Ocieplanie wizerunku globalisty

Ocieplanie wizerunku globalisty

Reelekcja Emmanuela Macrona przynosi ulgę Europie.

Francji – niekoniecznie

Wieczór wyborczy 24 kwietnia minął bez większych emocji. Ostatnie sondaże przed drugą turą zgodnie dawały urzędującemu prezydentowi kilkanaście punktów procentowych przewagi nad Marine

Le Pen, katastrofa zdawała się niemożliwa. Le Pen słabo wypadła w wielkiej przedwyborczej debacie, nieudolnie próbując przedstawić się lewicowemu elektoratowi w roli adwokatki sprawiedliwości społecznej. Macron z kolei emanował spokojem, pewnością siebie i tym, czym uwiódł Francuzów już pięć lat temu – wielkimi ideami, planami nowej, silniejszej Francji przewodzącej nowej, silniejszej Europie. I rzeczywiście obyło się bez dramatu, kordon sanitarny zadziałał. Atak skrajnej prawicy został ponownie odparty – w jej obecnej formie być może nawet raz na zawsze. Le Pen bowiem, jak zauważa Gilles Paris z „Le Monde”, zdradza oznaki znużenia wielką polityką, wydaje się też świadoma, że nie przebije swojego szklanego sufitu. Na więcej niż tegoroczne 41,5% trudno jej będzie liczyć, nawet jeśli niebezpodstawne jest założenie, że elektorat skrajnej prawicy we Francji mógłby być jeszcze szerszy. Macron zostaje więc w Pałacu Elizejskim na kolejne pięciolecie. Co to oznacza?

Ogólnoprawicowy sojusz na czerwiec

Na razie – bardzo duże wyzwanie. Obrona samej prezydentury była ważna, ale pełnego komfortu sprawowania rządów Macronowi nie zapewni. Do tego będzie potrzebował funkcjonalnej większości w parlamencie, która pozwoli mu powołać gabinet. Wybory parlamentarne już 12 i 19 czerwca, a wstępne sondaże pokazują, że ugrupowanie prezydenta, La République en Marche, na samodzielną większość nie ma szans. Opublikowany już po drugiej turze sondaż instytutu Harris Interactive wskazuje, że jedyny scenariusz kończący się triumfem Macrona zakłada jego koalicję z pozostałymi partiami centroprawicy, w tym kompletnie zdemolowanymi Republikanami. Ich kandydatka, Valérie Pécresse, w pierwszej turze wypadła katastrofalnie, zdobywając zaledwie 4,8% głosów. Jej strategia, oparta na łączeniu ognia z wodą, czyli neokonserwatywnej doktryny ekonomicznej Macrona ze społecznym radykalizmem Le Pen, przyniosła fiasko.

Pécresse liczyła, że znajdzie niszę między dwójką najsilniejszych kandydatów, a zamiast tego zniechęciła do siebie resztki tradycyjnego republikańskiego elektoratu. Widać to było zresztą w drugiej turze – przeszło dwa razy więcej wyborców, którzy poparli ją 10 kwietnia, zagłosowało potem na Macrona niż na Le Pen. Szanse, by na powrót wsparli Republikanów, są nikłe, bo sama Pécresse nie ma zdolności mobilizującej, a innego przywódcy na horyzoncie nie widać. W zakulisowych rozmowach jeszcze przed pierwszą rundą wielu prawicowców szeptało co prawda, że pod względem programowym idealnym kandydatem republikańskiej prawicy byłby ekspremier François Fillon, lecz obciążają go skandale korupcyjne i obyczajowe z ostatnich lat, a wyborcy republikańscy są akurat bardzo pryncypialni. Wszystkie te analizy prowadzą zatem do wniosku, że z punktu widzenia politycznych pogrobowców Pécresse alians z Macronem jest nie tyle korzystny, ile niezbędny. Nie znaczy to jednak, że zawrą go za bezcen. Negocjacje nie będą łatwe, obóz prezydencki zostanie zapewne zmuszony do zaoferowania tek ministerialnych albo przynajmniej stanowisk kierowniczych w komisjach parlamentarnych. Symulacje Harris Interactive pokazują, że opłaci się to obu stronom. Ogólnoprawicowy sojusz mógłby liczyć na 326, a nawet 366 mandatów w 577-osobowym Zgromadzeniu Narodowym.

Mélenchon nie oddaje pola

Odpuścić nie zamierzają też pozostali rywale. Jean-Luc Mélenchon zapowiedział już wprawdzie, że w kolejnych wyborach prezydenckich startować nie planuje, ale ma ambicję przekuć sukces z pierwszej tury (21,95% głosów) w znaczącą liczbę współpracowników, których wprowadzi w czerwcu do parlamentu. Jego elektorat wydaje się – obok wyborców Macrona – najbardziej skonsolidowany. W drugiej turze większość zwolenników lewicy została w domach, transfer w kierunku Le Pen (na który ona sama bardzo liczyła) był znikomy. Ten wynik wiele mówi o Mélenchonie, a więc człowieku z jednej strony doświadczonym (ponad pół wieku aktywnej działalności politycznej), z drugiej – będącym nowicjuszem na tak wysokim szczeblu. Mélenchon zdecydowaną większość kariery spędził na niższych szczeblach partyjnych, będąc raczej ulicznym żołnierzem i zaangażowanym działaczem niż przedstawicielem lewicowego establishmentu. Zmobilizowanie prawie 22% głosujących i triumf w grupie wiekowej 18-28 lat w pierwszej rundzie opisują kandydata charyzmatycznego, świeżego, zdolnego zbudować poparcie wokół własnej osoby, a nie partyjnej etykietki – zupełnie tak, jak od pięciu lat robi to Macron.

Nie można przecież zapominać, że choć Mélenchon reprezentuje idee socjalistyczne, to z Partią Socjalistyczną nie ma nic wspólnego, jej szeregi opuścił 14 lat temu. Przez chwilę flirtował potem z komunistami, ale ten związek rozpadł się równie szybko, jak został zawiązany. Mélenchon to lewicowy wolny strzelec, a na głęboką wodę wypłynął dopiero przy poprzednich wyborach. W wywiadach podkreślał, jak wielkim wysiłkiem było zbudowanie szerokiego ruchu wokół jego kandydatury. Udało się, bo – jak pokazują badania elektoratów – doskonale czuje puls młodego pokolenia. Według sondażu Ipsos sprzed pierwszej tury dla osób deklarujących poparcie dla Mélenchona najbardziej liczą się kwestie związane z ochroną środowiska (wskazało je 44% respondentów) i dostępem do usług publicznych (edukacja – 16%, służba zdrowia – 33%). Większą wagę niż wyborcy któregokolwiek innego kandydata przywiązują oni też do kwestii tożsamościowych, takich jak dyskryminacja mniejszości (3%). O tym mówił właśnie na wiecach Mélenchon, który w czerwcu postara się wprowadzić do parlamentu wiele nowych twarzy. Dla progresywnych Francuzów to szansa na nowe rozdanie na lewej stronie sceny politycznej. Mélenchon może sobie pozwolić na zerwanie z coraz słabszą, właściwie unicestwioną w wyborach lewicą materialistyczną i stworzenie ruchu odpowiadającego współczesnym wyzwaniom społeczno-politycznym. Pod patronatem (bo raczej nie przywództwem) Mélenchona rodzi się więc nowa siła, z którą Macron będzie musiał bardzo mocno się liczyć.

Jak przekonać do siebie Francuzów

Znacznie bardziej od ewentualnego lewicowego ekstremum martwić go powinna jednak niechęć Francuzów do polityki jako takiej. Od głosowania w drugiej rundzie wstrzymało się aż 28% zarejestrowanych wyborców, co jest we Francji najgorszym wynikiem od 1969 r. Z punktu widzenia krajów o tradycyjnie niskiej frekwencji wyborczej – np. Polski – i tak można go uznać za dobry, ale francuscy socjolodzy biją na alarm. Rywale z kolei podważają mandat Macrona. Jeśli bowiem wziąć pod uwagę wszystkich uprawnionych do głosowania obywateli, jego zwycięstwo wygląda już znacznie mniej imponująco – wybrany został poparciem jedynie 38,52%. Dosadnie skomentował to Jean-Luc Mélenchon, mówiąc, że „prezydentura Macrona przetrwała na morzu głosów nieoddanych i nieważnych”. Z jednej strony, być może jest to rzeczywiście niepokojący trend. Z drugiej – głosów nieważnych było w tym roku znacznie mniej niż pięć lat temu. Wtedy ta statystyka była rekordowa, aż 11,5% kart do głosowania było pustych lub źle wypełnionych. Teraz – 8,6%. Odczytywanie tego wskaźnika jest zawsze trudne, bo nie da się jednoznacznie stwierdzić, czy wyborca oddaje nieważny głos celowo, czy przez przypadek. Jeśli założyć świadomość działania przy urnie wyborczej, widać mniejszy gniew, wyrażany nieważnymi głosami. Sceptycy doszukają się tu jednak kroczącego kryzysu. Być może Francuzom nie chce się już nawet protestować, wolą po prostu zostać w domu.

Dlatego Macron będzie musiał podjąć dialog z wyborcami. Jego sztab w zakulisowych rozmowach z dziennikarzami zapewniał, że w drugiej kadencji wizerunek prezydenta zostanie złagodzony, poddany „uludowieniu”. Rozpisywał się o tym chociażby „New York Times”. Ale co innego zapowiadać zmianę, a co innego – wprowadzić ją w życie. Zdjąć z Macrona etykietkę elitarnego globalisty nie będzie łatwo, on sam zresztą nie wydaje się do tego pomysłu przekonany. Jeszcze w niedzielę popełnił pierwszą gafę. Zaraz po zwycięstwie, zamiast wyjść do sztabowców, wspólnie cieszyć się z wyborcami, niemal natychmiast udał się do La Lanterne, rezydencji prezydenckiej w Wersalu. Dziennikarzom rzucił tylko, że potrzebuje „momentu intymności”. Po raz kolejny wyszedł więc na aroganta, który ani myśli bratać się z plebsem. A bez wyzbycia się tej maniery może mu być ciężko rządzić.

Prezydent w kleszczach ekstremów

Najmłodsi tym razem poparli Macrona stanowczo, ale eksperci przestrzegają przed hurraoptymizmem. Zagłosowało na niego 59% wyborców w wieku 18-24 lata. Lepsze poparcie miał jedynie w grupie 65+, gdzie zdobył aż trzy czwarte głosów. Paradoksalnie, jak zauważają eksperci Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR), obie te grupy mają silny wspólny mianownik – proeuropejskość. Młodzi studenci mocno popierają wizję Francji silnie zakorzenionej w zjednoczonej Europie, bo odczuwają jej bezpośrednie konsekwencje. Starszych natomiast, mówiąc wprost, udało się nastraszyć powrotem faszyzmu. Wielu z nich nosi w sobie osobistą albo rodzinną traumę II wojny światowej, dla nich Le Pen ucieleśniała demony sprzed 80 lat. Jej poparcie dla Putina udało się sztabowcom Macrona ograć jako reinkarnację marszałka Pétaina, zakochanego w Hitlerze i jego ludobójczych planach. Pośrodku jednak czai się ryzyko. W pozostałych grupach wiekowych poparcie dla Macrona i Le Pen rozłożyło się prawie równo. I nie jest to zjawisko dziwne, bo nawet nierówności społeczne, główny czynnik różnicujący decyzję wyborczą, odczuwa się w życiu dopiero na pewnym etapie. Odzwierciedla to zresztą mapa wyników wyborów. Macron wygrał w dużych miastach, na bogatym zachodzie i południu. Robotnicza północ, część Masywu Centralnego i terytoria zamorskie padły łupem Le Pen. W niektórych okręgach kandydatka Zjednoczenia Narodowego wygrała nawet w stosunku 60 do 40. Macron będzie musiał zbudować pomost między społecznym wykluczeniem a swoją technokratyczną wizją rządzenia krajem. Jak zauważa cytowany przez France24 Mathieu Gallard z francuskiego oddziału sondażowni Ipsos, w polityce Macrona muszą pojawić się emocje. I to emocje dotyczące innych spraw niż te wielkie, europejskie, pod francuskim przywództwem.

Krótko mówiąc, największym wyzwaniem dla Emmanuela Macrona będzie wytłumaczenie sporej części Francuzów (ale też wielu osobom za granicą), o co mu chodzi w polityce. Najczęściej wymienianą jego cechą, w zależności od kontekstu uznawaną za wadę albo zaletę, jest płynna tożsamość. Jak pisze Gilles Paris z „Le Monde”, warto więc zapytać, za czym Macron tak naprawdę się opowiada. Co popiera, przeciwko czemu protestuje? Odpowiedzi wbrew pozorom nie są oczywiste, również na forum europejskim. Pięć lat temu wejście do Pałacu Elizejskiego na czele ruchu społecznego, przy jednoczesnym zabiciu wielkich partii, uznano za jego wielki atut. Nie miał bagażu historycznego, nie niósł na plecach żadnej wielkiej ideologii. W codziennym rządzeniu aparat partyjny i zwierająca szyki ideologia czasami jednak okazują się przydatne. Bez nich trudno się określić, zostaje się na zawsze w centrum, tracąc mocno w wyniku polaryzacji. A to właśnie ona jest teraz zjawiskiem najsilniej definiującym francuskie społeczeństwo. Środek wciąż jeszcze jest tam relatywnie duży i silny, na pewno silniejszy niż w wielu innych państwach europejskich, ale biorą go w kleszcze dwa ekstrema, które w najbliższych latach raczej na sile nie stracą. Macrona w wersji płynnej polaryzacja może zabić, w najlepszym razie – skutecznie utrudnić mu rządzenie. To samo może się wydarzyć na forum międzynarodowym. Plany reformy Zjednoczonej Europy muszą wreszcie się skonkretyzować, a francuski stempel na nich – być bardziej rozpoznawalny. Większość komentatorów, od amerykańskich z „New York Timesa” i CNN, przez brukselskich z Politico, po krajowych, jest więc zgodna. Macron musi zacząć rysować siebie grubszą kreską. Stać się bardziej wyrazisty. Być może będzie go to kosztowało trochę głosów w rdzennym elektoracie, być może straci na świeżości. Zyska jednak wyraźny rys, swego rodzaju pancerz. A w pancerzu, jak wiadomo, łatwiej się bronić przed atakami.

Fot.  AFP/East News

Wydanie: 19/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy