Raj wśród złotych piasków

Raj wśród złotych piasków

Połączenie Orientu z baśni tysiąca i jednej nocy oraz nowoczesnej technologii to najlepszy opis Kataru – maleńkiego kraju na Półwyspie Arabskim

Korespondencja z Kataru

O Katarze zrobiło się głośno po tragicznych wydarzeniach z 11 września, a to za sprawą stacji telewizyjnej Al Dżaziira, która wyemitowała nagrania z Osamą ben Ladenem. To tu, do niewielkiego budynku na pustyni, ciągną reporterzy i turyści. Stacja, założona w 1996 r. dzięki finansowemu wsparciu emira, ma ponad 100 mln widzów na całym świecie. W krajach arabskich Al Dżaziira uważana jest jednak za enfant terrible tamtejszych mediów – jak na miejscowe zwyczaje jest zbyt bezpośrednia i demokratyczna. Np. jako jedyne medium arabskie zaprasza do studia zarówno Palestyńczyków, jak i Izraelczyków. Gdy więc w sąsiednim Bahrajnie przeprowadzano wybory, dziennikarzom stacji nie pozwolono na transmisję z miejsca wydarzeń. Wiele krajów arabskich wywierało naciski na rządzącego Katarem Hamada bin Khalifę al Thaniego, by zlikwidował niewygodną stację. Emir, zwolennik demokracji, pozostał jednak niewzruszony. Zwykli zjadacze humusu (pasty z grochu, sezamu i oliwy) o telewizji wypowiadają się nie zawsze pochlebnie – trudno jednak znaleźć kogoś, kto jej nie ogląda.

Demokracja po arabsku

Al Dżaziira, studia dla kobiet (na uniwersytecie w Katarze 70% to kobiety!) i legalne rozwody to nie jedyne dowody demokratycznych skłonności emira. 12 lipca br. ma zostać przedłożony projekt pierwszej konstytucji tego kraju: „Powołany zostanie parlament elekcyjny i wprowadzony trójpodział władzy. Reszta będzie niespodzianką”, zapowiada koordynator projektu, rektor uniwersytetu w Katarze, Abdulla Bin Saleh Al-Khulaifi. Czy coś to zmieni? Wątpliwe, sądząc po miernym zainteresowaniu wyborami samorządowymi, które w 1999 r. specjalnie przesunięto, aby zachęcić ospałych do głosowania – zarówno na kandydatów, jak i na kandydatki.
Społeczeństwo przyjmuje zmiany jako kolejny pomysł emira, który w swoim kraju może wszak robić, co mu się podoba. W związku z tym w myśl demokracji wiele stanowisk obejmują kobiety. Żeby jednak z kobietą wykładowcą z uniwersytetu umówić się na rozmowę, trzeba zadzwonić do jej męża.
Żadna szanująca się Katarka nie pojawi się na ulicy, nie zakrywszy uprzednio twarzy mosiężną maseczką lub jedwabną czarną zasłoną odkrywającą jedynie oczy. Spod długiego czarnego płaszcza-galabiji wyglądają czasem buty na koturnach, kowbojki lub dresy w paski, jednak to, co swobodnie nosi się w czterech ścianach, na zewnątrz musi pozostać w ukryciu pod tradycyjną burką. Póki ludzie opływają w dostatki, będą emira wielbić i zmieniać się według jego życzeń – na tyle, aby zmiana nie była rewolucyjna.
Brak zapałów politycznych i posłuszeństwo łatwo wytłumaczyć faktem, że wszystkie źródła dochodu – od stacji telewizyjnych po rafinerie – kontrolowane są przez głowę państwa i jej rodzinę. Sprzeciw oznacza odsunięcie od tego źródła.

Ropa życia

W kraju, w którym jedyne źródło wielkiego bogactwa to głowa państwa, nie istnieje opozycja. O jakie lepsze jutro miałaby walczyć? Szejk Hamad bin Khalifa al Thani, emir Kataru, odkąd w 1995 r. w bezkrwawym zamachu stanu zrzucił z tronu własnego ojca, zapewnia swoim obywatelom bajkowe warunki życia. Nauka, opieka medyczna, pomoc społeczna, a także woda i elektryczność są darmowe. Podatków nie ma, a najniższe wynagrodzenie dla katarskiego praktykanta to ok. 5000-6000 riali (to mniej więcej tyle samo w złotówkach).
Dla mieszkańca zachodniej metropolii szokująca może być wizyta w jakimkolwiek biurowcu. Znudzone asystentki w przestronnych komnatach spędzają czas na miłych pogawędkach, a po korytarzach snują się kelnerzy z napojami chłodzącymi. Sjesta, zaczynająca się o godzinie 13, nierzadko kończy się dopiero po zapadnięciu zmroku. Wieczorny „chłód” to jakieś 40 stopni. Wtedy zaludniają się ulice miasta i pola golfowe – pozostałość po brytyjskim protektoracie. W parkach rozsiadają się liczne rodziny, bo biznes biznesem, przyjaciele przyjaciółmi, ale czas wolny spędza się przede wszystkim w gronie rodzinnym.
Katar to pustynia. Wodę uzyskuje się przez odsalanie wody morskiej, a wszystkie warzywa i owoce pochodzą z importu. Trudno sobie wyobrazić, jak ludzie radzili sobie w tych warunkach, zanim odkryto złoża ropy i gazu. Ich odkrycie stało się motorem zmian w Katarze; dziś ich eksploatacja stanowi podstawę gospodarki i bogactwa. Według najnowszych badań, to państewko wielkości województwa świętokrzyskiego posiada 20% światowych rezerw tych surowców. Wystarczą one na – bagatela – 200 do 400 lat luksusowego życia.
Stolica Kataru, Al Doha, to jedyne większe miasto w tym kraju. Mieszka tu 80% ludności. Nie ma w nim zabytków; główna ulica Al Korniche ciągnie się od Sheratona do Marriotta. Metropolia to wielki plac budowy, a znalezienie budowli starszej niż 25 lat – czyli sprzed odkrycia złóż naftowych – jest praktycznie niemożliwe. Wzdłuż głównych ulic wyrastają natomiast wieżowce i meczety, których orientalne kształty oprawione są w najnowocześniejsze rozwiązania architektoniczne.

Globalizacja dociera wszędzie

Zaskakujące, ile elementów amerykańskiej kultury można spotkać w społeczeństwie, które tak bardzo Ameryki nie cierpi. Pasją Katarczyków są zimowe wyścigi wielbłądów, jednak coraz częściej stare tradycje zastępuje nowoczesna technika. Palenie nargili (fajki wodnej), do niedawna najpopularniejszy sposób spędzania wolnego czasu, przegrywa z grami komputerowymi. Kobiety najchętniej odwiedzają olbrzymie klimatyzowane domy handlowe, gdzie, zasłonięte po czubek głowy, przechadzają się w towarzystwie chińskich służących. Z Ameryką Katar ma także inną cechę wspólną: jest to arabski „melting pot”. Spośród 700 tys. mieszkańców mniej niż 40% ma obywatelstwo katarskie – reszta to przyjezdni z Egiptu, Libanu, Jordanii i Europy Zachodniej, wnoszący do kraju powiew swobody, know-how i ręce do pracy. Jeśli w lokalu roznegliżowana kobieta wykonuje taniec brzucha, jeśli barman bez oporów nalewa w hotelu drinka, jeśli inżynier ze swadą opowiada o wydobywaniu ropy – to na pewno są to cudzoziemcy. Wykonują oni w tym kraju wszystkie prace, które nie przystoją obywatelom Kataru lub wymagają wysokich kwalifikacji.
Niewielu fachowców pochodzi z Kataru; także tankowce projektowano i budowano w Japonii. Nic dziwnego, ponieważ uniwersytet w Katarze istnieje dopiero od 1973 r. „Potrzeby rynku przewyższają kilkunastokrotnie liczbę specjalistów, jaką możemy wykształcić”, mówi dr Sheikha Al Misnad, zastępca rektora z Qatar University. Katarczycy czekają na efekty tzw. kataryzacji, polegającej na tym, że absolwenci uniwersytetu przyuczani przez fachowców z zagranicy, zastąpią ich po roku 2006.
W Katarze istnieje wiele obostrzeń mających zapobiegać wyciekaniu naftowych dochodów poza granice. O ile katarskie kobiety mogą poślubić obcokrajowca, o tyle młodzi mężczyźni powinni się żenić z rodaczkami. Obywatel Kataru może poszukać sobie żony spoza kraju dopiero po czterdziestce. Zdaniem wielu mężczyzn, obostrzenie to sprawia, że katarskim kobietom przewraca się w głowach. W kontraktach przedmałżeńskich (aranżowanie małżeństwa nie jest wcale kupowaniem „kota w worku”) stawiają coraz bardziej wygórowane żądania odnośnie samochodów, domu i dochodów swoich przyszłych małżonków. Dlatego, choć wielożeństwo jest jak najbardziej legalne, większość mężczyzn o trzeciej żonie może zaledwie pomarzyć.


Kraj bezpieczny, ale nudny
Przewodnik „Lonely planet” określa Katar i jego stolicę jako najnudniejsze miejsce na świecie i trudno znaleźć jakikolwiek argument, by tę tezę podważyć. Mało tu kin, jeszcze mniej teatrów, główne źródło wrażeń to rodzinny park rozrywki i restauracje, a dla turystów – bazar. Kraj uważany jest za to za całkowicie bezpieczny – pewnie także dlatego, że ulice zieją pustką. Turystyka, według danych oficjalnych, daje 5% przychodów państwa. Sezon trwa od października do końca maja. Później nastaje żar trudny do zniesienia nawet dla ludzi z Afryki. Starsi mieszkańcy ze zgrozą wspominają czasy bez klimatyzacji: „Kilka razy w ciągu nocy trzeba było brać prysznic; idąc po ulicy, po prostu czuło się spływające strumienie potu”, opowiada Ibrahim Rehimi, który dziś luksusowym dżipem wozi turystów na safari po wydmach. Ta popularna atrakcja do niedawna ze względów technicznych była niedostępna, a pustynia kojarzyła się tylko ze śmiercią. Dziś turyści ekstremiści mogą nawet spróbować narciarstwa wydmowego; jednak chwila na zewnątrz klimatyzowanego dżipa pośrodku pustyni szybko przekonuje, jak specyficzna to rozrywka.

 

Wydanie: 25/2002

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy