skutkami, okaże się, że ten obraz jest zupełnie inny.

Z badań amerykańskich czy europejskich, prowadzonych jeszcze przed pandemią, wiemy, że największe natężenie poczucia samotności można obserwować w najmłodszej grupie wiekowej, czyli 18-24 lata. W dużym niemieckim badaniu na próbie 4 tys. osób zaobserwowano z kolei, że restrykcje związane z pozostawaniem w domu były związane z depresją i lękiem tylko w najmłodszej grupie uczestników – 18-34 lata. U osób powyżej 35. roku życia, w tym seniorów, nie wykazano podobnego związku. W polskich badaniach, prowadzonych na początku maja przez dr hab. Małgorzatę Gambin z UW, zauważono istotnie wyższy poziom lęku i depresji u osób w wieku 18-24 lata w porównaniu z pozostałymi grupami wiekowymi. Co ciekawe, osoby z grup 55-64 lata i powyżej 64. roku życia zgłaszały najniższe nasilenie objawów depresji i lęku. Z kolei w badaniach holenderskich na grupie reprezentatywnej osób powyżej 65. roku życia porównywano stan psychiki seniorów w maju 2020 r. i na jesieni roku 2019. I mimo że ich poczucie samotności wzrosło w tym roku, nie zaobserwowano zwiększonego natężenia zaburzeń psychicznych.

Czy dlatego, że seniorzy – mówiąc wprost – są najbardziej przyzwyczajeni do samotnego życia czy izolacji społecznej?
– Chodzi o to, że młodsze grupy muszą się mierzyć z problemami innej natury niż seniorzy. W grupie najstarszej mamy oczywiście izolację i poczucie zagrożenia zdrowia i życia, ale jednocześnie o wiele mniejszą zmianę stylu codziennego życia niż u osób młodszych, które muszą się borykać z ryzykiem utraty pracy albo rzeczywistą jej utratą. Zdarza się, że muszą zwolnić wynajmowane mieszkanie i wrócić do rodziców. Duża część z nas cały dzień łączy obowiązki zawodowe z opieką nad dziećmi itd. Grupy najmłodsze zgłaszają zaś – zgodnie z wynikami badań zespołu z UW – takie czynniki jak: ograniczenie wolności, nuda, trudne relacje w rodzinie, poczucie osamotnienia, zmęczenie zaistniałą sytuacją i brakiem prywatności jako istotnie wpływające na ich dobrostan psychiczny w trakcie pandemii.

I wreszcie – nawet jeśli fizycznie zagrożenie zdrowia u osób starszych jest większe, na naszym zdrowiu psychicznym dużo bardziej odciska się niepewność.

Naprawdę jest to aż tak ważny stresor?
– Tak, dla rozwoju patologicznych reakcji na stres niepewność jest bardzo mocnym czynnikiem. Po epidemii SARS w Azji w 2003 r. u 25-55% osób (w zależności od szacunków), które przeszły chorobę, rozwinął się zespół stresu pourazowego. Badania prowadzone przez prof. Małgorzatę Dragan z UW pokazały, że już w czerwcu u ok. 16% badanych można było mówić o wysokim prawdopodobieństwie występowania zaburzenia adaptacyjnego jako reakcji na silny stres. Wszystkie nasze wysiłki w skali mikro i makro powinny być więc związane z tym, by zapewnić nam tak duże poczucie przewidywalności, jak tylko się da w tych czasach.

U nas chyba z tym kiepsko…
– Cóż, przewidywalność jest ostatnią rzeczą, którą widzę w różnych działaniach mających wpływ na funkcjonowanie społeczeństwa. Spójrzmy choćby na nagłe zamknięcie cmentarzy tuż przed 1 listopada. Podobnie było z branżą gastronomiczną – w pewien piątek okazało się, że od soboty restauracje mają zawiesić działalność, a przecież restauratorzy już zdążyli kupić zaopatrzenie na weekend. Te sytuacje nie pomogły budować naszego poczucia przewidywalności, więc tym trudniej jest mieć zaufanie do długofalowych planów działania, opierających się m.in. na dostępności szczepionki na covid.

To wszystko brzmi źle. Co będzie z nami dalej?
– Trwa dyskusja, czy po pandemii nasza rzeczywistość będzie jeszcze bardziej „drapieżna”, czy może obecny kryzys jest dla nas szansą na zbudowanie bardziej troskliwego i zrównoważonego świata. Jednak mimo że my, naukowcy, staramy się te wszystkie zjawiska opracować i zrozumieć, wciąż nie widzę owego „posttraumatycznego wzrostu”, który zapowiadano. Wyniki aktualnych badań na temat społecznych i psychologicznych skutków pandemii – a mamy już tysiące publikacji i codziennie pojawiają się nowe – pokazują raczej demobilizację społeczeństwa i osłabienie więzi. Wybitna badaczka poczucia samotności dr Julianne Holt-Lunstad podkreśla, że „recesją w sferze społecznej” powinniśmy się martwić tak samo jak kryzysem ekonomicznym. Zmiany wzorca naszego funkcjonowania wymuszone przez pandemię z pewnością będą miały głęboki wpływ na nasze funkcjonowanie w sferze społecznej.

Gorzej, że jako społeczeństwo wybieramy nie najlepsze sposoby radzenia sobie z samotnością. Mam tu na myśli używki.
– W USA, gdy kilka lat temu po raz pierwszy od dawna zanotowano spadek średniej długości życia, okazało się, że u podstaw tego zjawiska nie są choroby sercowo-naczyniowe czy nowotwory, lecz tzw. śmierci z rozpaczy – zgony w wyniku samobójstw, uzależnienia od narkotyków, leków opioidowych i alkoholu. Wszystkie te czynniki wiązane są z wpływem nierówności ekonomicznych lub społecznych. W tym kontekście dane z czasu lockdownu są niepokojące – co trzeci Amerykanin i co piąty Brytyjczyk pije więcej alkoholu w trakcie pandemii. Nasilają się również takie zjawiska jak picie w godzinach pracy – 32% Amerykanów, pracując zdalnie, pije więcej niż wtedy, gdy pracowali poza domem. Jednocześnie polskie badania pokazują, że osoby „radzące sobie” z pandemią za pomocą alkoholu są mniej skłonne znajdować cokolwiek pozytywnego w obecnej sytuacji. Według danych z wiosny w Polsce wzrosła też sprzedaż leków uspokajających i nasennych.

Czy media społecznościowe mogą nam jakoś pomóc?
– W związku z izolacją spędzamy dużo czasu w mediach społecznościowych czy pogrążamy się w binge-watchingu (wielogodzinne oglądanie seriali, odcinek za odcinkiem – przyp. red.). Choć wpływ internetu i mediów społecznościowych na życie społeczne nie jest tematem, w którym mamy jako naukowcy jednoznaczne wnioski, mogę się odwołać do słów dr Julianne Holt-Lunstad. Powiedziała kiedyś, że dla niej media społecznościowe są jak śmieciowe jedzenie, które szybko zaspokaja głód, ale nie ma wielu wartości odżywczych.


Przynajmniej nic nie musimy

Bogusława Bębnik, psycholożka, edukatorka

Wielu z nas martwi się, jak przetrwa święta bez spotkania z bliskimi. Większość uniwersalnych rad dla samotnych z prasy kolorowej nie pasuje do pandemicznej rzeczywistości. Nie wyjedziemy z biurem podróży, nie zaprosimy samotnych sąsiadów. Jak sobie teraz poradzić z osamotnieniem?

W tym roku sytuacja jest zupełnie wyjątkowa. Dlatego trzeba dać sobie przyzwolenie na to, by przyznać, że w te święta nie wszystko będzie wyglądało tak, jak w poprzednich latach – i że takie nieco inne święta też mogą być OK. Warto przede wszystkim zastanowić się, czego naprawdę potrzebujemy, co rzeczywiście jest dla nas ważne.

Część osób ma w sobie, prócz poczucia osamotnienia, wysoki poziom lęku związanego z koronawirusem i możliwością zakażenia się. Z takiej perspektywy samotne święta nie wydają się najgorszą opcją – przynajmniej będziemy się czuć bezpiecznie. Sądzę też, że wbrew pozorom dla niektórych samotnych święta „w cieniu pandemii” mogą się okazać łatwiejsze – wcześniej czuli się w tym momencie roku jeszcze bardziej osamotnieni, wiedząc, że wszyscy dookoła z kimś się spotykają. Teraz sytuacja może być dla nich nawet bardziej akceptowalna, bo nie wynika już z tego, że z czymś sobie nie poradzili lub nie mają obok siebie nikogo bliskiego, ale z tego, że są odpowiedzialni i dbają o zdrowie swoje czy bliskich. I nie są w tym świątecznym osamotnieniu jedyni.

Gdy jednak nad poczuciem bezpieczeństwa przeważa smutek związany z samotnością, warto się zastanowić, dlaczego tak wygląda nasza sytuacja i czy mamy na nią jakiś wpływ. Jeżeli np. od dłuższego czasu nie nawiązywaliśmy kontaktów z rodziną, może jest to właściwy moment, by do niej zadzwonić. Koniec roku jest także dobrą porą na zrobienie planów i wyznaczenie sobie celów na przyszły rok – może warto poświęcić ten czas na zastanowienie się, co możemy zmienić w swoim życiu.

Pamiętajmy też o osobach, które nie mają do kogo zadzwonić. Nie jest prawdą, że w tym roku trudniej zostać wolontariuszem, bo odwołano świąteczne wigilie dla samotnych – wiele instytucji pomocowych w czasie pandemii tym bardziej potrzebuje kogoś, kto przyniesie posiłek seniorom, osobom chorym czy przebywającym w domowej izolacji lub kwarantannie, niemogącym wychodzić. Jeśli sami jesteśmy takimi osobami, ważne jest, by prosić o pomoc w ośrodkach pomocy społecznej lub w naszych parafiach – by nie zostać na święta „poza systemem”.

Jeśli martwimy się o seniorów, pamiętajmy, że oni przeżyli już niejedne święta w trudniejszych niż obecne czasach. Tegoroczne Boże Narodzenie również będzie nietypowe – więc ich życiowe doświadczenie może się okazać pomocnym zasobem. W tym dla młodszych, którym na pewno seniorzy chętnie opowiedzą – choćby przez telefon – jak spędzili „kryzysowe święta” podczas wojny albo stanu wojennego.

Nam wszystkim dobrze zrobi natomiast uwolnienie się od stereotypów narzucanych przez lukrowane obrazy Gwiazdki serwowane nam przez media. Zapytajmy siebie, czy na pewno zawsze musimy mieć to wszystko, co oglądamy w telewizji – mnóstwo prezentów, piękne dekoracje, stół pełen ludzi. Może lepiej chociaż w tym roku nie gonić za takimi świętami i np. przygotować mniej posiłków? Dzięki temu zyskamy więcej czasu dla siebie, na odpoczynek – czy zrobienie rzeczy, które lubimy i których potrzebujemy. W tym roku nie musimy robić tego, do czego do tej pory czuliśmy się zobowiązani. To najlepszy prezent, jaki możemy dać sobie pod choinkę.

Potrzebujesz pomocy lub chcesz komuś pomóc przetrwać święta w czasach zarazy?

Wolontariuszy szuka Fundacja Wolne Miejsce, organizująca akcję dostarczania osobom potrzebującym wigilijnych posiłków. Akcja odbędzie się 24 grudnia między godz. 7 a 15.

Numery infolinii (czynnej od 5 do 20 grudnia) znajdują się na stronie fundacji: wolnemiejsce.pl.

Dla Warszawy będzie to: 22 112 02 44, dla aglomeracji śląskiej: 32 723 28 28, dla aglomeracji zagłębiowsko-górnośląskiej: 32 723 26 36, dla Łodzi i okolic: 42 298 08 98, dla Olsztyna: 89 650 33 31, dla Rumi: 58 728 27 38, dla Radomia: 48 386 82 20, dla Kalisza: 62 727 23 88, dla Starachowic: 41 310 73 33, dla Ostrowa Wielkopolskiego: 62 727 23 53 i dla Kołobrzegu: 78 216 82 37.

Telefon Pogadania

Wsparcie poprzez telefoniczną rozmowę oferuje Telefon Pogadania, inicjatywa działającą we współpracy z Fundacją Otwarte Idee, pracującą na rzecz integracji społecznej i przeciwdziałającą wykluczeniom.

Numer dla potrzebujących to: 22 255 22 50 lub 800 012 005 czynny codziennie od godz. 12 do 20.

Osoby chcące zostać telefonicznymi wolontariuszami mogą się zgłaszać przez formularz na stronie inicjatywy: telefonpogadania.pl.

Fundacja Szlachetnej Paczki również uruchomiła telefon wsparcia dla seniorów Dobre Słowa: 12 333 70 88 czynny w godz. 10-12 i 17-19. Telefon obsługuje zespół dr Barbary Smolińskiej z Fundacji Pomocy Psychologicznej Pracownia Dialogu.


a.brzeska@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Maciej Nowicki/Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu

Wydanie: 51/2020

Kategorie: Kraj