Znikający biali studenci

Znikający biali studenci

Amerykańscy mężczyźni omijają uniwersytety coraz szerszym łukiem

Korespondencja z USA

W drugiej połowie stycznia na uczelniach w USA rozpoczął się wiosenny semestr. 60% powracającej do ławek lub przed ekrany komputerów „uniwersyteckiej braci” będą stanowiły kobiety. Brzmi to dziwacznie, zwłaszcza po polsku, w takim razie powinniśmy mówić o raczej „uniwersyteckich siostrach”. Okazuje się, że nie jest to jednak największe kuriozum związane z edukacją wyższą

w USA. W grupie znikających mężczyzn jest bowiem podgrupa znikająca szczególnie wyraźnie: biali mężczyźni. Według danych organizacji National Student Clearinghouse, zajmującej się badaniami i statystyką edukacji wyższej, włączając w to kampusy online, na studiach jest dzisiaj o cały milion mniej białych studentów płci męskiej niż pięć lat temu. Pandemia tylko przyśpieszyła ten odpływ. W roku 2020/2021 podania na studia złożyło o 1,5 mln kandydatów mniej niż rok wcześniej, a zmniejszenie liczby aplikacji białych mężczyzn odpowiadało aż za 71% ogólnego spadku. O co chodzi?

Jak stracić marzenia

Tolland Cunningham to szkolny kolega mojej starszej córki. Bystry, zdolny chłopak, przez całe liceum snuł śmiałe plany podboju świata z dyplomem chirurga w kieszeni. Medycyna odgrywała w jego planach kluczową rolę, bo kilka lat wcześniej jego matka padła ofiarą konowała i przez zwykłą kontuzję kolana straciła pół nogi. Leczenie zrujnowało rodzinny budżet, zakończyło również małżeństwo rodziców. Chłopak został przy matce inwalidce, z nim dwóch młodszych braci. Pracował już od początku liceum, żeby dokładać się do domowego budżetu. Z ocenami na świadectwie licealnym nie było najlepiej, bo łączenie pracy w niemal pełnym wymiarze godzin z regularną szkołą wymaga ofiary, ale wystarczyło, by dostał się do college’u na południu Kolorado. Dochód rodziny przekraczał próg kwalifikujący go do redukcji czesnego, przeciętne świadectwo niwelowało szanse na stypendium za wyniki w nauce, a kolor jego skóry – na jakąkolwiek inną zapomogę z racji pochodzenia. Jedyne, co pozostało, to pożyczka, bo studia w USA, nawet na uczelniach publicznych, kosztują dziś tyle, że niemożliwe jest równolegle zarabiać na nie, nawet pracując na pełen etat.

Po roku żonglerki nauką, pracą, długami i kłopotami ze zdrowiem – nadwyrężony organizm zaczął się buntować – Tolland podjął niełatwą decyzję, że musi odłożyć marzenia o lekarskim kitlu. Może nie na zawsze. Na razie pracuje. Uważa się nawet za szczęściarza, bo warsztat samochodowy z czasem zmienił na sklep ze sprzętem dla rowerzystów. Po godzinach reperuje klientom rowery, a czasem i auta, prywatnie w ich domach. Gdy rozmawiamy przez sklepową ladę, Tolland zarzeka się, że kocha swoją pracę, ale temat studiów pozostaje bolesnym odciskiem. Wie, że dyplom uczelni mimo wszystko otwiera przed człowiekiem więcej drzwi. Osoba po studiach zarobi w ciągu zawodowego życia co najmniej milion dolarów więcej niż ten, kto skończył tylko liceum.

Niestety, Tolland nie widzi dla siebie innej ścieżki. Gdy człowiek ma poczucie, że jest sam przeciwko światu, a chciałby w końcu kupić matce lepszą protezę, pakowanie się w długi nie wydaje się dobrym pomysłem.

Jak wytrzeć się feminizmem

Ten przykład doskonale eksponuje dwa najważniejsze czynniki odpowiedzialne za decyzje młodych Amerykanów w sprawie studiów. Oba natury ekonomicznej. Z jednej strony, to astronomiczne koszty edukacji wyższej. Czesne za studia wzrosło w Ameryce w ostatniej dekadzie o 150% na uczelniach prywatnych – ich średni koszt to dzisiaj 44 tys. dol. rocznie, i o ponad 200% na uczelniach publicznych – ze średnim kosztem 28 tys. dol. rocznie (USA Today, wrzesień 2021). Pensje w tym samym okresie wzrosły tylko o 37% (Bureau of Labor Statistics, 2020). Z drugiej strony – kurczące się zaplecze finansowe w rodzinie, statystycznie biedniejszej dziś nawet do 30% niż 20 lat temu (Rand Corporation, 2021).

Ameryka nie byłaby jednak sobą, gdyby nie próbowała szukać wyjaśnień omawianego zjawiska w sferze ideologicznej i kulturowej. Okazało się, że największym „winnym” jest podobno… feminizm. Zanim zaczniemy krzyczeć, posłuchajmy, o co chodzi.

Po pierwsze, o postawę reprezentowaną przez amerykańską szkołę, liderkę walki o równouprawnienie. Nie żałuje się tam czasu ani nakładów na to, by kształtować w dziewczynkach przeświadczenie, że mogą i mają prawo osiągnąć wszystko. Postawa godna pochwały, tylko że odbyło się to (i odbywa do dziś) kosztem chłopców. Inwestując w dziewczynki, publiczna szkoła zapomniała o chłopcach, zwłaszcza białych (dzieci kolorowe mają w systemie oddzielne miejsce), tworząc klimat, w którym ich potrzeby stały się irytującym balastem, a funduszy, by coś zrobić, brak.

Z kolei według części ekspertów i lekarzy, zapanowała też moda na pacyfikowanie normalnej chłopięcej dynamiki i żywotności diagnozami zaburzeń behawioralnych i psychicznych leczonych dziś głównie farmakologicznie. – W przeszłości wobec ucznia, który nie mógł wysiedzieć na miejscu, stosowaliśmy kary i nagany. Dziś dajemy mu lek, a jego zachowanie nazywamy chorobą, albo ją kryminalizując, albo usprawiedliwiając. Niestety, leki nie pozostają bez wpływu na organizm, zwłaszcza młody. Ceną jest kształtowanie się specyficznej postawy leczonego dziecka. Młodzi mężczyźni nie idą potem na studia, bo wątpią, czy sobie poradzą, skoro wcześniej w szkole mieli kłopoty – twierdzi specjalista od ADHD, psychiatra i autor poradników Joel Nigg z Oregon Health and Science University.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 4/2022, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Shutterstock

Wydanie: 4/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy