Rebelia w obronie przyrody

Rebelia w obronie przyrody

Warszawski Ruch Antyłowiecki, Inicjatywa Dzikie Karpaty czy Extinction Rebellion to przykłady nowej fali ekologicznej aktywności. Mają oddolny charakter i nie dostają finansowania

PTAKI CHORE NA POMÓR ŚWIŃ
– Wezwani na polowanie funkcjonariusze zachowują się często jak prywatni ochroniarze myśliwych. Poluje lokalna elita, miejscowi adwokaci czy radni. Policjanci ich znają, nie chcą im się narażać, a na dodatek nie orientują się w przepisach – mówi Ludwika Włodek, socjolożka i dziennikarka działająca w Warszawskim Ruchu Antyłowieckim.

Ruch, którego początki sięgają 2016 r., zgromadził osoby już wcześniej związane z inicjatywami na rzecz ochrony zwierząt, np. z Międzynarodowym Ruchem na rzecz Zwierząt Viva! czy z Otwartymi Klatkami walczącymi z chowem przemysłowym, ale i takie, które debiutowały jako aktywiści. Celem spacerów – bo tak eufemistycznie nazywają swoje działania antymyśliwskie uczestnicy – jest nie tylko przeszkadzanie myśliwym, ale i piętnowanie ich nadużyć. – Informujemy o nieprawidłowościach, takich jak niezgłoszone, źle oznakowane polowania czy spożycie alkoholu przez myśliwych. Tych uchybień jest bardzo dużo. Na przykład zabijanie chronionych gatunków, zwłaszcza ptaków – dodaje Ludwika Włodek. I wspomina, że była rzeczniczka Polskiego Związku Łowieckiego Diana Piotrowska publicznie zalecała myśliwym stosowanie trików prawnych, żeby się pozbyć patrzących im na ręce aktywistów. – Doradzała kolegom, żeby na wypadek przyjazdu spacerowiczów zawsze mieli w planie polowania wpisane również dziki z puli do odstrzału sanitarnego. Wtedy mogą powiedzieć, że polowanie jest sanitarne. To stawia aktywistów w gorszej sytuacji, bo utrudnianie odstrzału sanitarnego jest karalne.

Sanitarne polowania na dziki miały pomóc walczyć z epidemią afrykańskiego pomoru świń. Myśliwi, wspierani przez PZŁ, deklarowali jako sanitarne nawet wielkie imprezy łowieckie, takie jak Hubertus Węgrowski z roku 2018, na który zjechali myśliwi z całej Polski. To mogło tylko przyczynić się do rozniesienia wirusa po kraju, tym bardziej że nikt nie przestrzegał zasad bioasekuracji wskazanych przy tego rodzaju odstrzale. W czasie zbiórek prowadzący polowanie mówili, że można strzelać także do innych gatunków. Jego sanitarny charakter był wyłącznie zasłoną dymną mającą odstraszyć aktywistów.

Walka z myśliwymi to w dużej mierze tropienie i nagłaśnianie takich nadużyć. Wspierane przez władzę lobby miłośników polowań nie pozostało dłużne. Gdy się okazało, że masowy odstrzał dzików nie zatrzymał epidemii roznoszonej głównie przez przemysłowe hodowle świń, zaistniała potrzeba potwierdzenia wersji wydarzeń, która usprawiedliwiałaby polowania przed opinią publiczną. Ponad 20 aktywistom wytoczono więc procesy o utrudnianie polowań sanitarnych. – Znając przepisy, nigdy nie blokowaliśmy polowań sanitarnych. Jedynie pilnowaliśmy, czy wszystkie procedury są przestrzegane. Mamy dobrych prawników i nadzieję, że sprawy wygramy i udowodnimy, jakim absurdem była zarządzona przez Ministerstwo Środowiska rzeź dzików. Jednak dla ruchu oddolnego, płacącego za wszystko z własnej kieszeni, opłacenie prawników nawet po preferencyjnych stawkach jest dużym wysiłkiem – ocenia działaczka.

NA ULICY…
Z grupą działaczy Extinction Rebellion rozmawiałem na Wiejskiej, pod Sejmem, gdzie prowadzili całonocny protest – ich alarm dla rządzących, jak mówili. – Przyniosę wam jutro coś ciepłego, o ile wstanę do pracy – żartobliwie żegnał się jeden z uczestników. Mimo środka tygodnia i temperatury w okolicach zera kilka osób zostało na noc, w namiocie i pod kocami termicznymi.

„Mówcie prawdę”, brzmi jeden z głównych postulatów XR. Działacze zdecydowali się przedsięwziąć akcję, która ma wywierać presję na media i polityków, by rzetelnie informowali opinię publiczną o skali zmian klimatu i ich konsekwencjach. – „Żądamy od mediów” to szeroko zakrojone działanie. Obecnie jesteśmy na etapie zbierania podpisów naukowców, którzy widzą nieuczciwość środków przekazu w kwestii globalnego ocieplenia – mówi Zofia Wieczorek, 20-letnia studentka zarządzania migracjami z Wrocławia. Apel podpisali już prof. Szymon Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki UW, oraz fizyk jądrowy Marcin Popkiewicz, wielokrotnie nagradzany popularyzator nauki. Działacze domagają się powołania w każdym medium osoby pilnującej rzetelności tekstów pod kątem informowania o skali zmian. – Coś na wzór inspektora RODO w przedsiębiorstwach – dodaje inna aktywistka, Małgorzata.

Publiczne apele to niejedyna forma działania. Dla Extinction Rebellion ważne są też akcje bezpośrednie, nastawione na zmianę podejścia społecznego i budowanie coraz szerszego, trwałego ruchu sprzeciwu. – Przede wszystkim inspiruje nas idea obywatelskiego nieposłuszeństwa, tego, co robili Gandhi w Indiach czy Mandela w Afryce Południowej – tłumaczy Anita, kontrabasistka, entuzjastka permakultury i ekologicznego rolnictwa. W Lublinie aktywistki XR w czarny piątek, dzień wyprzedaży, stały w sklepach odzieżowych z tablicami informującymi o dewastacji środowiska powodowanej przez przemysł tekstylny. W Warszawie jakiś czas temu przemalowano tablice informacyjne w okolicy nowo utworzonego Ministerstwa Klimatu na ulicę Suszy i skwer Katastrofy Klimatycznej.

…I W LESIE
Inną strategię działania – tam, gdzie bezpośrednio niszczona jest przyroda – stosują Dzikie Karpaty. – Obawiamy się, że zanim uda nam się wywrzeć nacisk na instytucje, nie będzie już czego bronić. Ale staramy się, robimy, co możemy, by wpłynąć także na decyzje władzy – mówi Łukasz Synowiecki, jeden z działaczy inicjatywy. Ruch ten zaczął się od założenia obozu w Bieszczadach w sierpniu zeszłego roku, w odpowiedzi na nowy plan urządzania lasu, zakładający zwiększenie wycinki drzew. Jego codzienna praktyka to patrole antywycinkowe, monitorowanie nadużyć firm drzewiarskich i myśliwych. Choć limity wycinki z roku na rok są coraz bardziej liberalne, zdaniem członków inicjatywy nawet te niezbyt rygorystyczne założenia często są łamane.

Inicjatywa odnosi wymierne sukcesy – ostatnio udało się jej powstrzymać budowę fabryki węgla drzewnego Gryfskand w Ustrzykach Dolnych. Kluczowe było tu zaangażowanie mieszkańców Ustrzyk. – Był to znaczący krok w stronę przełamania podziału na przyjeżdżających z dużych miast aktywistów i lokalną społeczność. Sytuacja ta pokazuje, że mamy wspólne interesy i umiemy się komunikować – zaznacza Synowiecki. Działacz podkreśla, że ruch trzyma się z dala od partyjnej polityki, jest jednak otwarty na współpracę ze wszystkimi. Na skutek działań Dzikich Karpat interpelację w Brukseli złożyła europosłanka Sylwia Spurek. Nazwała ona to, co się dzieje w Puszczy Karpackiej, „nową Białowieżą”. Bo to kolejny sprzeciw obrońców przyrody wobec działań rządu, który doprowadził do społecznej mobilizacji.

Dzikie Karpaty skupiają osoby młodsze i starsze, o poglądach lewicowych i konserwatywnych, weteranów ruchów ochrony przyrody oraz tych, którzy dopiero rok temu rozpoczęli przygodę z ekologicznym aktywizmem. Oprócz zakładanej apolityczności ważny jest też nieformalny charakter przedsięwzięcia. Rejestracja Inicjatywy Dzikie Karpaty jako fundacji lub stowarzyszenia dawałaby ułatwienia organizacyjne, ale jak wyjaśnia Synowiecki, ważniejszy był dla aktywistów oddolny, włączający charakter.

Społecznik podkreśla wagę obywatelskiego zaangażowania: – Gdyby nie darowizny na paliwo, nie bylibyśmy w stanie prowadzić naszych patroli. Ludzie przyjeżdżają tu po pracy, poświęcają urlopy i prywatny czas. Dobrze, że mamy takie wsparcie, najczęściej od osób prywatnych bądź małych firm.

NIE TYLKO PRZECIWKO SZYSZCE
Początek oddolnego zaangażowania na rzecz środowiska przypadł na lata 80., gdy w łonie Solidarności powstało „zielone” skrzydło. Działały wtedy także Polski Klub Ekologiczny czy Pracownia Architektury Żywej przy Politechnice Śląskiej, później przekształcona w funkcjonującą do dziś Pracownię na rzecz Wszystkich Istot. Lata 90. to czas małych, nieformalnych grup, początkowo zorganizowanych wokół protestów. – Jednak od połowy dekady działalność ekologiczna przeniosła się z ulic do urzędów. Działacze ruchu ekologicznego zorientowali się, że wpływając na procesy decyzyjne, można zdziałać więcej, niż protestując – wspomina Konrad Malec, od 30 lat zaangażowany w ochronę przyrody sozolog (specjalista w zakresie naukowych podstaw ochrony środowiska), obecnie uczący młodzież w ramach projektu „Kultura i Natura”. W efekcie wejścia działaczy do instytucji państwo zaczęło powierzać część zadań inicjatywom obywatelskim. Stało się tak choćby w przypadku Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków czy Komitetu Ochrony Orłów.

Zdaniem eksperta różne, pozornie odległe elementy przyrody są nierozerwalnie powiązane. – Nie da się w prosty sposób wyróżnić obszarów kluczowych dla ochrony środowiska naturalnego. Wiatr, który rozwiewa miejskie zanieczyszczenia, sprawia, że wymierają porosty, a drzewa w Białowieży rosną nieproporcjonalnie szybko wzdłuż, a wolniej wszerz. Na podobnej zasadzie dostosowana do potrzeb żeglugi Wisła nie jest w stanie radzić sobie z zanieczyszczeniami, co pokazała awaria oczyszczalni w Warszawie – tłumaczy Konrad Malec.

Podobnie można postrzegać różne rodzaje konfliktów wokół środowiska naturalnego. – Zupełnie inaczej jest odbierana walka przeciwko decyzjom rządu niż przeciwko prywatnej firmie. W Polsce dominuje podejście mało społeczne, a bardziej prywatne. W walkę przeciwko decyzjom instytucji publicznych można zaangażować argumenty odwołujące się do języka praw obywatelskich, praworządności, przestrzegania konstytucyjnego obowiązku państwa, jakim jest ochrona przyrody. Tymczasem walka przeciwko „kapitaliście” traktowana jest często jako lokalny spór bez szerszego znaczenia. Miewa to konkretne skutki – brutalność straży leśnej wobec strony społecznej łatwiej przedstawić jako skandal, takie same działania prywatnej firmy ochroniarskiej mogą już wzbudzić mniejsze zainteresowanie – zwraca uwagę Magdalena Siemaszko, biolożka i etnografka prowadząca badania w Puszczy Białowieskiej.

GLOBALNE OCIEPLENIE, POLSKIE SPRAWY
Magdalena Siemaszko ocenia, że zainteresowanie ochroną przyrody i aktywność ruchów protestu znacznie wzrosły w ostatnich dwóch-trzech latach. Jej badania dotyczą m.in. stosunku społeczności Białowieży i okolic do ekologów. Choć np. Dzikim Karpatom udało się z powodzeniem połączyć interes miejscowych z celami przyjezdnych działaczy, problem konfliktu interesów pozostaje. – Aktywistów czy działających w puszczy badaczy widzi się czasem jako reprezentantów kolonialnych mechanizmów: ludzi z wielkich miast, którzy przyjechali narzucić coś z zewnątrz. Choć dominują wśród nich poglądy lewicowe i są oni ostatnimi, którzy chcieliby prywatyzacji państwowych lasów, paradoksalnie często właśnie tak są postrzegani.

Podobnie bywa odbierane angażowanie się w sprawy polskiej przyrody instytucji międzynarodowych, przede wszystkim unijnych. – Społeczność Białowieży mówi czasem o złej Unii, która „nam” zabrania. Jest to problematyczne, że obywatelskie akcje na rzecz ochrony przyrody znajdują finał w Trybunale Europejskim, chociaż w obecnej sytuacji politycznej czasem to jedyna droga. W społeczności mówi się wtedy: „Chcą nas zamknąć w rezerwacie, bo u siebie, w rozwiniętej części Europy, już dawno nie mają dzikiej przyrody” – komentuje Magdalena Siemaszko. Konrad Malec inaczej kładzie akcenty: – Nie można mówić, że ekolodzy „donoszą” Brukseli na własny kraj, choć to określenie lubiły stosować różne ekipy rządzące. Obrońcy przyrody działają na rzecz własnego kraju nierzadko bardziej niż politycy, którzy przypisują sobie monopol na reprezentowanie polskiego interesu.

Terminem, który stosunkowo niedawno zadomowił się w światowej debacie o kwestiach środowiska naturalnego, jest eksport zanieczyszczeń. Kraje rozwinięte, dawniej uprzemysłowione, a dziś najczęściej stawiające na usługi, konsumują coraz więcej produktów, których wytwarzanie jest szkodliwe dla środowiska. Wielka Brytania, chwalona za uporanie się w ostatnich dekadach ze swoimi zanieczyszczeniami, generuje dziś o ponad 40% mniej dwutlenku węgla niż w roku 1970. Gdy jednak wliczymy import towarów na Wyspy, to według danych Światowej Agencji Efektywności emisja pozostanie bez zmian. Reszta bowiem została „wyeksportowana” do krajów uboższych: Indii, Bangladeszu, Chin czy państw Afryki. Jak szacuje dr Ali Hasanbeigi, w ten sposób „eksportuje się” około jednej czwartej całości światowych zanieczyszczeń dwutlenkiem węgla. Jaką rolę odgrywa tu Polska? – Z jednej strony, jesteśmy ofiarami takiego eksportu z bogatych krajów europejskich, z drugiej zaś, jako kraj globalnie stosunkowo uprzywilejowany, współuczestniczymy w eksporcie do krajów Trzeciego Świata – uważa Konrad Malec.

Światowe zainteresowanie kwestiami ekologicznymi, a także coraz dotkliwiej odczuwane, np. w postaci smogu, zanieczyszczenie środowiska, prowadzi do intensyfikacji wysiłków aktywistów. Obóz dla Puszczy, bo tak nazwali swój ruch działacze broniący drzew przed buldożerami, być może otworzył nową epokę w historii społecznego zaangażowania w działalność proekologiczną. – O jego wadze świadczy nie tylko zawiązanie się podobnych inicjatyw, ale także to, że fraza Obóz dla… stała się wzorem dla kolejnych inicjatyw: Obozu dla Klimatu czy Obozu dla Mierzei Wiślanej – przypomina Magdalena Siemaszko.

– Nieprawda, że w Polsce ochrona środowiska naturalnego jest na znacznie niższym poziomie niż na Zachodzie. To u nas zachowało się więcej – ocenia Konrad Malec. – Choć parków narodowych mamy powierzchniowo tyle, ile jest w Wielkiej Brytanii, to poziom tamtejszej ochrony przypomina raczej nasze parki krajobrazowe. Niestety, polskie rządy – i dotyczy to właściwie każdej ekipy od czasów AWS – przejęły antyekologiczny język amerykańskich konserwatystów, który ekologię traktuje jako wroga. Gdyby nasi rządzący nauczyli się zachowywać na arenie międzynarodowej nieco sprytniej, można by realizować strategiczne dla kraju inwestycje, promując je zielonym językiem i nie wzbudzając w tej sferze takich kontrowersji w Brukseli.

Fot. Jan Bielecki/East News

Wydanie: 51/2019

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy