Religia w szkole

Kościół nadal szuka pomysłu, co zrobić, by w ciągu 45 minut zatrzymać młodzież nie tylko przy Chrystusie, ale i przy sobie.

Dobry katecheta, to taki, który w jed­nej ręce trzyma Biblię, w drugiej gazetę – ocenia ksiądz Ryszard Ryngwelski z wydziału katechetycznego archidiecezji koszalińskiej. – Powinien łączyć w wykładzie wiarę ze sprawami doczesnymi. W tym przekonaniu umocniłem się po dziesięciu latach od powrotu religii do szkół.

Jeszcze na początku lat 50. lekcje re­ligii odbywały się w szkołach, później je usunięto, przywrócono w 1956 r, definitywnie ze szkół wyprowadziła je ustawa z 1961.

Wrzesień. Rok 1990. Religia wraca do szkół. Emocje sięgają zenitu. Mło­dzi przeciwnicy palą katechizmy i wznoszą hasła „zakonnice za granicę” i “księża na księżyc”. Te manifestacje Episkopat nazwał “marszem dzieci ro­syjskich oficerów”, a zastępca prokura­tora, generalnego mówił o “skażeniu ducha ateizmem, najgorszą z religii, pustoszącą umysły i serca”. Co w nie­spełna dziesięć lat później zostało z tej wojny religijnej? Czym dla młodzieży są lekcje religii? Co jest porażką, a co sukcesem księdza, który tak jak inni na­uczyciele ma swoje krzesełko w poko­ju nauczycielskim? Czy fakt, że wiara przestała być prywatną sprawą ucznia ma dla niego znaczenie?

Po dziesięciu latach katecheza rzad­ko jest na ostatniej, lub pierwszej lekcji, o co toczono, boje, wysuwając najpo­ważniejsze argumenty o łamaniu su­mień. Przyczyna jest prozaiczną – nikt nie będzie naginał planu do potrzeb jednego wykładowcy. Księża są z tego zadowoleni, bo uczniowie na pierwsząlekcję nie przychodzili, na ostatniej przysypiali. Również wpisywanie lub niewpisywanie ocen jest problemem nieczytelnym, rozwiązywanym według własnego widzimisię. Bo katecheza szkolna, choć skończy w tym roku dziesięć lat, jest ciągle przedmiotem – dziwnie chwiejnym, traktowanym W szkolę jako bardziej pozytywny niż negatywny dodatek. Ale tylko dodatek.

W czasie wywiadówek czy tzw. Dni otwartych nie ma kolejek do katechety. Religia w szkole raczej nie zbliżyła ro­dziców do katechety czy księdza. Dla nich ksiądz nadal pozostał osobą z konfesjonału, powiernikiem grzechów, nie problemów wychowawczych. Poza tym, jeśli stopnie z religii nie mają żad­nego wpływu na przejście do następnej klasy, rodzice nie walczą o nie. Prze­ważnie nie mieliby też o co, bo księża są łagodni, wiedzą że muszą zachęcać, a jedynka z dziesięciu przykazań brzmi absurdalnie.

Strach miał wielkie oczy

Religia w szkole nie spełniła też jeszcze jednej nadziei Kościoła – cho­dzi na religię, przyjdzie na mszę. Lice­aliści, których regularne uczęszczanie na msze byłoby najcenniejsze, po skoń­czonej lekcji tracą kontakt z uczącym ich księdzem. – Uczestnictwo w życiu Kościoła zależy, od wielu czynników, nie tylko obecności na lekcji religii – komentuje ksiądz Ryngwelski. -Uczeń wraca do domu, a tam rodzice bagateli­zują sprawy poruszane przez księdza. Nie prowadzi się żadnej statystyki, ale nie sądzę, by po dziesięciu latach zwiększyła się liczba młodzieży nie tyl­ko wierzącej, ale i praktykującej.

A jednak po tych niespełna dziesię­ciu latach można uznać, że religia po­zostanie chyba w szkole przez następne pokolenia. Politycy, nawet najzagorzal­si przeciwnicy, nie będą już walczyć o powrót religii do kościoła. Powód? Nie ma takich oczekiwań społecznych.

Jej wprowadzenie nie wywołało wojny religijnej. – Ludzi interesują pro­blemy bytowe: przestępczość, ubó­stwo, bezrobocie. Jakie sprawy jak aborcja, wartości chrześcijańskie, kry­zys moralności czy klerykalizacja są ważne tylko dla elit – ocenia dr Woj­ciech Pawlik z Zakładu Socjologii Moralności Uniwersytetu Warszawskiego. -Poza tym zwolenników nauczania religii w szkołach przybywa, świadczą o tym badania opinii publicznej. Energia przeciwników wyczerpała się, zwo­lennicy też nie mają mieć o co pretensji. Od początku powrót religii miał duże przyzwolenie społeczne, tak więc nie wywołał w społeczeństwie szoku

i   odrzucenia, tak jak by było na przy­kład przy próbie wprowadzenia prohi­bicji.

Dziś najważniejszym problemem jest to, jak prowadzić lekcje religii. Frekwencja uspokaja Kościół. Na religię uczęszcza około 92 proc. młodzieży i 98 proc. dzieci. W ciągu dziesięciu lat odnotowano minimalne wahnięcia. W szkole podstawowej kto się zapisał, chodzi do końca. W liceum, gdy decyzję podejmuje sam uczeń, bywa różnie. – W dużych miastach bywają “bezreligijne” klasy, do znakomitej średniej prowadzi prawie stuprocentowa wieś. Dla porównania, w okresie przedwojen­nym, w katechezie uczestniczyło 77 proc. dzieci i 70 proc. młodzieży.

Grażyna Płoszajska z MEN od początku lat 90. kontroluje ze strony re­sortu nauczanie religii w szkołach. Pamięta pierwsze miesiące i ciągłe ataki, także niepokój o klerykalizację i nieto­lerancję. Sądziła, że ten stan agresji i poczucia zagrożenia potrwa dłużej, tymczasem sytuacja szybko się uspo­koiła. Jej ulubioną szkołą jest ta z podkrynickiej wioski, gdzie w jednym bu­dynku szkolnym spotyka się katoli­cyzm, prawosławie i grekokatolicy.

Przed pięcioma laty dr Pawlik prze­prowadził sondaż socjologiczny “Reli­gia w szkole – motywy uczestnictwa”. Od tamtej pory pilnie obserwuje pro­blem. Twierdzi, że dorośli obawiający się napiętnowania niewierzących dzieci przenosili na młodzież swoje doświad­czenia. Bali się dorośli, rzadziej mło­dzież. Strach miał wielkie oczy, bo wstępujące pokolenia są o wiele bar­dziej tolerancyjne od rodziców. Zjawi­ska negatywne, m.in. obrażanie ucznia, wytykanie mu innej niż katolicka religii, ocenia się na ok. pół procenta. Generalnie, zdaniem dr. Pawlika, bilans jest dobry, a religia nie uczyniła w szko­le szkód. – Nie jest także zagrożona wolność sumienia – komentuje dr Paw­lik. – W Polsce mamy 150 Kościołów mniejszościowych i nie alarmują one, że ich sytuacją zmieniła się na gorsze.

Odchodzą słabi katecheci

Katecheza długo nie mogła doczekać się porządnych podręczników. Dopiero reforma oświaty zmobilizowała katolic­kich autorów. Gimnazjaliści mogą wybierać spośród podręczników „Jezus uczy i zbawia”, „W drodze do Emaus” i „W moim kościele”. – Zmieniły się czasy, zmieniły się programy – komen­tuje ksiądz Małecki z Wydziału Nauki Katolickiej warszawskiej Kurii Metro­politalnej. – Najciekawsze są próby zintegrowania nauki religii z innymi przed­miotami, językiem polskim i historią. – Wyróżniłbym „W drodze do Emaus”, to książka, która przedstawia aktualne pro­blemy młodzieży – dodaje ksiądz Ryngwelski. – Autor pamiętał zarówno

o tym, że dziecko żyje w czasach zdo­minowanych przez informatykę, jak o plonie papieskich pielgrzymek.

Ksiądz Janusz Tarnowski, autor serii „Kto pyta – nie błądzi” twierdzi, że największym wrogiem katechezy jest nuda. Młodzież jest obojętna i uważa, że wszystko już wie. Trzeba więc do niej mówić językiem prostym i pogodnym. Czasem należy zaszokować, brać przykład z księdza Kałczyńskiego z Pyr, który jeszcze przed wojną, gdy nie mógł zapanować nad klasą, pod­szedł do tablicy i napisał: „Nie ma Bo­ga”. Wstrząśnięci uczniowie zamilkli, a ksiądz dopisał, dalszy fragment psal­mu 14: „Mówi głupi w swoim sercu”.

Dziś największym problemem Ko­ścioła i szkoły jest katecheta. W jednej z warszawskich podstawówek kate­chetką chciała zachęcić uczniów do gorliwego wyznawania grzechów. Za osiemnaście dostawało się szóstkę. Dzieci wymyślały najpotworniejsze rzeczy, których nigdy by się nie dopu­ściły.

Niektórym katechetom udało się wstrząsnąć opinią publiczną. We wrze­śniu ub.r. katechetka w Książu Wielkopolskim naubliżała uczniowi, potem go pobiła. W tym-samym roku w Olsztyńskiem ujawniono szarpanie za ucho i miarowe uderzanie głową ucznia o ławkę. Bywało, że to młodzież agre­sywnie odreagowywała swój brak ak­ceptacji dla wykładowcy. Oto przed trzema laty w szkole podstawowej w Gdyni-Oksywiu uczniowie klasy siódmej obrzucili jajkami księdza kate­chetę i krzyż. Ksiądz uznał to za profa­nację, ale wybaczył po interwencji ku­ratora.

We wcześniejszych latach odnoto­wano kilka bulwersujących przypad­ków: Wierzbno – bicie głową o ławkę, Maręcin koło Nowego Dworu Gdań­skiego – wulgarne określenia, kaliskie – uderzenia siodełkiem od roweru, Oła­wa – złamanie palce w trakcie pogania­nia ucznia kijem, Łódź – szarpanie za włosy, wioska w ówczesnym Radom­skiem – złamany obojczyk, wstrząs mózgu, Radom – uderzenia “wacusiem” po nogach (“wacuś” to ulubiony kijek tamtejszego katechety), do tego policzkowanie zamiast pokuty. To incydenty, ale nadwerężające opinie o na­uczających. – Od dłuższego czasu w ogóle nie trafiają do nas zażalenia na

pracę katechetów – uspokaja Grażyna Płoszajska z MEN.— Nie sądzę, by w ogóle nie było problemów, ale za­pewne są one rozwiązywane na pozio­mie szkoły łub kuratorium.

W minionych latach Kościół skupi się na szkoleniu kadr. – Minimum to studia wyższe -podkreśla ks. prałat Jó­zef Fijałkowski z komisji ds. katechezy kurii archidiecezji łódzkiej. – Później konieczne jest doszkalanie, uczestnic­two w kursach. W naszej kurii uczący spotykają się co miesiąc, omawiają pro­blemy. Wytypowany katecheta przygo­towuje katechezę, pozostali dyskutują, sugerują poprawki. Ci, którzy nie mieli przygotowania, już odeszli z tego zawo­du. Dzięki temu bardzo rzadko zgłasza­ją się do nas rodzice z pretensjami. – 95% katechetów solidnie pracuje – krótko ocenia ks. Michalski.

Kadra jest więc stała. Być może właśnie dlatego w zeszłym roku GUS uznał, że policzenie katechetów byłoby za drogie. Kurie przekazują wyrywko­we dane. W archidiecezji warszawskiej religii uczy 300 księży, 300 sióstr, 400 katechetów świeckich. W całej Polsce jest około 23 tys. katechetów, 160 pra­cuje w szkolnictwie specjalnym.

Etyka bez zainteresowania.

Moi rozmówcy, księża, wyliczają, że w czasie, sześcioletnich stadiów na­uczyciel w sutannie musi zaliczyć 278 godzin przygotowania pedagogiczne­go i 150 godzin ćwiczeń. Katecheta świecki, poza obowiązkowymi studia­mi wyższymi musi przejść specjalne szkolenie.

Coraz częściej powtarzany pomysł wytypowania księży, którzy byliby tyl­ko katechetami, nie wszędzie budzi entuzjazm. W kuriach słyszę, że ksiądz nie powinien wypadać z rytmu parafialnego. Niech jeździ na wycieczki, ale nic kosztem parafii.

Nie wszystkie próby kształcenia ka­techetów kończą się sukcesem. – Rada Wydziału Pedagogiki postanowiła stworzyć studia podyplomowe dla katechetów – opowiada Małgorzata Ko­walska, kierowniczka dziekanatu Wyż­szej Szkoły Pedagogicznej w Piotrko­wie Trybunalskim. – Zrobiło się wiele szumu, ale zgłosiło się tylko kilka osób, więc zrezygnowaliśmy.

Nie udało się w małym ośrodku, za to w dużym, w nowo powstałym Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim, od tego roku można studiować na Wydzia­le Teologicznym.

Zaskoczeniem jest śladowe naucza­nie etyki. Walczono o nią pod wielkimi hasłami wolności, – Nie mam dla kogo organizować takich lekcji – tłumaczy dziś większość nauczycieli, a urzędnicy z MEN rozkładają ręce. Nie mogą inge­rować, gdy nikt się nie skarży. Dopiero w badaniach socjologicznych dr. Pawlika z Zakładu Socjologii Moralności, znajdujemy odprysk tęsknoty za etyką. Około 20% uczniów twierdzi, że „chciałoby chodzić na lekcje etyki, ale takich w szkole nie ma”. Jednak na tym kończy się aktywność uczniów. Tylko 1% twierdzi, że prosili nauczycieli o zorganizowanie takich zajęć.

MEN nadzoruje pracę katechetów od strony pedagogicznej. – Wszystkim przesłano nowe podstawy programowe – informuje Grażyna Płoszajska z Departamentu Kształcenia i Wychowania MEN. – Była to tylko informacja, nie sprawdzaliśmy, czy katecheci uwzględnili nasze propozycje wynikające z reformy Oświaty. MEN podpisało już porozumienie z Episkopatem zobowiązujące Kościół do respektowania aktualnych przepisów oświatowych. Na takie podniesienie poprzeczki zdecydowała się także Polska Rada Ekumeniczna i Adwentyści Dnia Siódmego.

Ostatnio niepokój wywołało przyjęcie Karty Nauczyciela. Zapisano w niej, że pedagog, który pracuje w niepełnym wymiarze godzin, nie ma prawa do ochrony i przywilejów. A przecież katecheci pracują na zasadzie – tu pół etatu, tam pół etatu. Teraz muszą walczyć o jeden.

Do 1997 r. księża  pracowali bezpłatnie. Teraz, podobnie jak katechetom świeckim, płaci im szkoła. – Wreszcie są w takiej samej sytuacji jak inni nauczyciele, najważniejsze, że są ubezpieczeni – komentuje ks. Ryngwelski.

Kościół rzadko w oficjalnych wystąpieniach ingeruje w życie szkoły. Do nielicznych należy wystąpienie abp. Władysława Ziółka, który zaapelował, by młodzież modliła się przed i po zakończeniu lekcji. Za to przyjął się pomysł biskupa koszalińsko-kołobrzeskiego, który zarządził, że uczący religii będą przeznaczać 10% zarobków na cele charytatywne. Pomysł, rzucony trzy lata temu, jest ciągle realizowany.

Młodzieżowe prowokacje

Stolica jest wyspą, raczej złą niż dobrą. – Warszawa to dzicz – ocenia ksiądz Małecki z warszawskiej kurii. – Wielu katechetów rezygnuje, bo nie wytrzymuje presji.

A ta presja to trudna młodzież. Innymi, bardziej ciężkimi regionami, są miejscowości popegeerowskie. Bezrobocie, apatia, alkoholizm rodziców. Nie każdy katecheta potrafi zaszczepić nadzieję. – W tych najuboższych regionach katecheza jest trudna – potwierdza ks. Ryngwelski z wydziału katechetycznego archidiecezji koszalińskiej. – Młodzież, tak jak rodzice, skupiona jest na zdobywaniu środków do życia trudno zainteresować ją wyższymi wartościami.

Ks. Fijałkowski podkreśla, że dobry katecheta potrafi najbardziej współczesne problemy wyjaśnić w świetle wiary. Jednak nie każdy katecheta – kumpel jest akceptowany przez przełożonych. – Katecheta ma wychowywać, a nie ulegać presji młodzieży. Uczniowie chętnie manipulują wykładowcą, podrzucają jakieś tematy w rodzaju „całować się, czy nie”.

– Uczniowie często prowokują, wymyślają sztuczne problemy – dodaje ks. Ryngwelski. – Należy dbać, by sprawy Boże łączyć z konkretnymi problemami. Ks. Fijałkowski zgadza się z tym poglądem. Katecheta, jego zdaniem, musi pamiętać o programie, o Piśmie Świętym, którego nic nie zmieni. Jednak z badań socjologów wynika, że młodzież dzieli katechetów na słabych (na ich lekcje nie chodzi się) i fajnych, u których są komplety. Dla młodych fajny to ten, który da się wciągnąć w najbardziej odlotowe pomysły.

– Chcemy pogadać o życiu, nie o Bogu – to zdanie najczęściej pojawia się w moich rozmowach z licealistami. Przyznają, że ksiądz bywa ostatnią nadzieją na rozmowę. Rodzice wiecznie nieobecni albo z wyrzutami, wychowawczyni nadgania program.

Dzięki wejściu religii do szkół Kościół więcej dowiedział się o rodzicach. I jest rozczarowany. – Ich udział w wychowaniu jest jeszcze mniejszy niż przypuszczałem – komentuje je­den z księży. – Dopiero z pokoju nauczycielskiego zobaczyłem samotność młodzieży. Rzadko spełnia się marze­nie księdza Fijałkowskiego, by dom, szkoła i ksiądz mówili jednym głosem. – Próbuje się przerzucać problemy wy­chowawcze tylko na księdza. A przed tym musimy się bronić – ocenia ksiądz uczący w szczecińskim liceum.

Jak wynika z ankiet dr. Pawlika, rodzice nie mieli też wielkiego wpły­wu na decyzje młodych ludzi. Niespełna 10% twierdzi, że uczęszczają na religię, zachęceni przez rodziców. Za to bardzo duży wpływ domu podkreślają ci uczniowie, którzy na religię nie cho­dzą Motywacje bywają też prozaiczne – 5% pytanych stwierdziło: że chodzą na religię, bo “plan lekcji jest taki, że nie miał(a)bym co ze sobą zrobić”.

Również nauczyciele pozostali obojętni wobec decyzji uczniów. Badania socjologiczne wykazały, że mają oni życzliwy, ale dość obojętny stosunek do nauczania religii. Nie sprawdziły się nadzieje biskupów, że obecność księ­dza w pokoju nauczycielskim wzmocni wiarę pedagogów. Raczej uważają oni, że religijność należy zostawić w domu. Niektórzy mają praktyczny stosunek do katechety. Beata Olszewską dyrektor­ka podstawówki w Ursusie, mówi, że katecheta to jeszcze jedna para rąk, za­wsze przydatna w szkole.

Prywatna religia młodzieży

Nie sprawdziły się też oczekiwania, że po wprowadzeniu religii będzie mniej agresji w szkole. Z badań księdza Zygmunta Klimczuka z miesięcznika “Wychowawca” wynika, że połowa uczniów nie zauważyła zmiany zachowania kolegów od chwili powieszenia krzyża w klasach. Choć, jak przyznają obecność księdza na korytarzu upraszcza kontakt z nim. – Powrót religii do szkół – oceniają socjologowie – wywołał chęć przystosowania się nie buntu. Młodzież uczęszcza na religię bo chce funkcjonować bezkolizyjnie w święcie dorosłych. Najnudniejsze są zawodów­ki. – Powtarzają się opinie, że tam młodzież jest wulgarna i edukuje się nawzajem w tym, co naj­gorsze – ocenia ksiądz Fijałkowski. – Najgorzej było na początku lat 90., te­raz jest trochę lepiej, ale u nas, w archi­diecezji łódzkiej i tak tylko 60% mło­dzieży z tych szkół uczęszcza na religię – ocenia ksiądz Fijałkowski. Zdaniem dr. Pawlika, to właśnie tam te lekcje przyniosły najwięcej dobrego: – Mogą być dobrodziejstwem dla uczniów za­wodówek, proponują program moralne­go wychowania. Przecież tam uczą słabsi nauczyciele, a wychowanie leży odłogiem.

–     Przez trzydzieści lat walczono, że­by religia wróciła do szkół – tłumaczy ksiądz z gdańskiego liceum. – Minęło dziesięć lat, dla niektórych jest to chwi­la pewnego rozczarowania, że nic Się nie zmieniło. A przecież żyjemy w cał­kiem innych czasach. Dzisiejsza mło­dzież ulega innym wpływom niż ta dziesięć lat temu.

–     Są coraz bardziej antykościelni, bo nie akceptują samej instytucji, są coraz bardziej selektywni, gdyż z wiary wy­bierają tylko niektóre elementy, nie przywiązują się do tradycji – ocenia dr Wojciech Pawlik z Zakładu Socjologii Moralności UW. – Trzy czwarte mło­dzieży reprezentuje relatywizm moral­ny. Nie mają stałych norm i uważają że jest to całkiem normalne.

Z badań prof. Krzysztofa Kicińskie­go z Instytutu Stosowanych Nauk Spo­łecznych UW, wynika, że choć za kato­lików uważa się 70-80% młodych ludzi, to w piekło, niepokalane poczęcie i nie­bo wierzy tylko połowa. Poza tym mło­dzi uważają że mogą tworzyć wiarę która jest tylko ich sprawą. – I jeszcze jedno – dodaje dr Pawlik. – Postawy młodzieży polaryzują się. Z jednej stro­ny, jest żarliwa grupa uczestników życia religijnego. Środek stanowią konformi­ści, którzy raczej przystosowali się do religii w szkole, niż o niej marzyli. Tak naprawdę o nich walczy Kościół. Prof. Antoni Długosz, znakomity katecheta – metodyk nazywa ich ochrzczonymi poganami. Są ochrzczeni, ale nic nie wiedzą o Bogu. Ich przynależność do Kościoła jest formalnością. Młodych ateistów jest w Polsce niewielu, innowierców – około 3%, głównie na Śląsku lub ścianie wschodniej.

Religia w szkole, zdaniem dr, Pawlika, wyprodukowała także antykleryka­łów. Ale tych “anty”, tak jak ateistów, jest niewielu. Tak naprawdę po dzie­sięciu latach, lekcje religii są ciągle próbą zbliżenia się do młodzieży. Ko­ściół nadal szuka pomysłu, co zrobić, by w ciągu 45 minut zatrzymać mło­dzież nie tylko przy Chrystusie, ale i przy sobie. – Lekcje religii przypomi­nają dziś towar w konserwie – ocenia ksiądz Ryngwelski. – Świetne opako­wanie, ale nie wiemy, jaka jest zawar­tość. Jakie wartości zakodowaliśmy w sercach młodzieży.


Do wyboru, ale obowiązkowa

W zreformowanej szkole religia jest nadal. – podobnie jak etyka – przedmiotem do wyboru. Jed­nak, gdy uczeń zdecyduje się na nią uczęszczać, staje się lekcją obowiązkową. Po każdym semestrze uczeń ma prawo zre­zygnować z religii, wtedy nie jest z niej klasyfikowany. Gdy        otrzymuje ocenę, nie jest ona wliczana do tzw. średniej.

W tygodniu mają być dwie go­dziny religii. Liczba lekcji może być zmniejszona za zgodą biskupa diecezjalnego. On także wydaje zgodę na przyjęcie danego katechety do szkoły, może również z niego zrezygnować w ciągu roku. Katecheta jest członkiem rady pedagogicznej, ale nie może być wychowawcą. O tym, ze ma przygotowanie teologiczne, świadczy skierowa­nie wydane przez właściwego biskupa diecezjalnego.


W liceum młodzież więcej wymaga

Ksiądz ANDRZEJ KOWALSKI, warszawskie Liceum im. Wyspiańskiego:

Katechetą w tej szkole jestem od siedmiu lat. Kiedy młody człowiek decyduje się zostać księdzem, jest w semi­narium, nie zastanawia się, że będzie nauczycielem. Są księża, którzy bardzo lubią uczyć w szkole i są tacy, któ­rzy najchętniej by tego nie robili. Zaraz po święceniach, przez trzy lata, uczyłem dzieci i młodzież przy parafii.

I na pewno ciężko było przejść do szkoły, ale ten układ ma plusy i minusy. Plusem jest to, że obok matematy­ki i nauk humanistycznych młody człowiek uczy się o Bogu. Dużym plusem jest także zbliżenie się do nauczy­cieli. Mankamenty? Religia staje się jednym z przedmiotów, który musi podporządkować się regułom szkoły – lekcja ma 45 minut, trzeba sprawdzić listę i postawić stopnie. Lekcje w salach katechetycznych miały także i tę zaletę, że już po ich zakończeniu niektórzy zostawali, żeby porozmawiać, a to wiązało ich z parafią. Pamiętam maturzystów, którzy wieczorem kończyli katechezę i dyskusja przenosiła się do mojego mieszkania. Teraz więk­szość moich uczniów pochodzi z innych parafii, mam mniejszy kontakt z nimi.

Jako katecheta zaczynałem dziewięć lat temu, w Nowym Dworze Mazowieckim. Wtedy więcej osób chodziło na religię, w tej szkole są klasy ze stuprocentową frekwencją, są tez i klasy, w których na religię chodzi jedna trze­cia.  Jedno jest pewne – ci którzy chodzą, naprawdę tego chcą. Ci nie uczęszczający podejmują swoją decyzję, ale co ciekawe, są to często osoby, które podchodzą na przerwie, żeby porozmawiać.

W liceum młodzież więcej wymaga, pyta. Ich sposób zadawania pytań, czasem nawet agresywny, motywuje mnie do szukania odpowiedzi. Szanuję rozmówcę, który zadaje pytania, nawet niewygodne. Na pierwszej lekcji mówię im – macie prawo pytać, nawet jeżeli są to problemy nie związane z Kościołem. Rozumiem, że ksiądz powinien wychowywać, nawet bardziej niż nauczyciel. W poprzednim ogólniaku rozwiesiłem w klasie wielkie, białe kartony, na których mogli wyrażać swoje myśli. A doświadczenia z tej szkoły? Sam siebie muszę uczyć, że­by słuchać drugiego człowieka. Uczę się tego, żeby nie wiedzieć lepiej. Jedną z metod jest prowokacja nawet do – w dobrym tego słowa znaczeniu – pokłócenia się ze mną. Prowokuję ich, bo me chcę, żeby oni wszystko przyjmowali ot tak, bo ksiądz to powiedział.

Przykre doświadczenie – ktoś chodzi i nacie przestaje bez słowa. Chciałbym, żeby mnie o tym poinformował, a poza tym skłania mnie to do zastanowienia, jakie błędy popełniam. Jednak me ulegam presji, by omawiać z nimi tematy, które są tylko dla nich atrakcyjne. W tym roku, w klasach trzecich, oglądamy koiejne odcinki “De­kalogu”. Omawiamy problem, pytam, jak oni zachowaliby się w takiej sytuacje. Pamiętam, że muszę rozmawiać z nimi o problemach aktualnych, a więc nie uciekamy od pornografii i antykoncepcji, gdy omawialiśmy telewi­zyjną wypowiedź księdza, że tam, gdzie jest antykoncepcja, tam nie ma miłości. To nie może być temat tabu.

I tak wróciłby do mnie w konfesjonale, tyle, ze za parę lat.

Wydanie: 15/2000

Kategorie: Społeczeństwo

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy