Rewolucja we Francji

Rewolucja we Francji

Paryż płonie, ponieważ w imię interesu powszechnego odrzucił egoizm sytych i zadowolonych i wybrał solidarność ze słabszymi

Gdy w maju 2017 r. polskie i światowe media zachwycały się tryskającym energią młodości, urzekającym inteligencją i nieskażonym przez patologiczny system partyjny nowym prezydentem V Republiki Francuskiej, 39-letnim Emmanuelem Macronem, PRZEGLĄD należał do nielicznych tytułów, które nie podzielały tych zachwytów. Napisaliśmy wtedy, że Macron nie jest żadną nadzieją na inną, lepszą Francję (i Europę), lecz produktem marketingowym – polityczną wydmuszką. W samej Francji tylko wybitni intelektualiści nie dali się nabrać na podrobiony towar. Podczas gdy media podkreślały wyjątkowe zdolności intelektualne Macrona, politolog i socjolog Emmanuel Todd nazwał macronizm „zbiorową halucynacją klasy średniej”, a filozof i historyk idei Alain de Benoist opisał prezydenturę Macrona jako „produkt tych, którzy nie myślą”. Już sam sposób, w jaki narzucono społeczeństwu nowego lidera – w drodze pałacowych kombinacji i nachalnej promocji medialnej – nie tylko nie wróżył mu dobrej przyszłości, ale był drwiną z demokracji i ośmieszał Francję, która swoją historią intelektualną zasłużyła sobie na opinię kraju rozumu politycznego, idei i praw.

Upadek systemu partyjnego

Ostatnie ćwierćwiecze to okres całkowitej dekompozycji francuskiej kultury politycznej, której zewnętrznym przejawem była parada coraz gorszych figur na najwyższym urzędzie republiki. Poczynając od Chiraca, przez Sarkozy’ego i Hollande’a, a na Macronie kończąc, wyłania się obraz równi pochyłej. Ten ostatni ma szansę stać się pierwszym prezydentem zdjętym z urzędu przez lud.

Opisując w sposób najbardziej zrozumiały ten rozpadający się bezosobowy „system”, trzeba wskazać dwie jego cechy. Po pierwsze, obumieranie i rozkład tradycyjnej struktury politycznej opartej na partiach z podziałem na lewicę i prawicę. Owszem, kandydatów na urzędy nadal wystawiają jakieś partie, ale nie są to już te same byty polityczne, co kiedyś. Poza tym, by się wyróżnić, trzeba werbalnie odcinać się od partii, podawać za kandydata spoza systemu, układu, establishmentu lub – w ostateczności – ogłosić się kandydatem nowej, odnowionej czy nowoczesnej partii; trzeba udawać kogoś innego, niż się jest. Trzeba też posługiwać się słowami pozbawionymi znaczenia i językiem wypranym z idei.

Nowy, nowoczesny to słowa klucze marketingu politycznego. Neoliberalny „socjalista” Benoît Hamon frakcję odszczepieńców z Partii Socjalistycznej, którzy poszli za nim, nazwał „nową partią socjalistyczną”. Macron też założył nową partię, jakby nie był emanacją żadnej koterii. Jego partię powołano do życia ad hoc, tak jak w biznesie do specjalnych przedsięwzięć tworzy się spółkę celową. Powstała znikąd, jako odpowiedź na potrzebę chwili. Oczywiście nie znaczy to, że Macron był znikąd lub że nikt za nim nie stał. Stały za nim poważne siły, stali konkretni wpływowi ludzie, choć nie musieli przynależeć do żadnej znanej partii. Na pewno nie byli z powołanej na potrzeby wyborów parlamentarnych partii Macrona, ale najważniejsze było to, że Macron – bez względu na barwy jego legitymacji – był z ich „partii”, a dokładniej z francuskiej sekcji międzynarodowej oligarchii interesów globalizmu.

Oligarchia ta przepoczwarzyła się w ukrytą quasi-partię i uczestniczy w wyborach, wyznaczając ludzi do objęcia urzędów i mandatów, ale sama w nich nie występuje, nie pokazuje się na konferencjach prasowych, nie ujawnia swoich władz, członków, pieniędzy i sztandarów ani nie poddaje się kontroli ze strony państwowych komisji wyborczych czy obserwatorów międzynarodowych nadzorujących poprawność elekcji. Tym sposobem kapitał finansowy przejął władzę nad procesem politycznym.

Agonia związków zawodowych

Po drugie, zabrakło we współczes­nej Francji tej siły, która po II wojnie światowej odgrywała jedną z najważniejszych ról w życiu społeczno-ekonomicznym i politycznym kraju – związków zawodowych. Struktury związkowe zaczęto rozbijać we Francji zaraz po wojnie, ale proces nabrał rozpędu i przyniósł wyniki dopiero w latach dominacji neoliberalizmu. Związki zwalczano wszelkimi metodami, od prywatyzacji i reprywatyzacji, poprzez likwidację miejsc pracy w przemyśle, po stopniową eliminację prawa pracy, nie wyłączając metody przetestowanej jeszcze w początkach kapitalizmu w carskiej Rosji, zwanej tam (od nazwiska jej twórcy) zubatowszczyną, a w Europie socjalizmem policyjnym.

Za sprawą trwającej ponad ćwierć wieku wojny państwa ze związkami autentyczne organizacje pracownicze istnieją we Francji tylko w formie szczątkowej, ze zdziesiątkowanym członkostwem, biedną infrastrukturą organizacyjną i uprawnieniami ograniczonymi przez neoliberalny reżim prawny. Przestały być – tak samo jak partie polityczne – współdecydującymi podmiotami życia zbiorowego. Na ulicach Paryża widać było sztandary największej – już nie komunistycznej – centrali związkowej CGT, ale to nie ona wywołała tę rewoltę, ona tylko przyłączyła się do niej.

Hegemonia bezimiennej oligarchii

Na gruzach obumarłych tradycyjnych partii i związków zawodowych stojących na straży interesów i praw słabszych uczestników życia gospodarczego pozostały na placu boju w zasadzie dwa ugrupowania. Jedno, dziś dominujące, ale właśnie mocno zaatakowane, to ponadpartyjna i bezimienna „partia” oligarchii. W ostatnich wyborach prezydenckich miała nieporównanie większe szanse na wygraną, bo reprezentowało ją aż trzech kandydatów, którzy nominalnie startowali z różnych partii, ale była to tylko fasada, mająca wprowadzać wyborców w błąd. Nic więc dziwnego, że wybory te wygrała partia oligarchii, którą chwilowo jest partia Macrona. Pozostałe dwie, które mogły liczyć na sukces – socjalistyczna i konserwatywna – są także partiami oligarchii. Nacjonalistyczne Zjednoczenie Narodowe (dawny Front Narodowy) nie jest taką partią, ale bez względu na zakres poparcia nie ma realnych szans na zwycięstwo i nie jest właściwą odpowiedzią na bolączki Francji.

Podobnie rzecz się miała w wyborach do Zgromadzenia Narodowego. Zmieniając uprzednio ordynację wyborczą na większościową, ukryta partia oligarchii zapewniła sobie sukces i zablokowała marsz do polityki głównemu przeciwnikowi, prawicowemu Zjednoczeniu Narodowemu pani Le Pen. Przy okazji system większościowy jest też skuteczną zaporą dla tradycyjnej lewicy spod znaku potężnej kiedyś Francuskiej Partii Komunistycznej, ale ta, będąc dziś w rozsypce, i bez tej blokady jest rozbrojona. O socjalistach lepiej nie mówić. Ostatni socjalistyczny prezydent Hollande na swojego następcę namaścił właśnie Macrona, który dla niepoznaki zrzucił skompromitowany szyld partyjny, by udawać człowieka spoza układów.

Z tych powodów sprzeciw społeczeństwa francuskiego wobec zapowiadanych przez rząd zmian w polityce gospodarczej – zmian, dodajmy, pozornie mało istotnych i niezbyt radykalnych – przybrał charakter otwartego buntu. Partie już nie wyrażają interesów społeczeństwa, które musiało nagle znaleźć inną formę przekazu. Nie chodziło przy tym o te kilka eurocentów podwyżki ceny litra paliwa, ale o to, że wraz z innymi zmianami podwyżka ta wpisywała się w ciąg działań rządu drastycznie łamiących umowę społeczną. Kilka eurocentów symbolicznie przelało czarę goryczy wypełnioną po brzegi słusznymi skargami zwykłych Francuzów, których od dawna nikt nie słuchał.

Ślepy na skutki swoich działań rząd nakładał na najsłabszych coraz to nowe obciążenia, sądząc zapewne, że nikt nie zorientuje się w jego niesprawiedliwej polityce podatkowej albo że w całym kraju zapanowała już powszechna zgoda na władzę neoliberalnej ideologii w życiu gospodarczym. Jeśli władza arbitralnie redukuje zdobycze socjalne wywalczone przed laty przez klasę pracowniczą, jeśli majstruje przy prawie pracy, pozbawiając ochrony słabszą stronę kontraktu, jeśli sama praca staje się przywilejem i towarem rzadkim, a dobra praca luksusem, jeśli władza odbiera prawa do zasiłków; jeśli uderza w ludzi ubogich, likwidując dopłaty do czynszów, a jednocześnie 10-procentowej mniejszości najbogatszych daje w prezencie sowite ulgi podatkowe, dzięki którym ich fortuny urosną jeszcze szybciej, a oni sami jeszcze bardziej odizolują się od problemów codziennego życia większości Francuzów, to nie można się dziwić, że kraj ogarnia bunt, ostatnia forma samoobrony obywateli w przypadku złamania przez rządzących umowy społecznej.

Urojenia nowej lewicy

W takiej sytuacji jedna iskra wystarczy do podpalenia kraju. Oderwane od realiów projekty rządowe – inspirowana przez wielki biznes nadgorliwa walka z zanieczyszczaniem powietrza kosztem pogłębiającej się nędzy klasy niższej i niższej średniej – zmusiły ludzi do zrzucenia z siebie reżimu codziennych trosk i wyjścia na ulicę. W paryskich kawiarniach – pewnie nie inaczej niż w warszawskich i krakowskich – w modzie są dyskusje korpoelity i hipsterów o nowoczesnym urbanizmie bez samochodów.

Ale na francuskiej prowincji, gdzie nadal żyje spora część społeczeństwa i gdzie nie ma żadnego transportu publicznego, zmuszanie ludzi do zmiany stylu życia oznaczało nie tylko nachalną pedagogiczną przemoc, ale też umniejszanie już i tak bardzo mizernych środków do życia. Przeciętny prowincjusz, by jako tako związać koniec z końcem, zmuszony jest dojeżdżać prywatnym samochodem z jednej macpracy do drugiej. Zazwyczaj nie jest to nowy samochód i z pewnością nie elektryczny. Także na prowincji wyrosły już dzielnice nędzy. Przemieszczanie się, które dla tych ludzi – w odróżnieniu od uprzywilejowanych paryskich hipsterów – nie jest przyjemnością czy relaksem po „twórczej pracy” w modzie, mediach lub „dizajnie”, ale surową koniecznością ekonomiczną, niesie ze sobą również pewne ryzyko związane z bezpieczeństwem osobistym. Mówiąc językiem otwartym, nie jest zbyt rozsądnie – niezależnie od tego, co kto myśli o rasizmie i relacjach rasowych w wieloetnicznych państwach – przejeżdżać kilka razy dziennie obok jakiegoś lokalnego Molenbeeku na hulajnodze, rowerze czy deskorolce, pomijając kwestie wygody, utraconego czasu i praktyczności takich pomysłów. To naprawdę nie to samo co paryskie bulwary nad Sekwaną.

Dyktat z Paryża, który zmuszał zabiedzony i zagoniony robotą lub przerażony brakiem perspektyw na pracę prekariat do przyjęcia modnego lifestyle’u, musiał być odbierany na dołach drabiny społecznej jak drwina z ciężkiego losu zwykłych ludzi i całkowite odrealnienie elit. Pożeniona z neoliberalizmem nowoczesna pseudolewica, siląc się na modne nowe utopie doskonałego życia w wielkim mieście, zapomniała o konieczności ochrony zupełnie elementarnych potrzeb klasy pracowniczej, tej z dalekich przedmieść i odległej prowincji. Zdradziła ją, bo tak jak wszystkie nowoczesne partie, kierujące się marketingiem i obsługujące tylko pożądanego „klienta docelowego”, czyli zamożnych konsumentów, którzy chętnie i dużo wydają na luksusowe potrzeby, upatrzyła sobie nowoczesny, młody i wykształcony elektorat, złożony z nowej klasy średniej. Tylko że tego elektoratu nie wystarczyłoby nawet dla jednej partii, a chciałyby go mieć wszystkie dotąd liczące się, poza skrajną prawicą i religijnym fundamentalizmem. Nic więc dziwnego, że część porzuconego elektoratu lewicy wpadła w objęcia ruchów antydemokratycznych.

Kryzys państwa

Ten bunt jest czymś więcej niż chuligańskimi zamieszkami ulicznymi, z których kraje zachodnie obarczone niekontrolowaną imigracją dały się poznać w przeszłości. Poparcie dla ruchu „żółtych kamizelek” jest szerokie. Zajścia uliczne – choć wybuchły spontanicznie – były przygotowane i rozegrały się w Paryżu, dokąd protestujący postanowili przyjechać, by osobiście doręczyć rządowi wyrazy swojego oburzenia. To właśnie prowincja francuska, Francja B, jest najbardziej poszkodowana polityką globalizmu, polityką cięć kosztów, oszczędności, delegowania i eksportu pracy przy równoczesnym mnożeniu zadłużenia i nieproporcjonalnie lekkim obciążaniu podatkami najbogatszych warstw.

Jednak pomimo tego, że skala zagrożenia porządku publicznego jest większa niż w czasie zamieszek z maja 1968 r., jak i tego, że większa jest również liczba ofiar i poszkodowanych w porównaniu z zajściami sprzed 50 lat, paryżanie z klasy średniej nie wycofali swojego poparcia dla protestujących. Może dlatego, że nigdy wcześniej w historii V Republiki pozycja klasy średniej nie chwiała się tak bardzo, nigdy jej szeregi nie zostały tak mocno przerzedzone i nigdy zagrożenie deklasacją i biedą nie było tak realne jak dziś. Dziś nowa Francja znowu pokazuje światu sens idei, która zrodziła się w dawnej Francji, w czasach konfliktów społecznych targających nią w XIX w. – sens idei solidarności. Paryż płonie, ponieważ w imię interesu powszechnego odrzucił egoizm sytych i zadowolonych i wybrał solidarność ze słabszymi. Lud – jak kiedyś frondyści, sankiuloci, komunardzi – wyszedł na scenę i przemówił sam, bez pośredników i przywódców.

Jest to nie tylko kryzys społeczny i polityczny, świadczący o wyczerpaniu się dotychczasowej formuły regulowania konfliktów i kreowania konsensu przez system partyjny, ale także kryzys państwa, które nie wywiązało się z roli uczciwego arbitra zróżnicowanych, mniej lub bardziej usprawiedliwionych i kolidujących ze sobą interesów społecznych. Trudno sobie wyobrazić sytuację, by bez radykalnych zmian obecny kryzys mógł zostać zażegnany i by Francuzi szybko wrócili do codziennego życia, jakby nic się nie stało. Rewolucja we Francji stała się faktem i nie zaczęła się trzy tygodnie temu od protestu „żółtych kamizelek”. To tylko jeden z jej skutków. Porządek społeczny we Francji został wywrócony, gdy narzucono jej obce wzorce kulturowe regulujące sferę stosunków gospodarczych. Bez odpowiedzi pozostają pytania, czym była rozgrywająca się na naszych oczach ostatnia jej faza i co po niej zostanie. Czy to jednorazowy akt zniszczenia i przejściowe wyładowanie emocji przed powrotem neoliberalnej normalizacji, czy czeka nas seria paroksyzmów i wybuchów przemocy zwiastujących zgon dawnego ustroju? Czy może z chaosu wyłonią się nowa jakość, nowy porządek i nowa konstytucja?

Fot. Starface Photo/East News

Wydanie: 50/2018

Kategorie: Świat

Komentarze

  1. GG
    GG 5 stycznia, 2019, 09:05

    Bardzo rzeczowa analiza.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy