Krucjata przeciwko obywatelom

Krucjata przeciwko obywatelom

Organizacje pozarządowe mają problemy w całej Europie

Kryzys trzeciego sektora rozlewa się po całej Europie, przybiera też na sile w krajach rozwijających się. Rządzącym aktywne społeczeństwo nie jest do niczego potrzebne. Dążenie do monopolizacji władzy stoi w opozycji do czegokolwiek, co „obywatelskie” i „pozarządowe”.

Prekursorem ograniczania swobody działalności organizacji pozarządowych był gabinet Viktora Orbána. Najpierw atakował pojedyncze instytucje, np. znany na świecie kolektyw teatralny Krétakör, nawiązujący w przedstawieniach do patologii węgierskich elit politycznych (m.in. w takich tytułach jak „Korupcja” i „Partia”). Krétakör miał najpierw coraz większe problemy ze znalezieniem sal, w których mógłby wystawiać spektakle, potem media przestały wspominać o jego sztukach, aż wreszcie władza zadała ostateczny cios – niespodziewany audyt finansów kolektywu wykazał wyłudzenia podatku VAT, co skończyło się wysoką karą finansową.

Od indywidualnych wycieczek Orbán przeszedł do ofensywy systemowej. W 2011 r. przeforsował w parlamencie nową wersję ustawy o działalności organizacji non profit, radykalnie zmieniając zasady ich finansowania. Nowe prawo przemianowało agencję odpowiedzialną za dystrybucję grantów i dotacji z Państwowego Programu Obywatelskiego na Państwowy Program Współpracy (w domyśle – z rządem Orbána). O ile wcześniej dwie trzecie składu głównej komisji programu stanowili działacze i przedstawiciele organizacji pozarządowych, o tyle po nowelizacji dwie trzecie członków komisji stanowią urzędnicy wskazani przez rząd. Łatwo też się domyślić, że choć oficjalnie ustawa była poprzedzona konsultacjami eksperckimi i społecznymi, do prac nad nią nie dopuszczono żadnego liczącego się przedstawiciela trzeciego sektora.

Ograniczenie niezależności działań i odcięcie od państwowych dotacji spowodowało, że jedynymi źródłami finansowania tamtejszych organizacji pozarządowych, które pozostawały wolne od wpływów Orbána, były granty Norweskiej Fundacji Pomocowej (NCTA), tworzącej triumwirat z rządami Liechtensteinu i Islandii. Jednak i nad tymi pieniędzmi Orbán chciał przejąć kontrolę. Mógł to zrobić jednak tylko post factum, a więc już po ich wydaniu. Dlatego połączone siły MSW i administracji skarbowej dokonały nalotów i przeszukań w siedzibach i mieszkaniach liderów 58 organizacji pozarządowych. Oskarżono ich o malwersacje finansowe z udziałem zagranicznych donatorów, wśród których rzekomo miały się znajdywać m.in. Ernst&Young czy Europejski Mechanizm Finansowy. Dowody były w większości przypadków mocno naciągane, lecz nie przeszkodziło to Orbánowi mówić o służeniu zagranicznym interesom i rozsadzaniu Węgier od środka.
Im dalej na południe Europy, tym gorsza sytuacja. W Serbii pieniądze na funkcjonowanie mają niemal wyłącznie organizacje otwarcie prorosyjskie. W Turcji bycie aktywistą niezależnej od rządu organizacji jest po ostatnim zamachu stanu praktycznie niemożliwe – niemal wszystkie ciała instytucjonalne, które zajmowały się krzewieniem kultury i aktywności obywatelskiej czy ochroną praw człowieka, zostały rozwiązane, a ich członkowie zapełniają więzienia w całym kraju. Problem w tym, że działania Orbána czy Erdoğana szkodzą nie tylko ludziom aktywnym politycznie. Na Węgrzech naloty fiskalne najbardziej uderzyły m.in. w organizacje pomagające dzieciom z zespołem Downa czy szkoły integracyjne, w Turcji prześladowania po zamachach doprowadziły do zamknięcia wielu organizacji religijnych prowadzących jadłodajnie czy przytułki dla starszych lub bezdomnych. Dla populistycznych polityków zdaje się to nie mieć większego znaczenia – wszystko, czego nie są w stanie wcielić do struktury swoich rządów, może przecież się stać zalążkiem liberalnej rewolucji.

Kryzys trzeciego sektora ma jednak dużo poważniejsze konsekwencje pośrednie. Wiele z tych organizacji zrzesza bowiem wybitnych ekspertów i gromadzi dane na temat tych obszarów społeczeństwa, które wymykają się obserwacjom administracji państwowej. Poza tym zapewniają alternatywne źródło analiz kluczowych tematów. Wszystko to wydaje się teraz kompletnie niepotrzebne – parafrazując wypowiedź byłego ministra sprawiedliwości Wielkiej Brytanii Michaela Gove’a, współcześni wyborcy coraz częściej mają dość ekspertów mówiących im, co mają robić. Dlatego dzisiejsi populistyczni liderzy twierdzą, że oddają władzę w ręce ludu. Faktycznie zaś robią coś odwrotnego, a zapłaci za to sam lud.

Wydanie: 47/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy