Tag "TikTok"

Powrót na stronę główną
Kraj

Podrobiony horyzont

Według NASK TikTok może zacierać fakty niewygodne dla Chin

Czy TikTok pokazuje użytkownikom rzeczywistość, czy raczej jej starannie wyselekcjonowaną wersję? Na to pytanie próbowali odpowiedzieć eksperci Ośrodka Analizy Dezinformacji NASK, którzy prześledzili niemal 10 tys. materiałów dotyczących sześciu tematów szczególnie drażliwych dla władz w Pekinie. Badacze wcielili się w rolę nowych użytkowników platformy, pozbawionych historii wyszukiwań i wcześniejszych preferencji, by sprawdzić, jaki obraz Chin otrzymują na starcie. Celem było ustalenie, czy algorytm prezentuje neutralne informacje, czy też subtelnie kieruje odbiorców ku określonym narracjom.

Analitycy Ośrodka Analizy Dezinformacji przez trzy miesiące sprawdzali, jakie treści na TikToku trafiają do osób rozpoczynających korzystanie z platformy. Zakładając sześć nowych kont, przeanalizowali materiały w języku polskim i angielskim dotyczące najważniejszych tematów związanych z polityką Chin, takich jak sytuacja Ujgurów w Sinciangu, Tybet, Tiananmen, Tajwan czy prawa człowieka. Wnioski z badania znalazły się w raporcie „Manipulacja algorytmami: Chiny w oczach polskich użytkowników platformy TikTok”, zaprezentowanym 21 lipca.

– Zdecydowaliśmy się na badanie metodą „podróży użytkownika”, ponieważ chcieliśmy zobaczyć TikToka dokładnie tak, jak widzi go zwykły internauta. Nie interesowały nas deklaracje platformy, lecz treści, które faktycznie rekomenduje w odpowiedzi na konkretne zapytania – mówi Patrycja Krzyśpiak, analityczka Ośrodka Analizy Dezinformacji NASK i współautorka badania.

Grunt to elastyczność

– Wnioski z badania pokazują, że TikTok stosuje odmienne strategie doboru treści w zależności od tematu. Nie chodzi jednak wyłącznie o działanie jednego algorytmu. To pytanie o to, kto i w jaki sposób kształtuje obraz świata, który oglądają miliony użytkowników – podkreśla Antoni Mazek, analityk OAD, również współautor raportu.

Najwyraźniej było to widać w przypadku Sinciangu. To tu badacze odnotowali największy udział treści przedstawiających Chiny w korzystnym świetle – niemal 59% analizowanych materiałów miało charakter prochiński. W rekomendowanych filmach region jawił się jako nowoczesna, spokojna i dynamicznie rozwijająca się część kraju, w której Ujgurzy żyją w harmonii i dobrobycie. Obraz ten budowały przede wszystkim relacje podróżnicze oraz materiały influencerów przekonujących, że pokazują odbiorcom „prawdziwe Chiny”, odmienne od tych przedstawianych przez zachodnie media.

Podobną tendencję zaobserwowano w treściach dotyczących Tybetu (44,5%) i praw człowieka w Chinach, gdzie materiały prochińskie stanowiły 35% analizowanych wyników. Inaczej wyglądała sytuacja w przypadku masakry na Placu Tiananmen. Co ciekawe, tu dominowały treści krytyczne wobec władz Chin – 76,6% zasobów. Zdaniem badaczy może to być przykład wentylu bezpieczeństwa – strategii mającej tworzyć wrażenie swobody wypowiedzi i pluralizmu opinii.

W przypadku Tajwanu przeważały treści neutralne (92%). Dominowały ciekawostki,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Dlaczego wszyscy jedzą sardynki?

#sardinegirlsummer nowy kulinarny symbol lata

Globalny bum na zdrową żywność trwa. I nic nie wskazuje na to, by szybko ustał. Po bananach, kurkumie, nasionach chia, komosie ryżowej, fermentowanych warzywach, jagodach goji i jarmużu swoje pięć minut mają sardynki. Wiralowy trend #sardinegirlsummer sprawił, że sardynka stała się obowiązkowym symbolem dla wszystkich, którzy chcą być na bieżąco z modą. Ryba ta pojawia się wszędzie. Znajdziemy ją na torbach, koszulkach, ręcznikach, talerzach i kubkach. Stała się nawet popularna jako… tatuaż.

W wielu krajach w nadmorskich restauracjach świata pieczona makrela czy dorsz bywają podawane zgodnie z najnowszym trendem – na talerzach z wizerunkiem… sardynek! Google donosi, że liczba wyszukiwań haseł „sardynki” i „post sardynkowy” wzrosła w ostatnich kilku miesiącach o 5000%!

Tego lata moda na skromnie wyglądającą sardynkę i sardynofilia wydają się osiągać szczyty.

Smak i zdrowie – czego chcieć więcej?

W porównaniu z innymi nacjami ryb jemy zdecydowanie za mało. Statystyki pokazują, że szczególnie rzadko sięgamy po sardynki. W Polsce ryby te stanowią jedynie ułamek procenta krajowego spożycia. Statystyczny Polak zjada rocznie ok. 13 kg wszystkich ryb, z czego zdecydowaną większość stanowią gatunki takie jak śledź, łosoś i dorsz.

Tymczasem sardynki to wyjątkowy mariaż smaku i walorów zdrowotnych. Prawie zawsze z cytryną, nierzadko z czosnkiem, kaparami, piklami, musztardą, koperkiem, pietruszką lub oliwkami czy papryczkami – żeby były bardziej pikantne. Pojawiają się jako pasztety. Z makaronem. W sałatce. Na mniej lub bardziej wymyślnej kanapce. Jeśli ktoś lubi ryby czy owoce morza, raczej mało prawdopodobne, by nie polubił sardynek. Jeśli my polubimy sardynki, nasz organizm polubi je jeszcze bardziej.

Sardynki mają sporo witaminy D i B12. To ważne witaminy – bez nich nasz organizm nie mógłby normalnie funkcjonować. Niedobór witaminy D powoduje bóle kości, stawów, podnosi ryzyko wystąpienia cukrzycy, a nawet depresji.

Jedząc sardynki w całości, czyli z ich delikatnymi, jadalnymi ośćmi, dostarczamy organizmowi imponującą dawkę łatwo przyswajalnego wapnia. W 100 g sardynek znajdziemy ok. 382 mg wapnia, a to niemal 40% dziennego zapotrzebowania. To z kolei pierwiastek niezbędny do utrzymania prawidłowej gęstości mineralnej kości, skutecznie zapobiega osteoporozie zarówno u osób starszych, jak i dzieci.

Z kolei badania naukowców z Harvardu wykazały,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Z wieców na TikToka

Jak cyfrowa rozrywka zastępuje poważną debatę o państwie

Dzisiejsza rzeczywistość medialna zmusza polityków do przedefiniowania sposobów przekazu. By dotarł do najmłodszego pokolenia wyborców, musi on zostać drastycznie zmodyfikowany. Bezlitosnym liderem tej transformacji stał się TikTok. Jako nowa platforma komunikacyjna przeistoczył on polityka oficjela w aktora internetowych wygłupów, trendów i absurdalnych memów.

Polityka jako rozrywka?

Wirtualna przestrzeń zalana jest karykaturalnymi porównaniami: od kreowania Adriana Zandberga na potężnego, rudego wikinga czy Duńczyka, przez zestawianie Władysława Kosiniaka-Kamysza z Baszarem al-Asadem, aż po Joannę Senyszyn władającą galaktykami w nawiązaniu do Palpatine’a – postaci ze „Star Wars” – gdzie słynne czerwone korale polityczki symbolizują podbite układy gwiezdne. Oficjalne profile największych partii – Prawa i Sprawiedliwości oraz Koalicji Obywatelskiej – toczą regularne bitwy na „śmieszne” filmiki, w których merytoryka schodzi na daleki plan. Gdy PiS publikuje wizerunek zaspanego Donalda Tuska ze złowieszczym podpisem: „Taktyczny niszczyciel Polski na podtrzymanie passy”, wzbogacony o efekty eksplozji i ognia, sekcja komentarzy pęka w szwach od zachwytów młodzieży: „podwyżka dla administratora”, „kocham to konto”. Z kolei konto KO odpowiada trendem: „Idź, pogadaj z wujkiem, on nie jest taki straszny”, pokazując przerysowane, dynamicznie edytowane selfie Karola Nawrockiego z poszerzonymi oczami, co generuje prawie 28 tys. polubień i identyczne komentarze w stylu: „kocham to konto”. Nawet tak podniosłe wydarzenia jak orędzie prezydenta RP stają się materiałem wykorzystywanym w żartach, gdy internauci podkładają pod nie głos mężczyzny opowiadającego o pączkach. W komentarzach natychmiast wyrastają nowe rebusy, jak choćby zdjęcie Donalda Tuska z napisem „obrazek + mnie to”, co w młodzieżowym slangu wprost oznacza nazwanie premiera „ch*jem”.

Ta rewolucja nie jest wyłącznie dziełem przypadku, jest efektem głębokich zmian technologicznych i algorytmicznych, które szczegółowo opisuje raport fundacji CEE Digital Democracy Watch „The Hidden Power of TikTok LIVE in Poland” opublikowany 19 marca 2026 r. Jak wskazują autorzy badania, TikTok stał się trzecią najpopularniejszą platformą społecznościową w Polsce. Ponad 50% Polaków korzysta z tej aplikacji przynajmniej raz w tygodniu, a 42% robi to jeszcze częściej. Co kluczowe dla dynamiki publicznej debaty, aplikacja ta ma w Polsce gigantyczną bazę ponad 2 mln użytkowników w wieku od 7-14 lat. Jednocześnie niemal taki sam wynik notuje w grupie wiekowej 60-75 lat. Badacze zwracają uwagę na zjawisko tzw. podwójnej podatności (ang. dual vulnerability). Najmłodsi użytkownicy padają ofiarą manipulacji ze względu na wciąż ograniczony krytycyzm i kompetencje medialne, z kolei osoby starsze gubią się w świecie zaawansowanych technik cyfrowych,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Cyfrowa pułapka uwagi

Naukowcy wyjaśnili, dlaczego nie możemy przestać scrollować. Tak, dotyczy to również dorosłych

„Jeszcze tylko chwilę” – to jedno ze zdań najczęściej powtarzanych przez użytkowników smartfonów. Z pozoru niewinne sięgnięcie po telefon potrafi zamienić się w kilkadziesiąt minut bezrefleksyjnego przeglądania treści. W debacie publicznej wciąż jednak dominuje uproszczone pytanie: ile czasu spędzamy przed ekranem? Tymczasem – jak pokazują badania – dużo ważniejsze jest, co robimy i w jakich okolicznościach.

Mit czasu przed ekranem

Przez lata wszystkie aktywności cyfrowe traktowano jako zjawisko jednorodne. Ale godzina wideorozmowy, nauki języka czy pracy znacząco różni się od bezmyślnego scrollowania. Liczenie, ile czasu spędziliśmy przed ekranem, jest więc bezcelowe. Dziwnym trafem producenci telefonów komórkowych ostatnio promują właśnie tę funkcję, niby dla zdrowia użytkowników. Badacze z Uniwersytetu Stanowego w Pensylwanii przekonują, że kluczowe jest zestawienie kilku czynników: co dokładnie robimy, w jakiej porze dnia, jaka jest struktura treści i jaki poziom naszego zaangażowania w nie oraz nasz stan po odłożeniu komórki. Dopiero analiza tych wszystkich czynników pozwala ocenić, czy technologia jest dla nas wsparciem, czy stała się problemem.

Współczesne technologie stworzone są po to, abyśmy nieustannie do nich wracali lub nie mogli się od nich oderwać. Naukowcy zauważyli, że przeciętny dorosły użytkownik smartfona potrafi w ciągu dnia sprawdzać aplikację e-mail bez wyraźnej potrzeby – robi to mimo braku powiadomień o nowych wiadomościach. Kompulsywne sprawdzanie poczty to jednak tylko echo strategii projektowania współczesnych aplikacji.

To przez media społecznościowe nauczyliśmy się ciągłego sprawdzania powiadomień i aktualności.

Jednym z najważniejszych elementów współczesnych platform jest tzw. nieskończone przewijanie treści. To mechanizm, który eliminuje moment zatrzymania – kolejne treści pojawiają się automatycznie, a użytkownik zatraca się w potoku filmików. Oglądający tracą „punkt odniesienia”. Mamy złudzenie,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Ucieczka z sociali

Europejska odpowiedź na amerykańskie platformy

Wszyscy straszą nas TikTokiem i chińskim praniem mózgu. W dużym stopniu jest to uzasadnione. A jednocześnie wygodne dla pozostałych platform społecznościowych, które podobnie jak ta chińska wcale nie działają w interesie Europejczyków. Problem w tym, że większość użytkowników nawet nie wie, jak algorytmy wpływają na ich życie. Europa w obliczu prezydentury Trumpa dopiero zaczęła dostrzegać konieczność uniezależnienia się od amerykańskich big techów.

Hegemonia

Supremacja amerykańskich platform społecznościowych jest niezaprzeczalna. Facebook gromadzi 3,06 mld użytkowników miesięcznie, z czego 2,11 mld korzysta z serwisu każdego dnia. W Polsce z tego medium korzysta 25,54 mln użytkowników. Najważniejszą platformą w Europie jest Instagram, który odnotowuje szybki wzrost. Według danych firmy Meta, właściciela Facebooka i Instagramu, od stycznia do czerwca 2025 r. ten drugi urósł o 6,17%, podczas gdy pierwszy zaledwie o 0,65%. Nad Wisłą mamy 18,6 mln użytkowników Instagramu. Na świecie po niecałych 15 latach działania platforma przekroczyła 3 mld odwiedzających miesięcznie.

Z badania Mediapanel wynika, że tylko w grudniu 2025 r. przeciętny użytkownik FB spędził na nim prawie 18 godzin. Z IG internauci korzystali średnio 5 godzin i 56 minut. Obie platformy bije na głowę TikTok, z którego korzysta ok. 16 mln polskich internautów. Użytkownicy chińskiej platformy spędzają na niej średnio 22,5 godziny. Dużą popularnością cieszy się również X, czyli dawny Twitter, z 6,5 mln polskich użytkowników. Poświęcają temu serwisowi średnio godzinę i 43 minuty.

Przeciętny użytkownik nie widzi jednak, jak na jego codzienność wpływają algorytmy, które rządzą platformami. Twórcy cyfrowi najczęściej ślepo podążają za trendami proponowanymi przez platformy. W internecie rządzi emocja, która daje lepsze zasięgi. Niektórych twórców można posądzić o złą wolę, lecz większość bardziej niż konsekwencjami społecznymi przejmuje się zasięgami. Jeśli lepiej chwyta przekaz antyunijny, influencerzy idą w to, bo temat dobrze się klika.

Mark Zuckerberg, szef Mety, na początku 2025 r. zapowiedział, że kończy współpracę z zewnętrznymi weryfikatorami faktów. Zarzucił im m.in. „zbytnią stronniczość polityczną”. Jednocześnie zapowiedział system podobny do tego, który jest wykorzystywany w serwisie X, gdzie o wartości danej treści decydują użytkownicy. Tymczasem X od momentu przejęcia przez Elona Muska stał się rozsadnikiem fake newsów. Nieważne są fakty, liczy się zgodność z poglądami właściciela serwisu. „Wreszcie miliarderzy od mediów społecznościowych przestają udawać, że ich produkty mają cokolwiek wspólnego z mediami”, skomentował po zapowiedziach Zuckerberga Bartosz Węglarczyk, redaktor naczelny Onetu.

Zuckerberg ma z mediami na pieńku od lat. W 2021 r. zablokował użytkownikom z Australii możliwość dzielenia się linkami do serwisów informacyjnych i stron rządowych, a nawet do prognozy pogody. Było to pokłosie tworzonej wtedy ustawy, która miała nakazać big techom płacenie za korzystanie z wiadomości z portali informacyjnych. Podkreślmy,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kto opodatkuje big techy

Czas zapłacić podatki od gigantycznych dochodów

Używając słynnego, choć wyświechtanego powiedzenia, można stwierdzić, że w amerykańskiej polityce ogon macha psem. Tyle że nie bardzo już wiadomo, kto jest w tej metaforze ogonem, a kto psem. Mowa o coraz bardziej symbiotycznej relacji pomiędzy tamtejszymi koncernami technologicznymi a rządem federalnym. Wbrew obiegowej opinii giganci z Doliny Krzemowej nigdy nie byli specjalnie odlegli od Waszyngtonu, bo od początku istnienia takich firm jak Facebook (potem Meta) czy OpenAI wisiało nad nimi widmo regulacji, a nawet rozczłonkowania. Dziś mało kto może o tym pamięta, ale przecież przed wyborami prezydenckimi w 2020 r. jedną z głównych kandydatek do nominacji w Partii Demokratycznej była senator Elizabeth Warren, idąca do Białego Domu pod hasłem „Break Up Big Tech”, czyli podzielenia koncernów technologicznych na mniejsze spółki w celu przywrócenia w tym sektorze gospodarki chociaż śladowej, a dzisiaj nieistniejącej konkurencji rynkowej.

O ile jednak wcześniej waszyngtońskie elity próbowały zachować przynajmniej pozory kontroli nad Doliną Krzemową, w obecnej administracji mamy do czynienia z hołdem lennym. Do tego stopnia, że nie wiadomo, kto decyduje i o czym. Świat z prędkością światła obiegło zdjęcie z ubiegłorocznej inauguracji drugiej prezydentury Donalda Trumpa, gdzie obok siebie stali Mark Zuckerberg, Jeff Bezos, Elon Musk i szef Google’a Sundar Pichai, wszyscy gotowi do pełnej współpracy z nową władzą. Żeby jednak zrozumieć naturę relacji tych ludzi i ich firm z Donaldem Trumpem, trzeba się przyjrzeć współczesnym relacjom państwa z prywatnymi korporacjami. To pomoże odpowiedzieć na pytanie, czy gdziekolwiek na świecie aparat państwowy ma szansę taką relację zdominować.

Europa pod ostrzałem

O tym, że centrum władzy w życiu politycznym przechodzi z sektora publicznego do prywatnego, mówił w wykładzie inaugurującym rok akademicki na Uniwersytecie Stanforda brytyjski historyk prof. Timothy Garton Ash. Przypomniał wówczas, że dawniej w czasach kryzysu szefowie największych amerykańskich koncernów przemysłowych pielgrzymowali po rozwiązania do Waszyngtonu, a teraz kierunek pielgrzymki z reguły jest odwrotny. To decydenci polityczni proszą ludzi z Doliny Krzemowej o znalezienie rozwiązania problemu dezinformacji w czasie pandemii koronawirusa, przełamanie paraliżu inwestycji infrastrukturalnych, przeprowadzenie zielonej rewolucji energetycznej czy, jak obecnie, o wygraną w globalnym wyścigu po sztuczną superinteligencję.

Ten argument w opublikowanej dwa lata temu książce „The Tech Coup” rozwinęła Marietje Schaake, była holenderska europosłanka, dzisiaj również wykładowczyni na Stanfordzie. Główną tezą jej książki jest założenie, że w dzisiejszych czasach suwerenność „wypływa”

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Mycie mózgów młodym Australijczykom

Media społecznościowe zakazane dla nastolatków

14-letnia Amy z Sydney zaczęła korzystać ze Snapchata, gdy miała 12 lat. Po szkole pisała do przyjaciół, wysyłała im „snapa”, by zachować „streak”. Streaki to cecha aplikacji Snapchat uważana za bardzo uzależniającą – nakłania parę użytkowników do wysyłania sobie codziennie co najmniej jednego zdjęcia lub filmiku. Nagrodą za trzydniowy streak jest emotka ognia, za sto dni – „100”, a za tysiącdniową serię specjalne trofeum.

10 grudnia 2025 r. Amy, podobnie jak większość australijskich nastolatków poniżej 16. roku życia, obudziła się bez dostępu do aplikacji. W pierwszych dniach obowiązywania nowego prawa, zabraniającego małoletnim korzystania z wybranych mediów społecznościowych, odczuwała skutki odstawienia mediów online, od których była uzależniona. Wiedziała, że nie może korzystać ze Snapchata, ale z przyzwyczajenia co rano otwierała aplikację, by zobaczyć kolejny raz, że konto zostało zablokowane. Opisała to w swoim dzienniku opublikowanym przez portal BBC. Czwartego dnia Amy zauważyła, że, owszem, jest jej smutno, ponieważ nie może wysłać snapa przyjaciołom, ale przecież piszą do siebie na innych platformach. Po jeszcze kilku dniach, mając więcej czasu dla siebie, spróbowała biegania. Po miesiącu zauważyła, że jej nawyki się zmieniają. Zwykle po wejściu w Snapchata, którego włączała kilka razy dziennie, sprawdzała też TikToka i Instagram – traciła poczucie czasu i, jak napisała, „dawała się złapać algorytmowi”.

Już tego nie robi. Po telefon sięga wtedy, kiedy czegoś bardzo potrzebuje. 14-latka twierdzi, że czuje się wolna po raz pierwszy od lat.

Australia mówi dość

Australijski parlament przegłosował nowe prawo rok wcześniej, jako jedną z regulacji funkcjonowania big techów (inne dotyczą m.in. obowiązku dzielenia się z autorami treści dziennikarskich zyskiem z reklam). Decyzja Canberry jest odpowiedzią na narastające problemy z cyberprzemocą, groomingiem (podstępnym nawiązywaniem więzi emocjonalnej, zaprzyjaźnianiem się z dzieckiem, by wykorzystać je seksualnie) oraz negatywnym wpływem social mediów na zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży.

Firmy technologiczne miały rok, by do zmiany zasad się przygotować. Rząd zobowiązał je do podjęcia „racjonalnych kroków” mających uniemożliwić młodym ludziom poniżej 16. roku życia zakładanie nowych kont na portalach społecznościowych i zablokować dostęp do kont utworzonych wcześniej. Na początek prawo objęło 10 platform: Facebook, Instagram, TikTok, YouTube, Kick, Reddit, Snapchat, Threads, Twitch i X. Na pozostałe przyjdzie kolej.

Australia jest pierwszym krajem, który odmawia uchylenia zakazu za zgodą rodziców – wraz z wyższym limitem wieku czyni to jej prawo najsurowszym na świecie. Za poważne lub powtarzające się jego naruszenia firmom technologicznym grożą niemałe kary finansowe, sięgające 49,5 mln dol. australijskich, czyli ok. 33 mln dol. amerykańskich. Nie dość jednak wysokie, bo, jak powiedział agencji Australian Associated Press były dyrektor wykonawczy Facebooka Stephen Scheeler, „zarobienie 50 mln dol. zajmuje Mecie (właścicielowi Facebooka i Instagrama – przyp. autorka) godzinę i 52 minuty”. Rodzice i dzieci nie będą karani za naruszenie zakazu.

Badania, które zlecił rząd australijski, wykazały, że 96% dzieci w wieku 10-15 lat korzysta z mediów społecznościowych, a siedmioro na dziesięcioro jest narażonych na szkodliwe treści, w tym materiały mizoginiczne i brutalne, a także treści promujące zaburzenia odżywiania i samobójstwa. Co siódmy ankietowany zgłosił,

z.muszynska@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Krok w przyszłość Ameryki

Burmistrz Nowego Jorku – koszmar Donalda Trumpa

Tak naprawdę w tym zwycięstwie nie ma niczego dziwnego, trudno je nazwać niespodzianką. Zohran Mamdani, 34-letni socjalista urodzony w Kampali, syn profesora antropologii na Uniwersytecie Columbia i znanej reżyserki, autorki „Monsunowego wesela” i laureatki nagród na najważniejszych festiwalach filmowych, nie za bardzo miał jak przegrać głosowanie na burmistrza. Nowy Jork jest prawdopodobnie jeszcze bardziej niż inne metropolie w USA bastionem progresywizmu, liberalną wyspą na coraz większym morzu konserwatywnych okręgów wyborczych. W dodatku ma bardzo wymieszaną etnicznie i rasowo populację, co daje efekt normalizujący. Wystarczająco dużo pokoleń wychowało się w zróżnicowanych społecznościach, żeby burmistrz o obco brzmiącym nazwisku nie wywoływał w nowojorczykach większych emocji.

Nawet biorąc pod uwagę fakt, że republikanie (lub to, co z nich zostało po przejęciu tej formacji przez ruch MAGA) rządzą wszędzie na poziomie federalnym – od prezydenta, przez obie izby Kongresu, po Sąd Najwyższy – zwycięstwo prawicowego kandydata w Nowym Jorku od początku było nierealną fantazją. Wprawdzie w szranki stanął Curtis Sliwa, potomek polskich imigrantów, prezentujący się publicznie dość groteskowo w czerwonym berecie o militarystycznej estetyce, ale w tych wyborach odgrywał raczej rolę osobliwości. Osobliwe też okazało się jego poparcie – nie wygrał w żadnej dzielnicy, w skali miasta poparło go 7,1% wyborców.

Miasto się nie zawali

Dość szybko kampania nabrała więc charakteru referendalnego. Nie był to wybór pomiędzy Mamdanim a jego głównym rywalem Andrew Cuomo, byłym gubernatorem obciążonym zarzutami o molestowanie i ukrywanie części zgonów w czasie pandemii koronawirusa, tylko głosowanie za lub przeciw ostatecznemu zwycięzcy. Potwierdził to zresztą sam Cuomo, którego na finiszu kampanii poparł prezydent Donald Trump. Pytany o nieproszone wsparcie z Białego Domu Cuomo wyjaśniał, że Trump „wcale go nie popiera”, tylko radzi „głosować przeciwko Mamdaniemu, którego uważa za komunistę i egzystencjalne zagrożenie dla Nowego Jorku”. Były nowojorski gubernator zaraz dodawał, że dla niego rywal „nie jest komunistą, a jedynie socjalistą”. Zgadzał się jednak z prezydentem co do egzystencjalnej natury zagrożenia płynącego z ewentualnego zwycięstwa przeciwnika.

Cóż, od ogłoszenia oficjalnych wyników do oddania tego tekstu do redakcji minęło trochę czasu, a Nowy Jork stoi, jak stał. I nic nie wskazuje na to, żeby miał się spektakularnie zawalić. Oczywiście różne frakcje funkcjonujące w ramach szerokiego parasola, jakim od miesięcy jest ruch MAGA, pompują propagandę o nieuchronnym upadku miasta – z bardzo odmiennych powodów.

Racjonalizujący rzeczywistość komentatorzy gospodarczy wskazują, że sztandarowe pomysły Mamdaniego, czyli wprowadzenie miejskich sklepów spożywczych, darmowa komunikacja miejska i podniesienie CIT do 12,5% (co byłoby po prostu zrównaniem stawki z New Jersey leżącym po drugiej stronie rzeki Hudson), doprowadzą miasto na skraj bankructwa, wystraszą bogatych, wywołają exodus inwestorów, nie mówiąc o wpisanym w amerykańską tożsamość narodową lęku przed komunizmem (często mylonym z usługami publicznymi).

Owszem, są to pozycje programowe, które będą wymagały zmian ordynacji podatkowej, zwiększenia niektórych wydatków i reorganizacji finansów miasta, ale ponieważ Nowy Jork staje się miejscem nie do życia, zbyt drogim, by mieszkali tam rdzenni nowojorczycy, coś trzeba było zrobić. Cuomo, a wcześniej odchodzący burmistrz Eric Adams, nie mówiąc już o Sliwie, w kwestiach gospodarczych oferowali co najwyżej pudrowanie status quo. Pomijając już to, że od chwili, gdy Mamdani wygrał prawybory na kandydata demokratów na burmistrza, pojawiło się tyle samo analiz zapowiadających bankructwo miasta, co tekstów mówiących, że pomysły te są jak najbardziej ekonomicznie realne.

Do tego dochodzi oczywiście fala internetowego rasizmu, zebrana pod zbiorczą tezą, że „Nowy Jork już upadł”. Tuż po wyborach magazyn „Wired” opublikował tekst podsumowujący reakcje co bardziej fanatycznych postaci z uniwersum MAGA na triumf Mamdaniego.

Laura Loomer, popularna na amerykańskiej prawicy zwolenniczka teorii spiskowych, mająca spory wpływ nawet na politykę personalną Białego Domu, napisała w portalu X, że „Mamdani będzie zachęcał innych muzułmanów do popełniania zbrodni motywowanych politycznie”. Matt Walsh, znany prawicowy podcaster oraz apologeta faszyzmu i antysemityzmu, pokusił się nawet o stwierdzenie, że „komunista z Trzeciego Świata został burmistrzem Nowego Jorku, bo Nowy Jork jest miastem Trzeciego Świata”.

Generacyjna zmiana warty

A mimo to Mamdani wygrał, i to bez większych problemów. Wyborcze zwycięstwo było jednak łatwiejszą częścią potyczki politycznej. Trudne może się okazać przetrwanie na stanowisku, gdy Trump otwarcie zapowiada, że zrobi wszystko, by nowojorczykom żyło się gorzej. Biały Dom już zaanonsował rewizję wszystkich inwestycji infrastrukturalnych na terenie miasta, które przynajmniej częściowo są wspierane przez rząd federalny. Prezydent USA nawet nie ukrywa, że chce własne miasto zamienić w piekło na ziemi

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

TikTok walczy o prawdę?

Chińska platforma, oskarżana do niedawna o polityczny zamordyzm, dzięki akcji usuwania milionów fałszywek chce się przeistoczyć w obrońcę prawdy w sieci

TikTok, pierwotnie znany pod nazwą Douyin, został wprowadzony na rynek we wrześniu 2016 r. przez chiński koncern ByteDance. Początkowo platforma kierowała ofertę wyłącznie do użytkowników w Chinach. Szybko jednak stała się aplikacją globalną, jedną z najczęściej pobieranych na świecie. Kojarzona jest z krótkimi filmikami, niemal zawsze w formacie pionowym, które użytkownicy mogą łatwo edytować. Równie łatwo dodawać też można do nich muzykę oraz – co powoduje obecnie najwięcej kłopotów – efekty specjalne i filtry.

Kto i jak korzysta z TikToka?

Dane wskazują, że aplikacja każdego miesiąca przyciąga ok. 2 mld aktywnych użytkowników. Te miliardy młodych ludzi doskonale wiedzą, że prowadzenie transmisji na żywo na TikToku to jedna z najbardziej dochodowych form monetyzacji. Podczas live’ów widzowie bowiem zachęcani sa do wpłacania e-napiwków, które można przekształcić w realne pieniądze.

Na terenie Unii Europejskiej najwięcej użytkowników aplikacja ma we Francji (24,7 mln), w Niemczech (22,8 mln), we Włoszech (21,6 mln) oraz w Hiszpanii (20,3 mln). Dużą popularnością cieszy się także w Polsce – korzysta z niej już ponad 13 mln osób.

Dzieje się tak, mimo że jeszcze niedawno wpływowy brytyjski „The Guardian” nie zostawiał na chińskiej aplikacji suchej nitki. Dziennik ujawnił, że moderatorzy platformy byli instruowani, by cenzurować filmy pokazujące krytyczne nastawienie wobec władz Chińskiej Republiki Ludowej. Tematami tabu były chociażby masakra na placu Tiananmen, kwestia niepodległości Tybetu czy działalność ruchu Falun Gong. Publikacje na ten temat były albo trwale usuwane, albo ograniczano ich zasięg.

Coraz więcej rządów różnych krajów zakazuje swoim urzędnikom dostępu do TikToka w obawie o bezpieczeństwo narodowe. Powodem do niepokoju były przypuszczenia, że aplikacja zbiera i wykorzystuje dane, manipuluje opinią publiczną lub ma możliwość prowadzenia innych szkodliwych działań.

Innym do niedawna istotnym problemem była kwestia ujawniania na platformie danych osobowych dzieci. W 2019 r. za tego typu działania w USA TikTok został obciążony karą w wysokości 5,7 mln dol.

Dziś takich oskarżeń słychać coraz mniej. Choć może się to wydać dziwne, TikTok usilnie pracuje nad tym, by być postrzegany jako coraz bardziej zagorzały obrońca zasad internetowej czystości i ustanowionych przez siebie reguł, które tak naprawdę dotyczą też innych, podobnych aplikacji.

Twórcy chińskiej platformy nawet w najczarniejszych snach nie przypuszczali jednak,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ciemna strona szkoły

Przemoc ze szkolnych korytarzy przeniosła się do sieci. Nastolatki hejtują się za pomocą specjalnych stron i aplikacji. W każdej szkole. Bez wyjątku

 

Poradnia Dziecko w sieci dla ofiar cyberprzemocy:

22 826 88 62

poradniadws@fdds.pl

 

Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży:

116 111

116111.pl

 

Bezpłatna i anonimowa pomoc telefoniczna i online dla rodziców i nauczycieli w sprawach bezpieczeństwa dzieci:

800 100 100

 

„Zabij się”, „Zrobimy ci pogrom Żydów w kiblu”, „Jebany pedale”. To tylko próbka hejterskich odzywek, które do niedawna można było przeczytać na instagramowej grupie Spotted założonej przez uczniów jednej z lepszych podstawówek w Polsce. Spotted to internetowa przestrzeń, w której anonimowo dzielono się zdaniem na dany temat, zadawano pytania czy wyrażano swoje poglądy. Narzędzie szybko zmieniło się w potężną broń do hejtowania rówieśników.

Dzisiaj każda szkoła ma swoje Spotted. Strony powstają w mediach społecznościowych z inicjatywy uczniów, a nie placówek. Specjaliści, w tym policjanci zajmujący się przemocą rówieśniczą, twierdzą, że każda szkoła ma swoją ciemną stronę. Co najgorsze, to wszystko dzieje się pod nosem rodziców i nauczycieli. Szkoły umywają ręce, bo chociaż grupy do hejtowania zawierają ich nazwy, to telefon należy do sfery prywatnej. Rozwiązywanie problemu pozostaje więc po stronie rodziców.

Hejt głęboko ukryty (ale tylko przed rodzicami)

– Trudno uwierzyć, że te cudowne, cukierkowe dziewczynki, które w szóstej klasie nadal noszą kucyki, tak ostro jadą z tematem na grupach Spotted. Trudno uwierzyć, że tak małe dzieci w ogóle znają taki kaliber wyzwisk. O istnieniu Spotted naszej szkoły i o tym, co tam się wyrabia, dowiedziałam się od jednej z matek. Przerażona wysłała mi screeny, na których anonimowi grupowicze namawiają jednego z uczniów do samobójstwa. Wszystko dzieje się na grupie, która nosi nazwę naszej szkoły – opowiada matka 12-letniej Aliny.

Grupy Spotted są dziś powszechne. Mają je zarówno szkoły średnie, jak i podstawówki. W wielu przypadkach w tej patologii uczestniczą nawet najmłodsi uczniowie, którzy dopiero co zaczęli naukę. Spotted prowadzone są przez anonimowych administratorów, których bardzo trudno namierzyć. Sytuację utrudnia fakt, że wszystko dzieje się na platformach społecznościowych należących do zagranicznego kapitału. Jeśli już rodzice zgłoszą hejt na takiej grupie, policja ma bardzo ograniczone pole działania, bo serwery są prywatne i znajdują się poza Polską. Słowem, Mark Zuckerberg musi się zgodzić na to, aby dzieci przestały się nawzajem dręczyć.

O grupach wiedzą oczywiście uczniowie, część nauczycieli i niewielu rodziców. W cyklicznym badaniu, które przeprowadza Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa (NASK), „Nastolatki 3.0”, co piąty uczeń i uczennica deklarują, że doświadczyli przemocy w internecie, jednocześnie aż 75% rodziców twierdzi, że takie zjawisko nigdy nie dotknęło ich dzieci. To duża rozbieżność, świadcząca o tym, że rodzice są mocni w gębie, ale z praktyką u nich słabiutko. 15% przyznaje, że nic nie wie o przemocy w internecie. Zorientowanych w temacie jest zaledwie 10%.

Szkoła za słaba

 

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.