Partia w Partii Pracy

Partia w Partii Pracy

Ruch Momentum zmienia oblicze laburzystów

Momentum to oddolny ruch, zainicjowany w 2015 r. w celu wsparcia wyboru Jeremy’ego Corbyna na lidera Partii Pracy. Przyciągnął przede wszystkim ludzi poruszających się wcześniej na marginesie polityki – na ogół w socjalistycznych partiach politycznych, związkach zawodowych i na skraju lewego skrzydła laburzystów. Dziś organizacja, w którą się przerodził, zrzesza przeszło 40 tys. członków (to więcej niż cała Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa), ma przedstawicieli w Narodowym Komitecie Wykonawczym laburzystów, trzęsie ich polityką i jest koszmarem dla konserwatystów, których władzę coraz mocniej podkopuje, a także dla umiarkowanych laburzystów. Tych ostatnich denerwuje najbardziej. Zagraża bowiem ich stanowiskom i wpisuje idee socjalistyczne w pomysł na Wielką Brytanię. „Dwa i pół roku po objęciu stanowiska pozycja pana Corbyna jest mocna jak nigdy wcześniej”, pisze „The Economist”.

Rok wcześniej, kiedy laburzyści szykowali się do parlamentarnej kampanii wyborczej, Partia Pracy była bardzo słaba. Corbyn od samego początku miał pod górkę. Szczególnie dużo problemów sprawiał mu klub parlamentarny, którego członkowie starali się zrobić, co się da, by usunąć lidera ze stanowiska. Ostra walka wewnątrz Partii Pracy, a jeszcze bardziej obrzucanie się na zewnątrz błotem przez jej polityków zniechęcały wyborców, więc sondaże zapowiadały wyborczą klęskę. W związku z tym próbowano Corbyna usunąć, by – jak mówiono – ratować Labour Party. Pomogło mu m.in. Momentum, które zorganizowało kampanię wsparcia, po czym ogólnokrajowe głosowanie laburzyści wprawdzie przegrali, ale osiągnęli wynik dużo lepszy od oczekiwanego. Jednocześnie wybuchło na Wyspach coś, o czym komentatorzy mówią corbynmania. Wnioski z kampanii wyciągnięto więc dwa. Pierwszy taki, że zwrot w lewo i Corbyn przyciągają ludzi. Drugi, że jeżeli Partia Pracy ma wygrać z torysami, musi najpierw poradzić sobie ze szkodzącymi jej podziałami.

Wymiana kadr

– Zeszłoroczne wybory parlamentarne pokazały siłę naszego ruchu, kiedy jesteśmy zjednoczeni w sprzeciwianiu się nieudanym i szkodliwym politykom tego rządu oraz przekonywaniu do prawdziwej zmiany w interesie wielu wspólnot w Wielkiej Brytanii – mówiła tuż po wyborze na nową sekretarz generalną partii Jennie Formby ze związku zawodowego Unite. Formby, będąca kandydatką wspieraną przez Corbyna, zastąpiła na stanowisku Iaina McNicola, który sprawował tę funkcję przez wiele lat, ale zrezygnował w lutym tego roku na skutek nacisków partyjnej lewicy.

Jej rywalem był Jon Lansman, założyciel Momentum, który jednak wycofał się w ostatniej chwili z walki o to stanowisko. Wcześniej wraz z dwiema innymi osobami wspieranymi przez tę organizację wszedł do Narodowego Komitetu Wykonawczego, który kieruje pracami laburzystów. Sposób działania jest charakterystyczny dla założonej przez niego organizacji. Corbynici bowiem mocno wzięli sobie do serca potrzebę jedności i postanowili do niej doprowadzić, zmieniając charakter Partii Pracy i w praktyce ją przejmując. Narzucają laburzystom swoje poglądy, a tych, którzy nie chcą się podporządkować nowej linii, starają się wymieniać na takich, dla których jest ona czymś oczywistym. 40-tysięczna, zaangażowana partia wewnątrz partii daje sporo możliwości oddziaływania na politykę kadrową na wszystkich szczeblach.

Przykładem może być Iain McNicol, a podobne można wskazać na różnych poziomach zarządzania partią oraz w samorządach. Choćby w londyńskim Haringey, gdzie w zeszłym roku doszło do głośnego konfliktu związanego z przekazaniem działek deweloperowi. Decyzja, która była bardzo niepopularna wśród okolicznych mieszkańców i spotkała się z ich ogromnym oporem, wywołała spór wewnątrz Partii Pracy, która rządzi w dzielnicy. Po jednej stronie byli „starzy”, po drugiej – jak mówią Anglicy – twarda lewica. Odwołano się do liderów oraz członków partii i efekt jest taki, że 20 radnych – w tym przewodnicząca rady – nie wystartuje w kolejnych wyborach. W każdym razie nie z list laburzystów. Na nich znajdą się kandydaci związani z lewicą i Momentum.

Deselekcja kandydatów

Odbieranie człowiekowi miejsca na partyjnej liście nazywa się na Wyspach deselekcją. U laburzystów kandydatów na obieralne stanowiska zatwierdzają członkowie partii. Jeżeli ktoś traci ich poparcie, kończy zwykle kadencję, ale o kolejną nie ma już jak się ubiegać – decyduje się bowiem o jego deselekcji i na wolne miejsce wybiera kogoś, kto cieszy się takim poparciem. To właśnie spotkało radnych w Haringey oraz zauważalną liczbę innych polityków, co jest o tyle ważne, że w maju odbędą się na Wyspach wybory samorządowe. Wymiana przychodzi tym łatwiej, że ostatnie dwa lata to szalony wzrost liczby członków Partii Pracy, więc w wielu okręgach „nowi”, przyciągnięci przez zwrot w lewo, są grupą znacznie liczniejszą niż „starzy”.

Słowo deselekcja stało się zresztą także bardzo popularne w klubie parlamentarnym laburzystów, któremu od dawna jest bardzo nie po drodze z Corbynem i postulatami Momentum, a który składa się ze starych wyjadaczy pamiętających rządy Tony’ego Blaira i mających w głowie koncepcję trzeciej drogi. Rok temu próbowali oni zmienić lidera partii, co corbynici dobrze pamiętają i jako narzędzie dyscyplinujące wykorzystują groźbę odebrania możliwości kandydowania. Na razie jest to dość skuteczne i kiedy klub parlamentarny się nie zgadza z Corbynem, po prostu milczy.

Nie brakuje wprawdzie głosów, że możliwości Momentum są ograniczone i organizacja może działać skutecznie niemal wyłącznie w Londynie, ale niewielu jest chętnych, by to sprawdzać. Nic nie wpływa w końcu na polityka tak skutecznie jak groźba utraty stołka. Sama grupa jest świadoma swoich ograniczeń i stara się rozwijać działalność. Sięga np. po doświadczenia amerykańskiej kampanii Berniego Sandersa, której organizatorzy szkolili Anglików. Stara się działać u podstaw. Zdecydowano chociażby o zaangażowaniu się w prace banków żywności.

Ciekawostką jest uruchomienie aplikacji pozwalających koordynować pracę aktywistów. Jedna z nich umożliwia dogrywanie tzw. carpoolingu, czyli wspólnych przejazdów samochodowych na wydarzenia, które odbywają się w odległych regionach kraju. To się przydaje, ponieważ jedną z najgłośniejszych i być może najważniejszą kampanią Momentum jest związana z brexitem akcja „Odzyskajmy kontrolę”. Polega ona na organizowaniu spotkań w miejscach, gdzie wyjście z Unii Europejskiej spotkało się z największym poparciem, i rozmowach z mieszkającymi tam ludźmi o tym, dlaczego podjęli taką decyzję i jakie są ich największe bolączki. Z jednej strony, jest to sposób dotarcia do nowego elektoratu. Z drugiej – działalność, która daje bezcenną wiedzę i buduje grupę.

Ale to niejedyny powód, dla którego działacze Momentum dużo podróżują po kraju. Innym jest zainaugurowana w zeszłym roku kampania „pozbawiania stołków” konserwatywnych posłów. Organizatorzy wybrali okręgi, w których ich przewaga nad kontrkandydatami była mała, i poświęcają szczególną uwagę temu, by wzmocnić tam Partię Pracy. W jednomandatowym brytyjskim systemie wyborczym takie działanie może być bardzo skuteczne.

Laburzyści z poparciem

Jakie efekty przynosi ich działalność oraz nowa linia Partii Pracy, przekonamy się bardzo szybko. Na maj są bowiem zaplanowane w Wielkiej Brytanii wybory samorządowe, o których mówi się, że mogą potwierdzić dobrą passę Labour Party, a także pogrzebać Theresę May. O pozbyciu się obecnej premier marzy bowiem wielu polityków jej własnej partii, którzy od pewnego czasu wykorzystują każdą okazję, by podkopać pozycję May. Szczególnie kłopotliwe są dla niej działania zwolenników pozostania w europejskiej wspólnocie, chcących, by parlament zagłosował nad wynegocjowanymi warunkami brexitu, a potrafią wspominać też o referendum.

Na razie wygląda na to, że laburzyści w maju sporo zyskają. Sondaże z ostatnich trzech miesięcy pokazują, że idą z torysami łeb w łeb i raz po raz wymieniają się z nimi niewielką przewagą, co jest najlepszym wynikiem od lat i w rzeczywistości oznacza przewagę, bo Partia Pracy ma naturalnego sojusznika, który dzieli z nią podstawy programu – Szkocką Partię Narodową. Rok temu na przełomie marca i kwietnia sondażowe wyniki pokazywały przewagę torysów 43% do 25%. Wzrost poparcia wynika m.in. z tego, że Corbynowi na razie udaje się zyskiwać jednocześnie u wielkomiejskiej młodzieży i w klasie pracującej z mniejszych miast, która głosowała za brexitem. Robi to, zabierając głos na ten temat tak rzadko, jak to tylko możliwe. Ci pierwsi oczekują bowiem jasnej deklaracji, że Labour powstrzyma brexit. Drudzy – zniechęceni do masowej imigracji z krajów A10, czyli tych, które 1 maja 2004 r. przystąpiły do UE – chcą ochrony rynku pracy przed napływem siły roboczej ze Wschodu.

Ale wśród powodów zmiany kluczowa jest także oddolna działalność grupy Momentum, która jest partią w partii. Co ciekawe, jeszcze niedawno relacje o jej postępach czytało się mniej więcej tak, jak się ogląda ten fragment „Żywotu Briana” Monty’ego Pythona, w którym Ludowy Front Judei spiera się z Judeańskim Frontem Ludowym, a także Frontem Popularnym. A to dlatego, że w organizacji spotykają się członkowie wszystkich niemal lewicowych i socjalistycznych ruchów w Wielkiej Brytanii, a te często charakteryzuje tendencja do sporów i rozrostu przez pączkowanie. Dziś jest to ruch, który nadaje ton dyskusjom w kraju i może zdecydować o wyborczej wygranej. – Wyborcy Partii Pracy, nowi członkowie, grupa Momentum itd. Jeżeli partia ma jakąś poważną przyszłość, to moim zdaniem jest ona właśnie tam – mówił w zeszłym roku Noam Chomsky.

Wydanie: 16/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy