Reporter bez granic

Reporter bez granic

Książka Mirosława Ikonowicza zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie rośnie

„Na szczęście spalił się nasz dom przy ulicy Konarskiego w Wilnie” – tak zaczyna się książka Mirosława Ikonowicza „Zawód: reporter”, czyli zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie rośnie.
Namawialiśmy Mirka Ikonowicza, naszego redakcyjnego kolegę, przez lata całe, by przelał na papier choć część swoich reporterskich wspomnień. By opisał, jak rozmawiał z Che Guevarą, jak plażował z Fidelem Castro, jak leczył go Salvador Allende czy tych z nowszych czasów, gdy biesiadował z Vytautasem Landsbergisem.
Mirek o tym napisał. Jego książka to okruchy wspomnień z Wilna, które w czasie wojny przechodziło z rąk do rąk, z powojennej Warszawy, z budującej komunizm Sofii, z Hawany z pierwszych lat rewolucji, z Madrytu z ostatnich lat reżimu Franco, z Lizbony, w której wybuchła rewolucja i obalono Caetana, ze spokojnego Rzymu, i jeszcze raz z Wilna, które odzyskało niepodległość. Z miast, w których pracował jako korespondent Polskiej Agencji Prasowej w jej najlepszych latach, będąc tam, gdzie działy się rzeczy przełomowe. Miał szczęście? Tak się najczęściej mówi, gdy dziennikarz znajduje się w miejscach najważniejszych, i najczęściej na tym się kończy.
Otóż trzeba przeczytać tę książkę, by przekonać się, że to szczęście to splot wielu czynników, które nie spadają ot tak sobie z nieba. Do szczęścia trzeba być urodzonym. Mirek urodził się w wielokulturowym i wielojęzycznym Wilnie, więc miał naturalną otwartość, naturalną łatwość uczenia się języka i kultury krajów, w których przyszło mu pracować. Miał też (i ma!) naturalną łatwość nawiązywania znajomości i przyjaźni, wystarczyło, by pobył w jakimś gronie dziesięć minut, a już wszyscy traktowali go jak starego znajomego, jeszcze z czasów dzieciństwa i szkoły podstawowej. Z tym także trzeba się urodzić, mieć wewnętrzne ciepło i sympatię do otaczających ludzi.
Nawet w największych tarapatach.
I trzeba mieć jeszcze jedno – umiejętność czytania błahych z pozoru epizodów, które przeciętny śmiertelnik puści mimo uszu, a rasowy reporter natychmiast wyłapie.
„Budzik zrywa mnie, jak zwykle, za pięć ósma, człapię zaspany do łazienki i mechanicznie włączam mego podręcznego grundiga stojącego pod lustrem. Jednak zamiast wiadomości Radio Nacional de Espania, od którego zawsze zaczynam dzień, odkąd przyleciałem do Madrytu, maszeruje jakieś wojsko. Na tle coraz głośniejszych kroków zbliżającej się piechoty chór śpiewa o Grandola vila morena. Nie po hiszpańsku, lecz po portugalsku. Już miałem przestawić radio na właściwą stację, ale treść marszowej pieśni przykuwa nagle moją uwagę. Wojsko maszeruje, a chór śpiewa o „ludzie” wsi Grandola, który „sam najlepiej się rządzi” i o „braterstwie”. Po tej melodyjnej pieśni – marsze wojskowe. Jeden, drugi, trzeci i żadnych zapowiedzi spikera. Wreszcie męski głos: „Tu Lizbona, katolickie Radio Renascenca”. I znowu Grandola.
Lata przepracowane w Ameryce Łacińskiej robią swoje, więc szybko przychodzi skojarzenie. Marsze w radiu i żadnego gadania? To wygląda na wojskowy zamach stanu!”.
To był wojskowy zamach stanu. W państwie, do którego nie wpuszczano ludzi zza żelaznej kurtyny. „Pan nigdy tu nie wjedzie”, warczał na niego portugalski pogranicznik, gdy kilkanaście godzin później Mirek próbował przekroczyć granicę hiszpańsko-portugalską. Ale udało się. Był pierwszym dziennikarzem zza żelaznej kurtyny, który przyjechał do Lizbony. I jednym z pierwszych zagranicznych dziennikarzy.
Czy to jest szczęście?
Nie – to jest wiedza, to są umiejętności, talent, i dziennikarski ciąg na bramkę.
Mirku, jesteś wielkim dziennikarzem, a twoją książkę połknąłem jak świeżą bułeczkę.
Dziękuję!

Mirosław Ikonowicz. Zawód: reporter. Wilno-Hawana-Madryt. Oficyna Wydawnicza Branta. Warszawa 2007

 

Wydanie: 41/2007

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy