Głos na stałe

Głos na stałe

Dublin, Ireland - MAR 17: St. Patrick's Day, people with green hats in temple bar on March 17, 2019 in New Dublin, Ireland.

Prawie pół wieku po akcesji irlandzki stał się oficjalnym językiem Unii Europejskiej. Co to zmienia? „Mówiąc w nim, czuję się wolny. Zdolny do swobodnego wyrażania samego siebie. I żywy, zupełnie jakby przeszywał mnie ogień”, powiedział kiedyś o rdzennej mowie Zielonej Wyspy światowej sławy aktor i reżyser Kenneth Branagh. Wprawdzie urodził się w Belfaście, w protestanckiej anglojęzycznej rodzinie, a większość kariery spędził dosłownie i w przenośni w brytyjskiej przestrzeni kulturowej, lecz irlandzki jest mu szczególnie bliski. Sławę zdobywał adaptacjami sztuk Szekspira, to Brytyjczycy nagradzali go prestiżowym wyróżnieniem im. Lawrence’a Oliviera, jednak, jak sam twierdzi, konsekwentnie opiera się przejęciu jego osoby przez anglojęzyczną kulturę i cywilizację. Tak wyraźna manifestacja miłości do jednego z najstarszych i jednocześnie najbardziej zapomnianych języków Europy zdarza się raczej rzadko, ale przypadek Branagha nie jest odosobniony. W samej pięciomilionowej Republice Irlandii, przynajmniej teoretycznie, zna go dwie trzecie mieszkańców. Do tego należy dodać sporą część obywateli brytyjskich mieszkających w Irlandii Północnej i niemałą globalną diasporę. Irlandzkiego uczy się w szkołach, a największe na wyspie gazety publikują część swoich papierowych wydań w tym języku. Ma to ugruntowanie w historii i tożsamości narodowej. Jak w dziesiątkach innych krajów na świecie zachowanie rdzennej mowy było elementem walki o przetrwanie pod okupacją. Brytyjczycy, których dominację Dublin zrzucił ze swoich barków 101 lat temu, robili wszystko, by mieszkańców wyspy zanglicyzować. Nie było w tym nic dziwnego, to ogólna polityka imperium, stosowana jeszcze od czasów XIX-wiecznego premierostwa Benjamina Disraelego, twórcy „jednego brytyjskiego nacjonalizmu”, jak nazywano wtedy oficjalną politykę tożsamościową Londynu. Irlandzki przetrwał mimo to w klasztorach, na tajnych kompletach, w opowieściach ludowych. A przede wszystkim pod lufami strzelb IRA, która do języka przywiązana była nad wyraz. To wszystko jednak głęboki rys historyczny. Anglików może i dalej tu się nie znosi, ale okupantami raczej nikt ich nie nazywa. IRA podpisała porozumienia pokojowe i nawet jeśli sporadycznie podpala barykady na ulicach Belfastu lub zabija dziennikarzy śledczych, to o zbrojnej reunifikacji obu Irlandii nie mówi się już nawet w żartach. Irlandzki ma status języka oficjalnego, chociaż według danych rządu Republiki na co dzień posługuje się nim zaledwie 70 tys. osób. Przez lata zresztą rząd w Dublinie traktował irlandzki jako historyczne zobowiązanie połączone z polityczną koncesją wobec radykałów. Wprowadził go do szkół, dotował irlandzkojęzyczne stacje telewizyjne i radiowe, ale nigdy nie inwestował w niego powyżej pewnej granicy. Dr Pádraig Ó Laighin, rzecznik prasowy Stádas, organizacji społecznej prowadzącej kampanie na rzecz popularyzacji irlandzkiego, powiedział nawet kilkanaście lat temu, że rząd wobec rdzennego języka wyspy zachowuje się nie fair. To Stádas była przez dekady najgłośniejszym adwokatem praw mniejszości mówiącej po irlandzku – nie tylko na forum krajowym. Komentarze o zachowaniu nie fair odnosiły się bowiem również do niedomkniętej sprawy statusu tego języka we Wspólnotach Europejskich. Irlandia dołączyła do nich w 1973 r., ale ówczesnym władzom nie zależało, by irlandzki natychmiast stał się oficjalnym językiem Wspólnot. Dublin zadowolił się pozycją „języka traktatowego”. Oznacza to w praktyce, że na irlandzki tłumaczone były tylko unijne traktaty, czyli w przeważającej większości dziś już dokumenty historyczne. Bieżące publikacje, akty prawne czy transkrypcje posiedzeń nie miały irlandzkiej wersji językowej, mieszkańcy i politycy z Republiki Irlandii musieli się zadowolić angielskim. Stádas, która powstała w pierwszej dekadzie XXI w., pierwsze kampanie poświęciła właśnie kwestii unijnej. W 2004 r. aktywiści zorganizowali nawet demonstrację w centrum Dublina. Na ulicę wyprowadzili 5 tys. osób domagających się przekwalifikowania irlandzkiego z języka traktatowego na urzędowy. Wielkiego sukcesu nie odnieśli, przynajmniej nie od razu. Demonstracja przeszła kompletnie bez echa – m.in. dlatego, że Dublin, miasto w dużej mierze projektowane pod okupacją, nie ma porządnej przestrzeni w centrum, na której dałoby się demonstrować i zostać zauważonym ze swoimi postulatami. Lepiej poszło przygotowywanie petycji. 80 tys. osób podpisało się pod apelem w sprawie nadania irlandzkiemu statusu oficjalnego języka unijnego. Przy czym ludziom pokroju Ó Laighina nie chodziło tylko o tradycję, a dokładniej tylko o przeszłość. Gdyby irlandzki stał się jednym z 24 oficjalnych języków we Wspólnocie, oznaczałoby to konieczność regularnego przekładu tysięcy stron dokumentów. Tego z kolei

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2022, 24/2022

Kategorie: Świat