Stadiony moje widzę ogromne

Stadiony moje widzę ogromne

 O kłopotach wykonawcy panowie Giersz, Herra i Kapler wiedzieli grubo wcześniej. I nic z tym nie zrobili. 2 czerwca br. nie stało się nic nadzwyczajnego. Nic, czego nie dałoby się przewidzieć z co najmniej trzyletnim wyprzedzeniem. Tego dnia premier Donald Tusk wezwał na dywanik ministra sportu Adama Giersza, prezesa spółki PL.2012 Marcina Herrę oraz prezesa Narodowego Centrum Sportu Rafała Kaplera, by po męsku porozmawiać z nimi o tym, co się dzieje ze sztandarową inwestycją przyszłorocznych mistrzostw Europy w piłce nożnej, czyli ze stołecznym Stadionem Narodowym. Źli ludzie, a w ślad za nimi jedna z gazet, dowodzili potem, że wściekły premier rzucił w stronę Kaplera groźbę, że „sam będzie musiał zap…ać łopatą na budowie”. Powód wzburzenia był banalny. Pod koniec maja okazało się, że obok licznych wad i zaniedbań wykonawca – konsorcjum Alpine-Hydrobudowa-PBG – wadliwie zamontował schody kaskadowe, co w praktyce uniemożliwiło korzystanie z górnego poziomu trybun, a także prowadzenie robót przy elewacji aluminiowo-szklanej oraz wykonywanie ogrodzenia, kołowrotów dostępu i nawierzchni promenady dolnej stadionu. 1 czerwca br. Narodowe Centrum Sportu przekazało wykonawcy ostateczne wezwanie do natychmiastowego usunięcia w ciągu najbliższych 14 dni rażących naruszeń warunków umowy. Bóg jeden wie, jak miałby się dokonać ten cud. Przy okazji poinformowano opinię publiczną, że od stycznia tego roku systematycznie powiększało się odchylenie realizacji prac na budowie w stosunku do przyjętego harmonogramu. Czyli o kłopotach wykonawcy panowie Giersz, Herra i Kapler wiedzieli grubo wcześniej. Jednak w mediach i na stronach internetowych spółek powołanych specjalnie w związku z organizacją Euro 2012 próżno szukać ostrzegawczych komunikatów, że na budowie Stadionu Narodowego dzieje się źle. Przeciwnie! Przez pół roku dominowały entuzjastyczne doniesienia o „postępach” oraz relacje z wizyt znamienitych gości – od przedstawicieli rządu Królestwa Szwecji poczynając, na psach z Zakładu Kynologii Policyjnej w Sułkowicach kończąc. Jeszcze 31 marca br. Narodowe Centrum Sportu podało, że 27 sierpnia 2011 r. punktualnie o godz. 20 rozpocznie się oficjalna ceremonia otwarcia Stadionu Narodowego i 55 tys. widzów doświadczy niesamowitej energii – „Energii pokoleń”. Dziś wiemy, że nie doświadczy i że trudno przewidzieć kiedy Stadion Narodowy zostanie oddany do użytku. Anatomia kłamstwa Przygotowaniami do Euro 2012 interesuję się od trzech lat i mam świadomość, że od samego początku nic nie szło zgodnie z planem. Wielokrotnie pisaliśmy o tym na łamach „Przeglądu”. Wiedzę o bałaganie na budowach dróg, autostrad i stadionów czerpałem z rozmów z inżynierami, którzy lepiej od swoich zwierzchników znali prawdę. Już w 2008 r. wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Infrastruktury Janusz Piechociński informował w raportach o opóźnieniach związanych z przygotowaniami do Euro 2012. Powtórzył ostrzeżenia w 2009 i 2010 r. O tym, że nie uda się wybudować kilometrów autostrad, wielokrotnie mówił i pisał Wojciech Malusi, prezes Zarządu Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa. Premier Tusk dwa lata temu mógł kazać hojnie wynagradzanym prezesom „zap…ać łopatą na budowie”. Być może nie byłoby problemów z montażem schodów kaskadowych na Stadionie Narodowym. Odpowiedź na pytanie, jak do tego doszło, jest prosta. Przygotowaniami do piłkarskich mistrzostw Europy zajęli się ludzie, których należało trzymać jak najdalej od tego zadania. Marcin Herra, zanim został prezesem PL.2012, handlował w Grupie Lotos paliwami, stał na czele spółki Lotos Paliwa. Rafał Kapler, o którym wspomniany Herra powiedział, że to „supergość”, wcześniej związany był z Leroy Merlin Polska, spółką Polska Telefonia Cyfrowa i PKN Orlen. Doświadczeń z inwestycjami budowlanymi obaj panowie nie mieli. Podobnie Lech Witecki, p.o. generalny dyrektor dróg krajowych i autostrad, który przed objęciem funkcji był prezesem Zarządu Fundacji Fundusz Współpracy, zajmującej się obsługą zagranicznych środków pomocowych. Minister sportu Adam Giersz nie miał takiej siły przebicia jak jego poprzednik Mirosław Drzewiecki. Ludzie ci nie mieli szans, by sprostać postawionym przed nimi wyzwaniom. Za to mogli uprawiać propagandę sukcesu. I nadal ją uprawiają. Dlatego, moim zdaniem, historia przygotowań do Euro 2012 przypomina film Stanisława Barei „Miś”. Jest w nim scena, w której prezes klubu sportowego Tęcza, Ryszard Ochódzki, tłumaczy producentowi filmowemu Janowi Hochwanderowi, po co jest słynny słomiany miś. „Otóż nikt

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2011, 24/2011

Kategorie: Kraj