Równe prawa, równe szanse

Równe prawa, równe szanse

Akcja zbierania podpisów pod projektem ustawy o parytetach

Koniec listopada to dla Komitetu Obywatelskiego „Czas na Kobiety”, zorganizowanego przez Kongres Kobiet, pracowity okres. Ostatnie dni zbierania podpisów pod projektem ustawy o parytetach na listach wyborczych. Od początku grudnia przyjdzie czas na ich liczenie. Aby projekt mógł być zgłoszony do Sejmu, potrzeba przynajmniej 100 tys. naszych podpisów.
Dlatego właśnie sobota, 21 listopada, stała się świętem komitetu: ogólnopolskim dniem zbierania podpisów. Kilkaset wolontariuszek i wolontariuszy w całej Polsce – w tym znani aktorzy, aktorki, dziennikarze, piosenkarki – zachęcało przechodniów do poparcia projektu.

Bez dyskryminacji

Iwona Piątek z Partii Kobiet zbierała podpisy w warszawskiej Galerii Mokotów. – W mojej partii to najmniejszy problem, bo i tak mamy 90% pań na listach, ale sprawa jest istotna dla wszystkich kobiet w Polsce. Może dzięki temu nasza partia nie będzie potrzebna.
Najdziwniejsze, twierdziły wolontariuszki, było to, że wciąż wiele osób słysząc „parytet”, miało zaskoczony wyraz twarzy. Tak jakby cała dyskusja wokół tej sprawy toczyła się gdzieś poza nimi. Obco brzmiące słowo mówiło im niewiele, a tłumaczenie, że chodzi o równe szanse dla kobiet w parlamencie, budziło niepokój.
– Specjalnie zaczynam rozmowę od tego, że chodzi o parytety na listach wyborczych – mówi Natalia Humięcka, studentka socjologii, zbierająca podpisy od zajętych zakupami przechodniów. – Niektórzy wciąż myślą, że chodzi o parytety w Sejmie, zarzucają, że takie rozwiązanie jest niesprawiedliwe, że dyskryminuje. Kogo dyskryminuje, skoro ma być pół na pół?
Bo w tym leży cała wartość parytetu: nie jest zagrożeniem dla demokracji, ale jej wsparciem. Ostatecznie i tak zdecydują wyborcy. A może nareszcie zwiększy się liczba głosujących, skoro będziemy mogli wybierać osoby spoza stałej kliki? Czerwcowe badania CBOS potwierdzają, że kobiety chcą głosować na kobiety. Potrzebujemy jednak szansy – a nie paprotek w postaci Nelli Rokity.
Ostatecznie większość przechodniów reagowała życzliwie.
– Chciałabym, żeby to nie mężczyźni o nas decydowali – stwierdziła Monika Siwicka-Góra, która przy okazji sobotnich zakupów podpisała się pod projektem.

Znani za parytetem

Do poparcia sprawy skutecznie namawiał Kamil Sipowicz.
– Historia pokazuje, że to mężczyźni zawsze mieli pierwszeństwo, czas już na zmiany – przekonywał. – Historia XX w. nie była najpiękniejsza. Dwie wojny światowe, hitleryzm, stalinizm – tego nie wywołały kobiety. Ale może to one złagodzą egoizm, jaki panuje wśród męskich przywódców?
Czy wierzy, że projekt ma szansę przebić się w parlamencie? – Skoro nawet prezydent, który jest osobą wybitnie konserwatywną, wyraził poparcie, to może się udać.
W największych galeriach handlowych kraju pojawili się m.in. Urszula Dudziak, Henryk Wujec, Dorota Warakomska, Henryka Bochniarz i Agata Młynarska. W Galerii Mokotów podpisy zbierała Anna Korcz. Choć podkreślała, że sama nie jest zaangażowana w politykę, to sprawę parytetów popiera całym sercem. – Nie widzę powodów, dla których nie powinniśmy dzielić się władzą – uważa. – Nie chodzi o to, aby ją przejmować, ale mądre, doświadczone, mocno stojące na nogach kobiety są po prostu potrzebne krajowi.
Nieraz poparcie wyrażały całe rodziny, a czasem propozycja stawała się powodem dyskusji. Zdarzały się różnice zdań. – Podpiszę, oczywiście – powiedziała pani Krystyna. – To niedemokratyczne – zaprotestował jej mąż, pan Andrzej. Ale kłótni małżeńskiej nie będzie. – U nas w domu jest demokracja, każdy ma prawo do własnej opinii – tłumaczą.
Argumenty przeciwników były wciąż te same. Że kobiety nie chcą brać udziału w polityce, że przecież nikt im tego nie zabrania. Tymczasem, jak pokazuje praktyka, szefowie partii na listach wyborczych preferują osoby, które już w parlamencie czy samorządach były – a więc mężczyzn. Kobieta, aby dostać się na listę (zwykle na jedno z ostatnich miejsc), musi pracować o wiele ciężej niż jej koledzy.
Czy naprawdę nie ma w kraju kobiet nadających się do rządzenia? Jesteśmy lepiej wykształcone, przedsiębiorcze, lepiej radzimy sobie w relacjach interpersonalnych. Jak podkreślała wielokrotnie prof. Magdalena Środa, dziś to mężczyźni decydują o tym, na co mają iść pieniądze z budżetu. I finansują to, co dla nich jest najważniejsze. Jeśli ma się to zmienić, nie wystarczą obietnice.

Początek

Kongres Kobiet pobudził dyskusję, której w polskiej rzeczywistości wciąż brakowało. Skoro do tej pory sprawy kobiet (np. zdrowie reprodukcyjne, alimenty, przemoc) wciąż odsuwane są na drugi lub jeszcze dalszy plan, musimy mieć pole do działania we własnym interesie.
Projekt ma trafić do laski marszałkowskiej 22 grudnia. Członkinie Kongresu Kobiet nie poprzestaną jednak na zaniesieniu go do Sejmu. – Zaplanowałyśmy już działania na kolejne miesiące – mówi Małgorzata Retko-Bernatowicz, jedna z organizatorek akcji. – Przygotowujemy kampanię informacyjno-edukacyjną, która będzie zachęcać kobiety do uczestnictwa w polityce. Chcemy pokazywać dostępne możliwości, przygotować warsztaty z autoprezentacji, wszystko, co pomoże kobietom na dłuższą metę. Parytety to dopiero początek.

Wydanie: 48/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Agata Grabau

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy