Przypominam Henri Dunanta

Ktoś ze znajomych mego syna głosi rewelacyjną teorię szybkości upływającego czasu. Powiada tak: „Czas płynie tak szybko, że ledwo człowiek wytrzeźwieje po sylwestrze, już trzeba ubierać choinkę”. Na progu osiemdziesiątki, do której się zbliżam – pytanie, czy dotrwam – odczuwam tę szybkość upływu czasu bardzo dotkliwie, bo gdybym był całkiem zdrów, a przecież nie jestem, to i tak musiałbym się liczyć z nadchodzącym „ubieraniem choinki”, by enigmatycznie określić to, co mnie wkrótce czeka. Czas zatem na bilans życia. Powinienem napisać wreszcie zapowiadany pamiętnik, do którego przymierzam się od lat, ale nie potrafię wyłączyć się z czynnego życia pożerającego moje siły i nie starcza ich na spokojną refleksję, gdyż zawsze pojawia się jakiś pilny problem do rozwiązania, czy to w rodzinie, czy w polityce, z której nie umiem stanowczo się wycofać, czy wreszcie w Polskim Czerwonym Krzyżu, którego sprawami zawiaduję już szósty rok całkowicie bezinteresownie, jakby na koszt tych wszystkich moich niezrealizowanych zamierzeń. To ostatnie opisane tu działanie jest mi ze wszystkiego najbliższe, gdyż mam świadomość, że pomagam potrzebującym, a zatem czynnie realizuję nasze czerwonokrzyskie bojowe hasło brzmiące: „Pomagamy potrzebującym, bądź z nami”. Czasami gdy buntuję się przeciw temu zaangażowaniu i szykuję swoją dymisjię, jawi mi się założyciel Czerwonego Krzyża, Henri Dunant i beszta mnie. Mówi tak: „To ja mogłem dla ulżenia niedoli potrzebujących spędzić znaczną część życia jako nędzarz, uliczny włóczęga, choć byłem na początku mej drogi zamożnym człowiekiem, a wylądowałem na długie lata w przytułku dla ubogich, bo tak bardzo mój czas – wszak przemysłowca – pożerały sprawy Czerwonego Krzyża, a tobie, mój panie wygodnicki, żyjący w dobrobycie, nie chce się wypełnić zaledwie ostatków życia czymś pożytecznym dla ludzi”. Gdy to słyszę, milknę speszony, bo jak się spierać z duchem świętego człowieka, jednego z wielkich dobroczyńców ludzkości, który za olbrzymią cenę własnej nędzy, a nawet pogardy środowiska, z jakiego się wywodził, potrafił uporem i odwagą osobistą zmienić istotnie bieg wielu spraw okrutnych dla potrzebujących, których – gdy leżeli ranni na polu bitwy – należało otoczyć staraniami medycznymi, a gdy byli głodni lub bezdomni, dać im dach nad głową i jakie takie pożywienie.
Od Henri Dunanta zaczęły działać prawa prowadzenia w sposób rycerski zmagań wojennych, czyli „Konwencje Haskie”, których zaistnienie wspomógł wydatnie car Rosji, Mikołaj II, bestialsko wykończony przez bolszewików. Dunant był jednym z pierwszych pomysłodawców przywrócenia Żydom prawa do Ziemi Świętej, co oni wykorzystują dzisiaj w sposób – w moim przekonaniu – zbrodniczy wobec pierwotnej ludności tego obszaru, za które to wypowiedzi ściga mnie zwyrodniała część naszej prawicy. Nie przejmuję się tym. Całe życie różne ciemne siły mnie ścigają za moje przekonania, toteż ze spokojem wciągam tych prawicowych harcowników na tak nazwaną listę moich oprawców. Niektórzy politycy prawicy są tam w niezłym towarzystwie siepaczy z NKWD, nadzorców z obozów koncentracyjnych, oficerów bezpieki i kto tam jeszcze ciąga mnie obecnie po sądach i prokuraturach za moje przekonania oraz działania w obronie skrzywdzonych niesprawiedliwymi wyrokami.
Często zadaję sobie pytanie, jak to się działo, że mimo prawie 2 tys. lat od narodzin Jezusa Chrystusa i zaistnienia wokół jego nauczania potężnych, wiele w życiu ludzkości mogących Kościołów trzeba było ofiary z osobistego powodzenia Henri Dunanta, tego niezwykłego człowieka, aby na pobojowiskach można było i zacząć bez obaw opatrywać rannych, by zacząć tworzyć prawa międzynarodowe zobowiązujące walczące ze sobą strony do rycerskiego traktowania jeńców i do skutecznego chronienia wszelkiej ludzkiej biedoty niedającej sobie rady z surowymi regułami życia.
Na tym tle rodzą się pytania o współistnienie owoców myśli i działań takich wielkich postaci ludzkości jak Jezus Chrystus, święty Franciszek i wielu, wielu innych prawodawców moralności i męczenników z okrutnymi w skutkach wojnami religijnych, z różnego autoramentu inkwizycjami, paleniem ludzi żywcem na stosach, gettami dla wierzących inaczej lub mających inny rodowód etniczny. Ile setek lat musiało upłynąć, aby zasady głoszone przez „Biedaczynę z Asyżu” znalazły możność spełnienia przez idee oraz działania „Biedaczyny z Czerwonego Krzyża”?
A jak jest teraz w naszym ukochanym kraju, będącym ponoć potężną ostoją europejskiego katolicyzmu? Gdzie można znaleźć praktyczną realizację Chrystusowego nakazu „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”? Jak się do tego pięknego nakazu mają absurdalne procesy ludzi przed kilkudziesięciu laty złamanych przez bezpiekę i zmuszonych szantażem do podpisywania jakichś nigdy niewypełnionych zobowiązań? Co znaczy, w kategoriach moralnych, obrzydliwy proces generała Jaruzelskiego opierający się na wadliwym prawnie akcie oskarżenia i narażający tego sybiraka, żołnierza minionej wojny i autora dramatycznej decyzji o stanie wojennym, która zapewne ocaliła życie niezliczonej liczbie potencjalnych ofiar sowieckiej interwencji przeciwko buntownikom z „Solidarności” bądź też ofiarom realnie zapowiadającej się ponownej wojny bratobójczej Polaków przeciw Polakom? Tym bardziej obrzydliwy wydaje mi się ten proces, że sądzony generał doprowadził swoimi odważnymi decyzjami do Okrągłego Stołu – zdarzenia prawie bez precedensu w dziejach nowożytnej Europy, które uchroniło tę część świata od krwawej rewolucji antykomunistycznej, bez której trudno byłoby wyprosić Czerwoną Armię z okupowanej przez nią przez kilkadziesiąt lat części Europy. I tego człowieka, sprawcę bezprecedensowego dobrodziejstwa, sadza się dzisiaj na ławie oskarżonych na podstawie prymitywnie sformułowanych i w sporej części bezpodstawnych zarzutów. Uważam ten proces nie tylko za oczywistą klęskę współczesnego wymiaru sprawiedliwości, lecz za klęskę współczesnego stanu moralności.

2 stycznia 2003 r.

Wydanie: 2/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy