Ranking rankingów uczelni

Ranking rankingów uczelni

Wiosną w uczelniach przestają rządzić rektorzy, władzę przejmują gazetowe notowania

Kiedy w rankingu „Perspektyw” i „Rzeczpospolitej” Uniwersytet Warszawski przegrał z Jagiellońskim o 0,11 pkt rektor tej uczelni, prof. Piotr Węgleński, przysłał po dyplom swojego rzecznika prasowego. Gdy w tym roku triumfował, po wyróżnienie przyszedł osobiście. Nagrodę odebrał i ze sceny poinformował zebranych, że stojący obok niego rektor UJ, prof. Franciszek Ziejka, właśnie zzieleniał ze złości.
Wiosną bowiem na uczelniach przestają rządzić rektorzy, władzę przejmują rankingi. Co roku utytułowani profesorowie przyrzekają sobie, że nie będą wypełniać kilometrowych ankiet, i co roku pokornie się na to godzą. Wiedzą, że najlepszą reklamą jest dziś informacja: „W rankingu szkoła zajęła wysokie miejsce”. Poza tym w czasie dni otwartych kandydaci pytają nie o kadrę, ale właśnie o miejsce w rywalizacji.
Prof. Tadeusz Tołłoczko, były rektor warszawskiej akademii medycznej, członek kapituły rankingu „Rzeczpospolitej” i „Perspektyw”, bagatelizuje wyniki. – Jeśli różnica jest kilkupunktowa, to szkoły są na równym poziomie – zapewnia. Innego zdania jest wiceminister edukacji, Tadeusz Szulc, który jako rolnik z wykształcenia jest pewny, że koń wyprzedzający inne o setną sekundy będzie od nich droższy o tysiące dolarów. Pogląd ten podzielają rektorzy uczelni, którzy od lat zażarcie rywalizują w rankingach. Jedni uważają, że dumą jest miejsce w pierwszej dwudziestce najbardziej prestiżowego zestawienia „Perspektyw” i „Rzeczpospolitej”, drudzy, że trzeba się cieszyć z każdego punktu w każdym rankingu. A akceptacja rankingu rośnie zgodnie z zasadą: im mam wyższe miejsce, tym bardziej go chwalę. – To jedyny ranking przeprowadzony prawidłowo – mówił rektor Węgleński o rywalizacji, którą wygrał.
Szczególnie zadowoleni są rektorzy prywatnych uczelni. – Jeśli miarą prestiżu uczelni jest możliwość nadawania doktoratów, to u nas będzie jeszcze lepiej. Mamy już zgodę na nadawanie stopnia naukowego doktora nauk humanistycznych, teraz czekamy na kolejne – mówi prof. Adam Koseski, rektor Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku. I dodaje, że takich niepaństwowych uczelni jest w Polsce tylko pięć. – A my jesteśmy jedyną uczelnią niepaństwową, która ma uprawnienia do nadawania habilitacji – dodaje prof. Andrzej Koźmiński, rektor Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania w Warszawie. To w jego gabinecie wisi dyplom dla najlepszej niepaństwowej uczelni, przyznawany w rankingu „Rzeczpospolitej” i „Perspektyw”. Na drugim miejscu wśród niepublicznych jest uczelnia w Pułtusku. Kolejne to Polsko-Japońska Wyższa Szkoła Technik Komputerowych i Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej. Obie w Warszawie.
Polskie rankingi podobają się w zachodnich szkołach, ale budzą też zdziwienie. W Niemczech nie ma żadnej selekcji, na studia trzeba się po prostu zapisać. Nasza rywalizacja jest tam egzotyką. Z kolei Amerykanie podpowiadają inne kryterium – sprawdzenie, czy po pierwszym roku student nie odszedł z uczelni z własnej woli. Jeśli tak, to znaczy, że szkoła mu nie odpowiadała. U nas nikt o to nie pyta. Ale „prywatni” chętnie liczą przenoszących się do nich młodych ludzi. Stosują argument: „Uniwersytet? Coraz więcej ich studentów idzie do nas. Pewnie mają dosyć ciasnych sal i wykładających z łaski profesorów”.

Pochwała wyścigu

– Uszeregowanie szkół wyższych jest konieczne. Jest ich 300, a nie trzy jak w XVI w. Wtedy ranking może nie był potrzebny – mówi dr Grzegorz Wójtowicz od lat współodpowiedzialny za rankingi. – Ważne są dobre wskazówki i skok adrenaliny związany z rywalizacją – dodają wykładowcy.
– Zaletą na pewno jest zjednoczenie środowiska. Przypomnienie, że działamy w jednym wspólnym systemie edukacyjnym – mówi prof. Koźmiński, ale zaraz zastrzega, że nie należy tworzyć wspólnej listy dla publicznych i niepublicznych uczelni. Ginie na niej jego znakomita szkoła, której zarządzanie jako jedyne w Polsce dostało od Państwowej Komisji Akredytacyjnej najwyższą ocenę wyróżniającą.
– Chodzi o to, żeby wykończyć najsłabszych – komentują mniej entuzjastycznie rektorzy prywatnych uczelni. Bo ranking może być zbawieniem, ale i kamieniem u szyi. Szczególnie że słabsi już czują niż demograficzny, czyli pustki na korytarzach uczelni.
Jednak twórcy rankingów postanawiają oceniać i słabsze szkoły. – Nie każdy musi nosić perły, czasem trzeba się zadowolić jabloneksem. Ale i jego wartość trzeba znać – tak członkowie kapituły rankingu „Perspektyw” tłumaczą fakt, że po raz pierwszy do rywalizacji zakwalifikowano wyższe szkoły zawodowe.
Twórcy rankingów zapewniają, że ich prac nie zakłócają żadne naciski. Zdarzają się tylko pretensje uczelni, które nie mogą się pogodzić z myślą, że w jakiejś rubryce dostaną zero. Obraziła się pewna szkoła, która oczyściła biblioteki ze staroci i teraz grozi jej tylko kilka punktów za „dostępność księgozbioru”. Gdzie indziej zapomniano wpisać punkty za usportowienie, ktoś inny zapowiedział, że jeśli nie wygra, nie da reklamy pismu publikującemu ranking. Ale są to tylko incydenty.
Wszyscy zgodnie twierdzą, że ranking musi być subiektywny. – To jest sprawiedliwość ludzka, a nie boska – mówi dr Grzegorz Wójtowicz. – Ale przecież i ona się sprawdza, bo wygrywają szkoły, które intuicyjnie uważamy za najlepsze.
Walka bowiem toczy się w ogonie rankingów. Czołówka szkół państwowych od lat pozostaje taka sama – UW, UJ, SGH i AGH.
Zdaniem pracowników naukowych, najsprawiedliwsze jest ocenianie poszczególnych kierunków, a tak robią „Polityka” i miesięcznik studencki „Dlaczego”. Czasem uczelnia jest średnia, a ma mocne prawo lub polonistykę. Dla kogoś, kto wybiera jeden z tych kierunków, nieważny będzie fakt, że inne są słabsze. Za najbardziej niesprawiedliwy uznawany jest ranking „Newsweeka” promujący tylko uczelnie mające absolwentów dyrektorów. Newsweek pyta firmy, skąd się wywodzą pracownicy na kierowniczych stanowiska. Wiadomo, że wygrają szkoły dające wiedzę praktyczną.

Gorzkie żale

Wielu profesorów uważa, że gra rankingami jest niebezpieczna.
Prof. Tadeusz Wilczok, rektor Śląskiej Akademii Medycznej, ogląda wydzielony przez „Perspektywy” osobny ranking uczelni medycznych. W zeszłym roku byli przedostatni, w tym są na końcu dziesięciopunktowej listy. Podobnie jest w „Newsweeku”. – Jak to możliwe? – pyta. – Przecież w innych rankingach klinik, gdzie oceniana jest jakość leczenia, jesteśmy na pierwszych miejscach.
Jego kadencja rektora się kończy, ale gdyby nadal miał władzę, w przyszłym roku zrezygnowałby z udziału w coraz liczniejszych zestawieniach.
Z rankingów jako pierwsze próbują się wycofać uczelnie artystyczne. Ich oryginalne zajęcia wymykały się statystyce. Teraz nad sensem rywalizacji zastanawiają się właśnie rektorzy akademii medycznych, szczególnie wrażliwi na klasyfikacje. Największe pretensje mają o kryterium „prestiż”. Prof. Jacek Wysocki z Akademii Medycznej w Poznaniu uważa, że jest to kategoria zbyt subiektywna, opierająca się np. na odpowiedziach na pytanie: „Panie profesorze, gdzie posłałby pan swoje dziecko?”.
– Ranking ma charakter konsumencki – odpowiada dr Grzegorz Wójtowicz. – Interesuje nas głównie, jak uczelnie oceniają odbiorcy. A że prestiż jest czymś średnio wymierzalnym, to już inna sprawa.
Prof. Wysockiemu nie podoba się także pytanie o opinię olimpijczyków. Do akademii medycznych w ogóle nie dostają się oni bez egzaminu, a więc trudno, żeby je cenili.
Medykom nie podobają się również punkty od pracodawców, którzy zatrudniliby absolwenta ich uczelni. – Trudno wymagać, by bank chciał kogoś po akademii medycznej – mówi prof. Wilczok z ŚAM. – Zawsze lepiej wypadną politechniki i uczelnie ekonomiczne.
– Wcale bym się nie cieszył, gdyby nasi absolwenci dostawali pracę w firmach farmaceutycznych i sprzedawali leki jak akwizytorzy garnki – dodaje prof. Wysocki. – Choć może wtedy szefowie koncernów przyznaliby nam punkty.

Patrzmy sobie na ręce

Ranking to przewodnik dla zdezorientowanych studentów. I dlatego „prywatni” złoszczą się, że nazwa uniwersytet zarezerwowana jest dla najlepszych szkół państwowych. – Mam 13 kierunków i 30 specjalizacji, a w rankingach bardzo dobre miejsca – mówi prof. Józef Szabłowski, rektor uczelni ekonomicznej w Białymstoku. – Moja oferta niczym się nie różni od uniwersyteckiej, ale nie mogę użyć tej prestiżowej nazwy.
Twórcy rankingów chętnie obserwują się nawzajem. I oceniają. Prof. Marek Rocki ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie uważa, że w ankietach nie należy o zdanie pytać studentów, a tak robi „Polityka”. – Prywatni uczniowie zawsze będą zadowoleni, bo tylko niepubliczne uczelnie dają im szanse na studiowanie. Państwowi będą zawsze niezadowoleni, bo za darmo chcieliby mieć luksusy – tłumaczy.
Jest też zarzut kumoterstwa. Przedstawiciele uczelni prowincjonalnych złośliwie stwierdzają, że jeśli twórca rankingu ma siedzibę w stolicy, wygrywa warszawka. Z kolei warszawiacy zauważają, że „Wprost” wywodzące się z Poznania faworyzuje tamtejsze uczelnie.
Za to nauczyciele akademiccy narzekają, że kryteria wszystkich rankingów uzgadniane są bez konsultacji z tymi, którzy są oceniani. Wytykają, że wiele pytań (to też dotyczy wszystkich rankingów) prowadzi donikąd.
Polemiki trafiają do Internetu. Jedna z nich, napisana przez pracownika Uniwersytetu Zielonogórskiego, upowszechnia teorię, że cel publikacji rankingów jest jeden – zwiększenie sprzedaży pisma publikującego zestawienie. Skołowaną młodzieżą wydawcy się nie martwią. Wiarygodności tej wypowiedzi odbiera fakt, że jej autor nie krył rozczarowania z miejsca zajmowanego przez Uniwersytet Zielonogórski.
Ale najbardziej iskrzy na linii twórcy rankingów i Państwowa Komisja Akredytacyjna. – Komisja działa długo i szczegółowo, w związku z tym przebadała niewiele uczelni – tłumaczy prof. Marek Rocki. – Poza tym przyznaje coś w rodzaju edukacyjnego prawa jazdy. Dopuszcza uczelnię do rynku nauki lub nie. W rankingach zaś rozdawane są znaki jakości.
Tymczasem komisja odpowiada, że nie ma mowy o żadnym prawie jazdy, lecz o czterech ocenach wartościujących poziom nauczania. To, co robią członkowie komisji, jest kontrolą solidną, nie opartą na trudnych do zweryfikowania zeznaniach zainteresowanych. Np. jeśli ocenia się opublikowane prace, to nie tylko ich liczbę, ale i jakość. Szczególną złość członków PKA wywołuje „Newsweek” dający punkty tylko za absolwentów na kierowniczych stanowiskach. – W ten sposób przegrywają szkoły promujące samodzielnych twórców. A poza tym w dzisiejszych czasach można być kierownikiem badań klinicznych i kierownikiem sprzątaczek w Mc’Donaldzie. I za jedno i za drugie jest punkt. Poza tym ich statystyka jest absurdalna. Wynika z niej, że więcej kierowniczych karier robią ludzie po Akademii Teatralnej niż po Uniwersytecie Warszawskim – wylicza PKA.
– Rankingi to tylko zabawa – mówi prof. Andrzej Jamiołkowski, przewodniczący Państwowej Komisji Akredytacyjnej, która, jak zaznacza, pracuje kilka lat.

Czego nie ma w rankingach

– Nie interesują mnie rozważania, czy uczelnia ma więcej publikacji polskich, czy zagranicznych, ale czy po jej ukończeniu znajdę pracę – to najczęstsza opinia studentów, która martwi prof. Tołłoczkę. – Studia powinny nauczyć myślenia, tworzyć perspektywę – tłumaczy. Innego zdania jest Stanisław Woyciechowski, prezes Zarządu Stoczni Gdańskiej. Nowi pracownicy wyłapywani są w czasie praktyk wśród najlepszych. Im szybciej, tym lepiej.
Senaty szkół wyższych wsłuchują się w oczekiwania młodych. A oni chcą pracy. I dlatego coraz mniej jest uczelni ekonomicznych, zastępowanych przez mniej teoretyczne szkoły biznesu. Ale rankingi nie odnotowują tej tendencji. Podobnie nie nadążają za hitami XXI w., a niewątpliwie należy do nich europeistyka. Młodzież chętnie ją wybiera, ale nigdzie nie znajdzie porównania, jak jest oceniana na różnych uczelniach.
Czasem życie wyprzedza przepisy. Na SGH popularny jest kierunek gospodarka publiczna. Niestety, PKA nie może go ocenić, bo kierunek taki nigdy nie został zatwierdzony. Nie ma go też w rankingach.
Z powodu zbyt dynamicznego rozwoju, swojego miejsca w rankingach nie może znaleźć Krakowska Szkoła Wyższa. Jej rektor, prof. Zbigniew Maciąg (- Do rankingów nie zaglądam – zaznacza), tłumaczy, że nie są uczelnią wyłącznie ekonomiczną. Wprowadzili architekturę i naukę o rodzinie, co zbliża ich do uniwersytetu. Ale rankingi tego nie doceniają. Tak jak nie dadzą punktu za wprowadzenie księgowości na prawie. – A przecież współczesny prawnik to nie tylko orator – tłumaczy prof. Maciąg.
Wsłuchiwanie się w opinię młodych, uważających, że dyplom trzeba mieć, ale jednak najważniejsza jest praca, oznacza także rozkwit studiów licencjackich i zaocznych. Kadra może być słabsza, a student albo pójdzie do pracy, albo połączy ją z nauką. Stąd zdumiewające zjawiska – coraz częściej studenci dzienni, z nauki bezpłatnej, ci, którzy, zdawałoby się, Pana Boga za nogi złapali, przenoszą się na studia zaoczne, płatne.
Nasila się też niebezpieczna tendencja: student płaci i wymaga. Nauka ma przypominać konsumpcję hamburgera. Obie strony są zadowolone – wykładowca się nie wysila, młody człowiek błyskawicznie zdobywa wyższe wykształcenie. Te beznadziejne „wyższe szkoły niczego” powoli trzebi Państwowa Komisja Akredytacyjna. W rankingach najczęściej w ogóle się nie mieszczą. Ale ciągle są zachętą dla uboższych, bo czesne mają tak samo niskie jak wymagania. Nadużywana jest także edukacja na odległość, czyli przez Internet. Prof. Andrzej Koźmiński wierzy, że już niedługo rynek pracy, jeśli nie kontrole i rankingi, odetnie ogon najgorszych uczelni. Na razie rzeczywistość wygląda o wiele gorzej.
Nie tylko bowiem nowe, często niebezpieczne zjawiska, ale i sprawy etyki wymykają się rankingom. Należy do nich problem autoplagiatów, czyli prac licencjackich, lekko podrasowanych i przedstawianych jako magisterka. Nie wychwyci tego żaden ranking, a studiować na takiej uczelni to wstyd.
Może dlatego prof. Rocki otrzymał ostatnio propozycję, by stworzyć antyranking, będący wyrazem dezaprobaty środowiska dla działań niektórych rektorów. Po co się za nich wstydzić? A i młodzież dobrze byłoby ostrzec. Jednak na razie pomysł trafił do szuflady. Atmosfera w środowisku jest dostatecznie nerwowa. Decydują się losy ustawy o szkolnictwie wyższym, o której „prywatni” mówią, że nie jest im przychylna. W tej sytuacji o wiele większe szanse ma propozycja prof. Węgleńskiego, by w przyszłym roku powstał ranking europejski. Może wtedy skończy się nudne przeskakiwanie – raz wygrywa UJ, raz UW. Ciekawe, jak wypadną na tle Europy.

*
Jak powstają rankingi
*Szóstą edycję ma „Polityka”, która nie podsumowuje pracy całej uczelni, lecz tylko siedmiu najpopularniejszych kierunków. Jest to ekonomia z zarządzaniem, informatyka, pedagogika, politologia, psychologia, prawo, socjologia. O miejscu szkoły decyduje aż sześć kryteriów: pozycja akademicka, potencjał kadrowy, orientacja na studenta, czyli to jak jego potrzeby są realizowane przez szkołę. Ocenia się zarówno skalę nauczania języków obcych, jak i pomoc materialną. Kolejne kryteria to kontakty z otoczeniem (m.in. staże zagraniczne studentów, własne wydawnictwa), selekcyjność, czyli pokazanie, jak silna była konkurencja podczas ubiegania się o miejsce na danej uczelni, i infrastruktura.
*Również przygotowany po raz szósty jest ranking „Perspektyw” i „Rzeczpospolitej”. W istocie są tam cztery rankingi i kilka mniejszych: ranking 78 najlepszych uczelni akademickich w Polsce, ranking 80 najlepszych niepaństwowych uczelni magisterskich, ranking 70 niepaństwowych uczelni zawodowych, licencjackich lub inżynierskich i publikowany w tym roku po raz pierwszy ranking 12 państwowych wyższych szkół zawodowych. W osobnych grupach pokazano też dokonania uczelni medycznych, pedagogicznych, rolniczych, ekonomicznych, uniwersytetów i uczelni technicznych. W rankingu „Rzeczpospolitej” i „Perspektyw” po raz pierwszy o preferencje pytano olimpijczyków. Jednak najważniejsze kryteria to prestiż, siła intelektualna i warunki studiowania.
*Czwarty raz swój ranking przedstawił „Newsweek”, w którym jedynym kryterium jest skuteczność kształcenia rozumiana jako zajmowanie kierowniczego stanowiska.
*Najstarszy, ukazujący się od 12 lat, jest ranking „Wprost”. Przyznaje punkty za zaplecze intelektualne, jakość kształcenia, ocenę szans kariery zawodowej i ocenę warunków studiowania.
*Są jeszcze rankingi pism studenckich, np. miesięcznika „Dlaczego”, który zapowiada, że ich zestawienie jest inne niż wszystkie. Oceniali tylko pięć najpopularniejszych kierunków (prawo, marketing, pedagogikę, informatykę oraz ekonomię), a o opinię zapytali osoby z szeroko pojętej branży, np. opinię o prawie wydali zarówno adwokaci, jak i księgowi.
*Inny, skupiony też na wybranym fragmencie edukacji jest ranking niepublicznych wyższych szkół biznesu proponowany przez „Home&Market”, w którym oceniane są tylko niepubliczne szkoły ekonomiczne. Nietypowym, bardzo ciekawym kryterium przyjęty przez „Home&Market” jest „opór przed komercją”. Maksymalnie 17 punktów mogła dostać uczelnia, która przeprowadza egzaminy i ostrą selekcję po pierwszym roku.
*Miesięcznik „Profit” przygotowuje właśnie czwarty ranking studiów MBA. W Polsce działa ok. 40 różnych programów Master of Business Administration. Raport „Profitu” to kubeł zimnej wody, bo szkoły nadal nie dbają o jakość programu.
I właśnie takie rankingi kierunków („Polityka”, „Dlaczego”) lub pewnego typu szkół („Home&Market”) mają przyszłość. Maturzysta chce poznać tylko interesujący go wycinek edukacji.
Jak czytać rankingi?

*Nie sugeruj się wyłącznie miejscem w ogólnej punktacji. Sprawdź drobniejsze oceny. Zastanów się, co na uczelni będzie dla ciebie najważniejsze. Czy kładziesz nacisk na wspieranie absolwentów, a więc pomoc w znalezieniu pracy, czy ważne są dla ciebie kontakty z wielkimi nazwiskami profesorów, a może baza, bo musisz mieszkać w akademiku.
*Pamiętaj, że nie ma idealnej uczelni. Np. może proponować świetne praktyki, a równocześnie mieć fatalne warunki lokalowe.
* Zawsze bardziej wiarygodny będzie ranking tworzony nie tylko przez dziennikarzy.
* Sprawdź, czy wykładowcami są cenieni przez ciebie profesorowie.
* Porównaj miejsce w rankingu z oceną Państwowej Komisji Akredytacyjnej.
* Zobacz, jak uczelnia wypadła w poprzednich latach. Może jest na równi pochyłej.
* W rankingach kiepsko wypadają lub w ogóle się nie mieszczą uczelnie nietypowe, np. Akademia Pedagogiki Specjalnej, i uczelnie artystyczne. Pamiętaj o tym.
* Dowiedz się, jakie jest czesne i jaką umowę podpisujesz z uczelnią prywatną. O tym nie wspomina żaden ranking.
* Traktuj ranking jak wskazówkę, a nie jak wyrocznię.
* Im mniej rozumiesz z reguł rankingu, tym bardziej jest on podejrzany.
* Mierz siły na zamiary. Nie każdy skończy Uniwersytet Jagielloński. Ranking pomoże ci wybrać uczelnię odpowiadającą twoim możliwościom.
Wyróżniony przez PKA, w rankingach niedoceniony
Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego jest szósta na liście siedmiu najlepszych uczelni ekonomicznych („Perspektywy”). Na liście wyższych szkół, które kształcą najwięcej dyrektorów, jest na 36. miejscu („Newsweek”). W rankingu oceniającym tylko zarządzanie jest na pierwszym miejscu wśród niepublicznych, ale na 13., gdyby zsumować punkty i uczelni prywatnych, i państwowych. Tymczasem Państwowa Komisja Akredytacyjna zarządzaniu u Koźmińskiego jako jedynemu w Polsce przyznała najwyższą, wyróżniającą ocenę. Znalazło to odzwierciedlenie tylko w prestiżowym zestawieniu przygotowanym przez „Home&Market”. Tam Koźmiński wygrywa zdecydowanie.
Państwowa Komisja Akredytacyjna wystawiła ocenę negatywną na kierunkach w Bałtyckiej Wyższej Szkole Humanistycznej w Koszalinie, Olsztyńskiej Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania im. T. Kotarbińskiego oraz Szkole Wyższej im. P. Włodkowica w Płocku. A jednak nie zaszkodziło im to w zaistnieniu w rankingach.
Kierunki magisterskie na sześciu uniwersytetach otrzymały ocenę negatywną od Państwowej Komisji Akredytacyjnej. Oznacza to zakaz rekrutacji, grozi likwidacją kierunku. Nie zaszkodziło im to i zajęły w rankingach bardzo przyzwoite miejsca.

Ocenę negatywną od PKA otrzymał:
Uniwersytet Łódzki – filologia polska ze specjalnością bibliotekoznawstwo. W rankingu „Perspektyw” 10. na liście 20 uniwersytetów.
Uniwersytet Opolski – teologia i psychologia. W „Perspektywach” 13.
Uniwersytet Rzeszowski – wychowanie fizyczne i prawo (magisterskie uzupełniające). Pomimo tego prawo zajęło 13. miejsce (na 16) w rankingu kierunków „Polityki”. W „Perspektywach” 19. na wspomnianej liście uniwersytetów.
Uniwersytet Śląski – zarządzanie i marketing. 22. miejsce (na 31) w rankingu kierunków „Polityki”. W „Perspektywach” dobre, 9. miejsce (na 20).

 

Wydanie: 16/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy