Tag "TikTok"
Dlaczego wszyscy jedzą sardynki?
#sardinegirlsummer nowy kulinarny symbol lata
Globalny bum na zdrową żywność trwa. I nic nie wskazuje na to, by szybko ustał. Po bananach, kurkumie, nasionach chia, komosie ryżowej, fermentowanych warzywach, jagodach goji i jarmużu swoje pięć minut mają sardynki. Wiralowy trend #sardinegirlsummer sprawił, że sardynka stała się obowiązkowym symbolem dla wszystkich, którzy chcą być na bieżąco z modą. Ryba ta pojawia się wszędzie. Znajdziemy ją na torbach, koszulkach, ręcznikach, talerzach i kubkach. Stała się nawet popularna jako… tatuaż.
W wielu krajach w nadmorskich restauracjach świata pieczona makrela czy dorsz bywają podawane zgodnie z najnowszym trendem – na talerzach z wizerunkiem… sardynek! Google donosi, że liczba wyszukiwań haseł „sardynki” i „post sardynkowy” wzrosła w ostatnich kilku miesiącach o 5000%!
Tego lata moda na skromnie wyglądającą sardynkę i sardynofilia wydają się osiągać szczyty.
Smak i zdrowie – czego chcieć więcej?
W porównaniu z innymi nacjami ryb jemy zdecydowanie za mało. Statystyki pokazują, że szczególnie rzadko sięgamy po sardynki. W Polsce ryby te stanowią jedynie ułamek procenta krajowego spożycia. Statystyczny Polak zjada rocznie ok. 13 kg wszystkich ryb, z czego zdecydowaną większość stanowią gatunki takie jak śledź, łosoś i dorsz.
Tymczasem sardynki to wyjątkowy mariaż smaku i walorów zdrowotnych. Prawie zawsze z cytryną, nierzadko z czosnkiem, kaparami, piklami, musztardą, koperkiem, pietruszką lub oliwkami czy papryczkami – żeby były bardziej pikantne. Pojawiają się jako pasztety. Z makaronem. W sałatce. Na mniej lub bardziej wymyślnej kanapce. Jeśli ktoś lubi ryby czy owoce morza, raczej mało prawdopodobne, by nie polubił sardynek. Jeśli my polubimy sardynki, nasz organizm polubi je jeszcze bardziej.
Sardynki mają sporo witaminy D i B12. To ważne witaminy – bez nich nasz organizm nie mógłby normalnie funkcjonować. Niedobór witaminy D powoduje bóle kości, stawów, podnosi ryzyko wystąpienia cukrzycy, a nawet depresji.
Jedząc sardynki w całości, czyli z ich delikatnymi, jadalnymi ośćmi, dostarczamy organizmowi imponującą dawkę łatwo przyswajalnego wapnia. W 100 g sardynek znajdziemy ok. 382 mg wapnia, a to niemal 40% dziennego zapotrzebowania. To z kolei pierwiastek niezbędny do utrzymania prawidłowej gęstości mineralnej kości, skutecznie zapobiega osteoporozie zarówno u osób starszych, jak i dzieci.
Z kolei badania naukowców z Harvardu wykazały,
Krok w przyszłość Ameryki
Burmistrz Nowego Jorku – koszmar Donalda Trumpa
Tak naprawdę w tym zwycięstwie nie ma niczego dziwnego, trudno je nazwać niespodzianką. Zohran Mamdani, 34-letni socjalista urodzony w Kampali, syn profesora antropologii na Uniwersytecie Columbia i znanej reżyserki, autorki „Monsunowego wesela” i laureatki nagród na najważniejszych festiwalach filmowych, nie za bardzo miał jak przegrać głosowanie na burmistrza. Nowy Jork jest prawdopodobnie jeszcze bardziej niż inne metropolie w USA bastionem progresywizmu, liberalną wyspą na coraz większym morzu konserwatywnych okręgów wyborczych. W dodatku ma bardzo wymieszaną etnicznie i rasowo populację, co daje efekt normalizujący. Wystarczająco dużo pokoleń wychowało się w zróżnicowanych społecznościach, żeby burmistrz o obco brzmiącym nazwisku nie wywoływał w nowojorczykach większych emocji.
Nawet biorąc pod uwagę fakt, że republikanie (lub to, co z nich zostało po przejęciu tej formacji przez ruch MAGA) rządzą wszędzie na poziomie federalnym – od prezydenta, przez obie izby Kongresu, po Sąd Najwyższy – zwycięstwo prawicowego kandydata w Nowym Jorku od początku było nierealną fantazją. Wprawdzie w szranki stanął Curtis Sliwa, potomek polskich imigrantów, prezentujący się publicznie dość groteskowo w czerwonym berecie o militarystycznej estetyce, ale w tych wyborach odgrywał raczej rolę osobliwości. Osobliwe też okazało się jego poparcie – nie wygrał w żadnej dzielnicy, w skali miasta poparło go 7,1% wyborców.
Miasto się nie zawali
Dość szybko kampania nabrała więc charakteru referendalnego. Nie był to wybór pomiędzy Mamdanim a jego głównym rywalem Andrew Cuomo, byłym gubernatorem obciążonym zarzutami o molestowanie i ukrywanie części zgonów w czasie pandemii koronawirusa, tylko głosowanie za lub przeciw ostatecznemu zwycięzcy. Potwierdził to zresztą sam Cuomo, którego na finiszu kampanii poparł prezydent Donald Trump. Pytany o nieproszone wsparcie z Białego Domu Cuomo wyjaśniał, że Trump „wcale go nie popiera”, tylko radzi „głosować przeciwko Mamdaniemu, którego uważa za komunistę i egzystencjalne zagrożenie dla Nowego Jorku”. Były nowojorski gubernator zaraz dodawał, że dla niego rywal „nie jest komunistą, a jedynie socjalistą”. Zgadzał się jednak z prezydentem co do egzystencjalnej natury zagrożenia płynącego z ewentualnego zwycięstwa przeciwnika.
Cóż, od ogłoszenia oficjalnych wyników do oddania tego tekstu do redakcji minęło trochę czasu, a Nowy Jork stoi, jak stał. I nic nie wskazuje na to, żeby miał się spektakularnie zawalić. Oczywiście różne frakcje funkcjonujące w ramach szerokiego parasola, jakim od miesięcy jest ruch MAGA, pompują propagandę o nieuchronnym upadku miasta – z bardzo odmiennych powodów.
Racjonalizujący rzeczywistość komentatorzy gospodarczy wskazują, że sztandarowe pomysły Mamdaniego, czyli wprowadzenie miejskich sklepów spożywczych, darmowa komunikacja miejska i podniesienie CIT do 12,5% (co byłoby po prostu zrównaniem stawki z New Jersey leżącym po drugiej stronie rzeki Hudson), doprowadzą miasto na skraj bankructwa, wystraszą bogatych, wywołają exodus inwestorów, nie mówiąc o wpisanym w amerykańską tożsamość narodową lęku przed komunizmem (często mylonym z usługami publicznymi).
Owszem, są to pozycje programowe, które będą wymagały zmian ordynacji podatkowej, zwiększenia niektórych wydatków i reorganizacji finansów miasta, ale ponieważ Nowy Jork staje się miejscem nie do życia, zbyt drogim, by mieszkali tam rdzenni nowojorczycy, coś trzeba było zrobić. Cuomo, a wcześniej odchodzący burmistrz Eric Adams, nie mówiąc już o Sliwie, w kwestiach gospodarczych oferowali co najwyżej pudrowanie status quo. Pomijając już to, że od chwili, gdy Mamdani wygrał prawybory na kandydata demokratów na burmistrza, pojawiło się tyle samo analiz zapowiadających bankructwo miasta, co tekstów mówiących, że pomysły te są jak najbardziej ekonomicznie realne.
Do tego dochodzi oczywiście fala internetowego rasizmu, zebrana pod zbiorczą tezą, że „Nowy Jork już upadł”. Tuż po wyborach magazyn „Wired” opublikował tekst podsumowujący reakcje co bardziej fanatycznych postaci z uniwersum MAGA na triumf Mamdaniego.
Laura Loomer, popularna na amerykańskiej prawicy zwolenniczka teorii spiskowych, mająca spory wpływ nawet na politykę personalną Białego Domu, napisała w portalu X, że „Mamdani będzie zachęcał innych muzułmanów do popełniania zbrodni motywowanych politycznie”. Matt Walsh, znany prawicowy podcaster oraz apologeta faszyzmu i antysemityzmu, pokusił się nawet o stwierdzenie, że „komunista z Trzeciego Świata został burmistrzem Nowego Jorku, bo Nowy Jork jest miastem Trzeciego Świata”.
Generacyjna zmiana warty
A mimo to Mamdani wygrał, i to bez większych problemów. Wyborcze zwycięstwo było jednak łatwiejszą częścią potyczki politycznej. Trudne może się okazać przetrwanie na stanowisku, gdy Trump otwarcie zapowiada, że zrobi wszystko, by nowojorczykom żyło się gorzej. Biały Dom już zaanonsował rewizję wszystkich inwestycji infrastrukturalnych na terenie miasta, które przynajmniej częściowo są wspierane przez rząd federalny. Prezydent USA nawet nie ukrywa, że chce własne miasto zamienić w piekło na ziemi
TikTok walczy o prawdę?
Chińska platforma, oskarżana do niedawna o polityczny zamordyzm, dzięki akcji usuwania milionów fałszywek chce się przeistoczyć w obrońcę prawdy w sieci
TikTok, pierwotnie znany pod nazwą Douyin, został wprowadzony na rynek we wrześniu 2016 r. przez chiński koncern ByteDance. Początkowo platforma kierowała ofertę wyłącznie do użytkowników w Chinach. Szybko jednak stała się aplikacją globalną, jedną z najczęściej pobieranych na świecie. Kojarzona jest z krótkimi filmikami, niemal zawsze w formacie pionowym, które użytkownicy mogą łatwo edytować. Równie łatwo dodawać też można do nich muzykę oraz – co powoduje obecnie najwięcej kłopotów – efekty specjalne i filtry.
Kto i jak korzysta z TikToka?
Dane wskazują, że aplikacja każdego miesiąca przyciąga ok. 2 mld aktywnych użytkowników. Te miliardy młodych ludzi doskonale wiedzą, że prowadzenie transmisji na żywo na TikToku to jedna z najbardziej dochodowych form monetyzacji. Podczas live’ów widzowie bowiem zachęcani sa do wpłacania e-napiwków, które można przekształcić w realne pieniądze.
Na terenie Unii Europejskiej najwięcej użytkowników aplikacja ma we Francji (24,7 mln), w Niemczech (22,8 mln), we Włoszech (21,6 mln) oraz w Hiszpanii (20,3 mln). Dużą popularnością cieszy się także w Polsce – korzysta z niej już ponad 13 mln osób.
Dzieje się tak, mimo że jeszcze niedawno wpływowy brytyjski „The Guardian” nie zostawiał na chińskiej aplikacji suchej nitki. Dziennik ujawnił, że moderatorzy platformy byli instruowani, by cenzurować filmy pokazujące krytyczne nastawienie wobec władz Chińskiej Republiki Ludowej. Tematami tabu były chociażby masakra na placu Tiananmen, kwestia niepodległości Tybetu czy działalność ruchu Falun Gong. Publikacje na ten temat były albo trwale usuwane, albo ograniczano ich zasięg.
Coraz więcej rządów różnych krajów zakazuje swoim urzędnikom dostępu do TikToka w obawie o bezpieczeństwo narodowe. Powodem do niepokoju były przypuszczenia, że aplikacja zbiera i wykorzystuje dane, manipuluje opinią publiczną lub ma możliwość prowadzenia innych szkodliwych działań.
Innym do niedawna istotnym problemem była kwestia ujawniania na platformie danych osobowych dzieci. W 2019 r. za tego typu działania w USA TikTok został obciążony karą w wysokości 5,7 mln dol.
Dziś takich oskarżeń słychać coraz mniej. Choć może się to wydać dziwne, TikTok usilnie pracuje nad tym, by być postrzegany jako coraz bardziej zagorzały obrońca zasad internetowej czystości i ustanowionych przez siebie reguł, które tak naprawdę dotyczą też innych, podobnych aplikacji.
Twórcy chińskiej platformy nawet w najczarniejszych snach nie przypuszczali jednak,
Ciemna strona szkoły
Przemoc ze szkolnych korytarzy przeniosła się do sieci. Nastolatki hejtują się za pomocą specjalnych stron i aplikacji. W każdej szkole. Bez wyjątku
Poradnia Dziecko w sieci dla ofiar cyberprzemocy:
22 826 88 62
poradniadws@fdds.pl
Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży:
116 111
116111.pl
Bezpłatna i anonimowa pomoc telefoniczna i online dla rodziców i nauczycieli w sprawach bezpieczeństwa dzieci:
800 100 100
„Zabij się”, „Zrobimy ci pogrom Żydów w kiblu”, „Jebany pedale”. To tylko próbka hejterskich odzywek, które do niedawna można było przeczytać na instagramowej grupie Spotted założonej przez uczniów jednej z lepszych podstawówek w Polsce. Spotted to internetowa przestrzeń, w której anonimowo dzielono się zdaniem na dany temat, zadawano pytania czy wyrażano swoje poglądy. Narzędzie szybko zmieniło się w potężną broń do hejtowania rówieśników.
Dzisiaj każda szkoła ma swoje Spotted. Strony powstają w mediach społecznościowych z inicjatywy uczniów, a nie placówek. Specjaliści, w tym policjanci zajmujący się przemocą rówieśniczą, twierdzą, że każda szkoła ma swoją ciemną stronę. Co najgorsze, to wszystko dzieje się pod nosem rodziców i nauczycieli. Szkoły umywają ręce, bo chociaż grupy do hejtowania zawierają ich nazwy, to telefon należy do sfery prywatnej. Rozwiązywanie problemu pozostaje więc po stronie rodziców.
Hejt głęboko ukryty (ale tylko przed rodzicami)
– Trudno uwierzyć, że te cudowne, cukierkowe dziewczynki, które w szóstej klasie nadal noszą kucyki, tak ostro jadą z tematem na grupach Spotted. Trudno uwierzyć, że tak małe dzieci w ogóle znają taki kaliber wyzwisk. O istnieniu Spotted naszej szkoły i o tym, co tam się wyrabia, dowiedziałam się od jednej z matek. Przerażona wysłała mi screeny, na których anonimowi grupowicze namawiają jednego z uczniów do samobójstwa. Wszystko dzieje się na grupie, która nosi nazwę naszej szkoły – opowiada matka 12-letniej Aliny.
Grupy Spotted są dziś powszechne. Mają je zarówno szkoły średnie, jak i podstawówki. W wielu przypadkach w tej patologii uczestniczą nawet najmłodsi uczniowie, którzy dopiero co zaczęli naukę. Spotted prowadzone są przez anonimowych administratorów, których bardzo trudno namierzyć. Sytuację utrudnia fakt, że wszystko dzieje się na platformach społecznościowych należących do zagranicznego kapitału. Jeśli już rodzice zgłoszą hejt na takiej grupie, policja ma bardzo ograniczone pole działania, bo serwery są prywatne i znajdują się poza Polską. Słowem, Mark Zuckerberg musi się zgodzić na to, aby dzieci przestały się nawzajem dręczyć.
O grupach wiedzą oczywiście uczniowie, część nauczycieli i niewielu rodziców. W cyklicznym badaniu, które przeprowadza Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa (NASK), „Nastolatki 3.0”, co piąty uczeń i uczennica deklarują, że doświadczyli przemocy w internecie, jednocześnie aż 75% rodziców twierdzi, że takie zjawisko nigdy nie dotknęło ich dzieci. To duża rozbieżność, świadcząca o tym, że rodzice są mocni w gębie, ale z praktyką u nich słabiutko. 15% przyznaje, że nic nie wie o przemocy w internecie. Zorientowanych w temacie jest zaledwie 10%.
Szkoła za słaba
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl








